Reklama

Ten dzień miał być świętem cukru, lukru i naszej, nieco przykurzonej ostatnio, miłości. Wstałam, zanim słońce w ogóle pomyślało o wychyleniu się zza horyzontu, żeby zdobyć te legendarne pączki z konfiturą różaną, które mój mąż tak uwielbiał. Wyobrażałam sobie jego uśmiech, okruchy na pościeli i ten leniwy poranek, który mieliśmy spędzić razem, bo akurat „cudem” udało mu się wziąć wolne. Rzeczywistość okazała się jednak bardziej gorzka, niż mogłam przypuszczać.

Tłusty czwartek – nasza mała tradycja

Wszystko zaczęło się o piątej rano. Budzik wibrował pod moją poduszką jak wściekły szerszeń, ale wyłączyłam go w ułamku sekundy, żeby nie obudzić Marka. Spał w sypialni obok – od dwóch miesięcy sypialiśmy oddzielnie, co tłumaczyliśmy jego chrapaniem i moją bezsennością, choć w głębi duszy czułam, że powody leżą gdzieś w sferze emocjonalnej. Mimo to, dzisiejszy dzień miał być przełomem. Tłusty czwartek. Nasza mała tradycja. Od ośmiu lat, czyli od początku naszego małżeństwa, zawsze jedliśmy śniadanie do łóżka w ten jeden dzień w roku, bez liczenia kalorii.

Wymknęłam się z domu bezszelestnie. Na zewnątrz panował mrok i przeszywający ziąb. Luty w tym roku nie odpuszczał, a chodniki były pokryte warstwą zdradliwej gołoledzi. Wsiadłam do samochodu, chuchając w dłonie, i ruszyłam w stronę tej starej, rzemieślniczej cukierni na Mokotowie, do której kolejki ustawiają się już od trzeciej rano.

Kiedy dotarłam na miejsce, ogonek wił się już wzdłuż kamienicy. Ludzie przestępowali z nogi na nogę, opatuleni w szaliki, wymieniając porozumiewawcze spojrzenia. Wszyscy byliśmy tu w jednym celu.

– Pani też dla męża? – zagadnęła mnie starsza kobieta w beżowym płaszczu, widząc, jak nerwowo zerkam na zegarek.

– Tak – uśmiechnęłam się, poprawiając wełnianą czapkę. – Uwielbia te z różą. Muszą być jeszcze ciepłe.

– Mój Stasiek też takie lubił – westchnęła, a z jej ust uleciał obłoczek pary. – Teraz kupuję już tylko dwa. Jeden dla siebie, drugi stawiam przy jego zdjęciu. Niech pani dba o te chwile, kochanieńka. Czas ucieka szybciej, niż ten lukier spływa po palcach.

Jej słowa uderzyły we mnie mocniej, niż się spodziewałam. Ostatnio między mną a Markiem nie działo się najlepiej. Jego nowa praca w korporacji pochłaniała go bez reszty. Wracał późno. Nasze rozmowy ograniczały się do logistyki: kto robi zakupy, kto płaci rachunki, czy trzeba wymienić opony. Tęskniłam za nim, mimo że był tuż obok. Dlatego te pączki były tak ważne. Miały być symbolem. „Wciąż mi zależy”, „Pamiętam, co lubisz”, „Jesteś dla mnie ważny”.

Intuicja coś krzyczała

Stanie w kolejce zajęło mi prawie dwie godziny. Kiedy w końcu dotarłam do lady, zapach smażonego ciasta był tak intensywny, że aż kręciło mi się w głowie. Kupiłam sześć sztuk. Cztery z różą dla Marka, dwa z adwokatem dla mnie. Pani za ladą zapakowała je w ten charakterystyczny, szary papier i przewiązała sznurkiem. Czułam ciepło bijące od pakunku, jakbym trzymała w rękach małe serce.

Wracając do samochodu, zadzwoniła moja siostra, Anka.

– I jak? Zdobyłaś trofea? – zapytała wesoło.

– Zdobyłam. Jeszcze parują. Jadę budzić księcia – zaśmiałam się, włączając silnik.

– Słuchaj, Marta... – Anka zmieniła ton na ten, którego nienawidziłam. Ton "starszej siostry, która wie lepiej". – Jesteś pewna, że on jest w domu? Widziałam wczoraj post jego firmy, że mieli jakąś integrację. Może został w hotelu?

Daj spokój, Anka. Wrócił w nocy. Słyszałam, jak wchodził. Samochód stoi na podjeździe. Poza tym wziął wolne specjalnie na dzisiaj.

– No dobra, dobra. Tylko pytam. Po prostu... ostatnio dziwnie się zachowuje, nie sądzisz? Ta nagła zmiana stylu ubierania, siłownia...

– To się nazywa dbanie o siebie po czterdziestce, a nie kryzys wieku średniego – ucięłam, czując ukłucie irytacji. – Muszę kończyć, bo mi pączki stygną.

Rozłączyłam się, ale ziarno niepokoju zostało zasiane. Marek faktycznie schudł, kupił nowe koszule, zaczął używać droższych perfum. Tłumaczył to wymogami stanowiska dyrektorskiego. Chciałam mu wierzyć. Musiałam mu wierzyć, bo alternatywa była zbyt bolesna, by w ogóle brać ją pod uwagę.

W drodze powrotnej włączyłam radio, próbując zagłuszyć myśli. Śpiewał jakiś wesoły popowy wokalista, słońce w końcu przebiło się przez chmury. „Będzie dobrze”, pomyślałam. „Zrobimy kawę, zjemy pączki, obejrzymy jakiś serial. Odbudujemy to”.

Cisza w domu była dziwna

Podjechałam pod dom. Samochód Marka, ciemne kombi, stał idealnie zaparkowany na swoim miejscu. Odetchnęłam z ulgą. A więc jest. Moje paranoje, podsycane przez Ankę, były bezpodstawne.

Weszłam do domu cicho, zdejmując buty w wiatrołapie. W powietrzu unosił się dziwny zapach. Nie był to zapach naszego domu – zazwyczaj pachnącego kawą i moim waniliowym odświeżaczem powietrza. To było coś cięższego, bardziej piżmowego. Perfumy? Może Marek użył tych nowych, które dostał pod choinkę?

Na palcach ruszyłam w stronę schodów. Drewniane stopnie, które zazwyczaj skrzypiały pod czwartym stopniem, tym razem udało mi się pokonać bezszelestnie. Czułam się jak nastolatka, która chce zrobić rodzicom niespodziankę, albo jak włamywacz we własnym życiu. Serce biło mi mocniej, a dłonie trzymające pudełko z pączkami zaczęły się pocić.

Na piętrze panowała cisza. Drzwi do naszej sypialni (tej, w której spał Marek) były uchylone. Zobaczyłam smugę światła wpadającą przez szczelinę. Uśmiechnęłam się do siebie. Pewnie czyta wiadomości na telefonie albo jeszcze drzemie.

Podeszłam bliżej. I wtedy usłyszałam ten dźwięk. To nie było chrapanie. To był śmiech. Cichy, gardłowy śmiech mojego męża. Taki, jakiego nie słyszałam od lat. Taki, jakim śmiał się, gdy dopiero się poznawaliśmy i opowiadałam mu głupie dowcipy na randkach.

Zatrzymałam się, a krew odpłynęła mi z twarzy. Do kogo się śmiał? Może rozmawia przez telefon? Tak, to na pewno rozmowa z kimś z pracy. Przecież to korporacja, tam nie ma świętości, nawet w wolny dzień. Zrobiłam jeszcze jeden krok i pchnęłam lekko drzwi.

Nie był sam

Scena, którą zobaczyłam, była tak banalna, że aż groteskowa. Wyglądała jak kadr z taniego filmu obyczajowego, który puszczają w telewizji w środku dnia. Marek leżał w łóżku. Naszym łóżku. Był oparty o poduszki, bez koszulki, z tą swoją nonszalancko rozczochraną fryzurą. Ale nie był sam.

Obok niego, w mojej satynowej piżamie – tej, którą kupiłam sobie na naszą rocznicę i której prawie nigdy nie miałam okazji założyć – siedziała jakaś dziewczyna. Była młoda. O wiele młodsza ode mnie. Miała gładką cerę, długie blond włosy spięte w niedbały kok i trzymała w dłoni pączka.

Nie byle jakiego pączka. To był ten nowoczesny wynalazek – pączek z pistacjowym kremem i białą czekoladą, posypany liofilizowanymi malinami. Na szafce nocnej stało otwarte pudełko z logo tej nowej, modnej cukierni z centrum, gdzie jeden pączek kosztuje tyle, co dwudaniowy obiad. Obok stały dwa kubki z kawą na wynos.

Ubiegła mnie. Ktoś inny przyniósł mu pączki do łóżka. Przez ułamek sekundy mój mózg odmawiał przetworzenia tego obrazu. Skupiłam się na detalach. Na tym, jak okruszki pistacji spadają na kołdrę. Na tym, jak ona oblizuje palec wskazujący, patrząc na Marka z uwielbieniem. Na tym, jak Marek gładzi ją po ramieniu.

– O cholera... – szepnął Marek, gdy w końcu mnie dostrzegł. Jego oczy rozszerzyły się, a twarz momentalnie poszarzała.

Dziewczyna odwróciła się gwałtownie, prawie wylewając kawę. Znałam ją. To była Kinga. Stażystka z działu marketingu, o której Marek opowiadał z takim politowaniem. Że nic nie umie, że musi jej wszystko tłumaczyć, że jest „dzieckiem we mgle”. Okazało się, że to dziecko we mgle doskonale wiedziało, jak trafić do łóżka mojego męża. I jak trafić w jego gusta kulinarne, bo najwyraźniej tradycyjna róża odeszła do lamusa na rzecz pistacji.

Wolał przejściową modę niż tradycję

Stałam w progu, wciąż trzymając w rękach ciepły pakunek z najlepszej rzemieślniczej cukierni w Warszawie. Czułam, jak ciężar tego pudełka rośnie z każdą sekundą.

– Marta, to nie tak... – zaczął Marek, używając najbardziej wyświechtanego tekstu w historii ludzkości. Próbował wstać, zasłaniając się kołdrą, co wyglądało żałośnie.

– Nie tak? – Mój głos był dziwnie spokojny, obcy. – Chcesz mi powiedzieć, że przeprowadzasz szkolenie z degustacji wyrobów cukierniczych? W naszej sypialni? I ona w mojej piżamie?

Kinga siedziała cicho, wbijając wzrok w pączka, którego trzymała. Wyglądała na przerażoną, ale w jej oczach dostrzegłam też coś innego. Triumf? A może pogardę dla „starej żony”, która nie potrafiła utrzymać przy sobie faceta?

– Marta, proszę cię, wyjdźmy, porozmawiajmy w salonie – Marek wstał, zakładając spodnie od dresu, które leżały na podłodze.

– Nie – powiedziałam twardo. Spojrzałam na pączki na szafce nocnej. – Widzę, że wolisz pistacje. Zawsze mówiłeś, że to fanaberia dla hipsterów. Że tylko róża i skórka pomarańczowa to prawdziwa tradycja.

– O co ci chodzi? O pączki teraz robisz aferę? – Marek nagle przeszedł do ataku. To była jego strategia obronna. Atakuj, żeby odwrócić uwagę. – Wpadasz do pokoju bez zapowiedzi...

– Wpadam do własnego domu bez zapowiedzi? – zaśmiałam się, ale był to śmiech bliski histerii. – Marek, ja stałam dwie godziny na mrozie. Dwie godziny. Żeby kupić ci to, co kochasz. Żeby naprawić nas. A ty... ty jesz pistacjowe byle co z dziewczyną, która mogłaby być twoją córką.

Rzuciłam pudełkiem w ich stronę. Nie celowałam w nikogo konkretnie, po prostu musiałam pozbyć się tego ciężaru. Pudełko uderzyło w brzeg łóżka i otworzyło się. Pączki, jeszcze ciepłe, z idealnym lukrem i skórką pomarańczową, poturlały się po podłodze. Jeden z nich pękł, a ciemnoczerwona konfitura różana wypłynęła na jasny dywan.

– Zniszczyłaś dywan! – pisnęła Kinga. To były pierwsze słowa, jakie wypowiedziała.

Spojrzałam na nią z politowaniem.

– Dziecko, ty właśnie pomagasz niszczyć czyjeś ośmioletnie życie, a martwisz się o dywan?

Wyszłam z klasą, której jemu zabrakło

Odwróciłam się na pięcie. Nie czekałam na wyjaśnienia, przeprosiny czy kolejne kłamstwa. W tamtej chwili wszystko stało się jasne. Te nadgodziny, te wyjazdy, ta oziębłość. To nie był kryzys. To był koniec. A ja byłam ostatnią osobą, która się o tym dowiedziała, naiwnie stojąc w kolejce po pieczywo.

Słyszałam, jak Marek mnie woła, jak biegnie za mną na korytarz, potykając się o własne nogi.

– Marta! Czekaj! To był tylko jeden raz, to błąd, to tłusty czwartek, po prostu przywiozła dokumenty i...

Zatrzymałam się przy drzwiach wejściowych. Założyłam buty. Spojrzałam na niego. Stał w dresach, bez koszulki, z brzuchem, którego nie wciągnął, i z resztką kremu pistacjowego w kąciku ust. Nagle wydał mi się taki mały. Taki pospolity.

– Dokumenty z pistacjami? – zapytałam. – Nie wysilaj się. I wiesz co? Zjedz je wszystkie. Bo od dzisiaj będziesz musiał sam o siebie zadbać. Tłusty czwartek się skończył. Zaczyna się Wielki Post. Dla ciebie.

Trzasnęłam drzwiami tak mocno, że aż zadzwoniły szyby. Wsiadłam do samochodu. Ręce mi się trzęsły, nie mogłam trafić kluczykiem do stacyjki. Kiedy w końcu odpaliłam silnik, nie ruszyłam od razu. Spojrzałam na siedzenie pasażera. Leżała tam mała torebka z dwoma pączkami z adwokatem, które kupiłam dla siebie.

Wyjęłam jednego. Ugryzłam. Był zimny, ale wciąż pyszny. Łzy zaczęły spływać mi po policzkach, mieszając się z lukrem na moich ustach. Płakałam nie dlatego, że straciłam Marka. Płakałam, bo straciłam wiarę w to, że starania mają sens. Płakałam nad tą dziewczyną w kolejce, która marzła z nadzieją w sercu.

Wyciągnęłam telefon i wybrałam numer siostry.

– Miałaś rację – powiedziałam, przełykając kęs pączka. – Ale wiesz co? Zostały mi dwa najlepsze pączki z adwokatem. Mogę wpaść?

Anka nie pytała o szczegóły. Powiedziała tylko: „Nastawiam wodę na kawę. Bądź za dziesięć minut”.

Odjeżdżając, spojrzałam w lusterko wsteczne. Marek stał w oknie sypialni. Wyglądał na zagubionego. A ja? Ja czułam dziwną ulgę. To był najgorszy tłusty czwartek w moim życiu, ale paradoksalnie – pierwszy od dawna, w którym poczułam, że zrzucam zbędny balast. I nie chodziło tu o kalorie.

Marta, 34 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama