Reklama

Zawsze powtarzałam sobie, że dla wnuków warto przełknąć dumę. Mój syn był szczęśliwy, a to powinno wystarczyć. Nie musiałam przecież kochać jego żony, wystarczyło ją szanować. Starałam się. Naprawdę się starałam. Do dnia, w którym przypadkiem usłyszałam rozmowę, która na zawsze zmieniła moje spojrzenie na naszą rodzinę.

Synowa odsuwała mnie od wnuków

Kiedy Michał przedstawił nam Anetę, wydawała się spokojna i uprzejma. Uśmiechała się delikatnie, mówiła cicho, trochę jakby z dystansem. Już wtedy czułam, że między nami nie będzie łatwej relacji. Byłam kobietą konkretną, przyzwyczajoną do mówienia wprost. Ona sprawiała wrażenie osoby, która każde zdanie analizuje dwa razy, zanim je wypowie.

– Mamo, Aneta jest trochę nieśmiała – tłumaczył Michał po ich pierwszej wizycie. – Daj jej czas.

Dałam. Nawet więcej niż czas. Kiedy urodziła się Zosia, a dwa lata później Franek, byłam przy nich niemal codziennie. Odbierałam Zosię z przedszkola, gotowałam zupy, kiedy dzieci chorowały, prasowałam maleńkie ubranka. Aneta często powtarzała:

– Dziękuję, naprawdę nie wiem, co byśmy bez ciebie zrobili.

Ale w jej głosie zawsze słyszałam coś, czego nie potrafiłam nazwać. Może to była rezerwa, może zwykła ostrożność. Nigdy nie zapraszała mnie tak po prostu, żeby wypić kawę, porozmawiać. Zawsze było jakieś uzasadnienie: wyjazd Michała, zebranie w pracy, zmęczenie. Któregoś dnia zaproponowałam, że zabiorę dzieci na weekend do siebie.

– Myślisz, że to dobry pomysł? – zapytała, marszcząc brwi. – Zosia ostatnio jest bardzo wrażliwa.

– Poradzę sobie – odpowiedziałam spokojnie. – Wychowałam Michała, pamiętasz?

Uśmiechnęła się, ale jej spojrzenie było chłodne. Z czasem zaczęłam zauważać drobiazgi. Kiedy dawałam Zosi sweterek, który sama wydziergałam, Aneta mówiła:

– Może niech go nosi w domu, żeby się nie zniszczył.

Gdy kupiłam Frankowi książkę, poprawiała mnie przy dziecku:

– Mama mówiła, że teraz czytamy inne rzeczy, pamiętasz?

Nie robiła scen. Wszystko odbywało się cicho, niemal elegancko, w białych rękawiczkach. A jednak czułam się coraz bardziej odsuwana.

Między nami wyrosła ściana

Przełom przyszedł pewnego popołudnia. Przyszłam wcześniej niż zwykle, bo zapomniałam zostawić wózka dla lalek, który Zosia zostawiła u mnie. Drzwi były uchylone. Usłyszałam głos Anety z salonu.

– Babcia jest… trochę staroświecka – mówiła spokojnie. – Pamiętajcie, że nie wszystko, co mówi, jest dobre.

Zamarłam.

– Ale ja lubię babcię – odezwała się Zosia.

– Można kogoś lubić i wiedzieć, że czasem się myli – odpowiedziała Aneta. – Babcia chce dobrze, ale nie zawsze wszystko rozumie. Czasy się zmieniły, ale na szczęście to ja jestem waszą mamą.

Poczułam, jak coś ściska mi gardło. Stałam w przedpokoju z tym wózkiem w ręku i nie wiedziałam, czy wejść, czy wyjść.

– Czy babcia nas nie rozumie? – zapytał cicho Franek.

– Po prostu jest z innego pokolenia – westchnęła Aneta.

Wtedy zrobiłam krok do przodu i specjalnie stuknęłam obcasem o podłogę. Aneta natychmiast zamilkła. Kiedy weszłam do salonu, uśmiechnęła się tak, jakby nic się nie stało.

– O, nie wiedziałam, że przyjdziesz.

– Zapomniałam o wózku – odpowiedziałam, starając się, by mój głos brzmiał normalnie.

Zosia podbiegła do mnie i przytuliła się mocno. A ja po raz pierwszy poczułam, że między mną a matką moich wnuków wyrosła ściana, której nie da się już łatwo zburzyć.

Chciałam uczestniczyć w ich życiu

Całą drogę do domu ściskałam kierownicę tak mocno, że zbielały mi knykcie. W głowie wciąż brzmiały słowa Anety: „nie wszystko, co mówi, jest dobre”. Powtarzałam je jak refren, próbując zrozumieć, co właściwie tak mnie zabolało. Przecież nie powiedziała wprost nic złego. A jednak poczułam się tak, jakbym straciła grunt pod nogami. Przez dwa dni nie dzwoniłam. Czekałam, aż emocje opadną. Michał odezwał się pierwszy.

– Mamo, wszystko w porządku? Nie było cię wczoraj, Zosia pytała.

– Byłam zajęta – odpowiedziałam chłodno. – Musimy porozmawiać.

Zapadła cisza.

– Stało się coś?

– Tak. Ale nie przez telefon.

Umówiliśmy się u mnie. Przyszli razem. Aneta trzymała torebkę na kolanach, jakby zaraz miała wyjść. Michał patrzył na mnie z niepokojem.

Słyszałam twoją rozmowę z dziećmi – zaczęłam bez wstępów, patrząc prosto na Anetę. – Tę o tym, że jestem staroświecka i że nie wszystko, co mówię, jest dobre.

Michał spojrzał na żonę zaskoczony.

– Aneta?

Ona westchnęła.

– Nie chciałam, żebyś to usłyszała.

– To nie jest odpowiedź – powiedziałam cicho.

Przez chwilę milczała, jakby ważyła każde słowo.

– Bo czasem podważasz nasze decyzje – odezwała się w końcu. – Przy dzieciach. Mówisz: „Za moich czasów robiło się inaczej”, „Może mama przesadza”. Dzieci są zdezorientowane.

– Ja tylko proponuję – broniłam się. – Mam doświadczenie.

– Ale to my jesteśmy ich rodzicami – wtrącił Michał, już mniej pewnie. – I czasem czuję, że stawiasz nas pod ścianą.

Te słowa uderzyły mnie bardziej niż wszystko inne.

Pod ścianą? – powtórzyłam. – Odbieram wasze dzieci z przedszkola, gotuję, pomagam, kiedy tylko trzeba. I to jest stawianie pod ścianą?

– Nikt nie mówi, że nie doceniamy pomocy – powiedziała Aneta spokojnie. – Ale pomoc nie daje prawa do decydowania.

Poczułam, jak policzki mnie palą.

– Nigdy nie chciałam decydować. Chciałam być częścią ich życia.

– Jesteś – odpowiedziała cicho. – Ale na naszych zasadach.

To „na naszych zasadach” zabrzmiało jak wyrok.

Nie będę się narzucać

Nagle zobaczyłam, jak bardzo przez te lata przyzwyczaiłam się do tego, że jestem potrzebna. Że beze mnie sobie nie poradzą. Może rzeczywiście przekraczałam granice, nawet tego nie zauważając.

– A mówienie dzieciom, że babcia się myli? – zapytałam już ciszej. – To też wasze zasady?

Aneta spuściła wzrok.

– Chciałam, żeby wiedziały, że nie muszą wybierać między nami. Że mogą cię kochać, ale słuchać mają przede wszystkim rodziców.

Michał odchrząknął.

– Mamo, ja wiem, że masz dobre intencje. Ale my budujemy własną rodzinę. Potrzebujemy przestrzeni.

Siedzieliśmy przy moim kuchennym stole, przy którym kiedyś Michał odrabiał lekcje. Patrzyłam na niego i widziałam już nie chłopca, ale mężczyznę, który próbuje postawić granicę własnej matce.

– Rozumiem – powiedziałam w końcu, choć w środku wszystko się buntowało. – Jeśli czujecie, że za bardzo ingeruję, nie będę się wam narzucać.

Aneta podniosła głowę.

– Nie o to chodzi…

– Właśnie o to – przerwałam jej łagodnie. – Może rzeczywiście jestem z innego pokolenia. Może nie umiem być „nowoczesną” babcią.

Wyszli niedługo potem. Drzwi zamknęły się cicho, a ja zostałam sama w mieszkaniu, które nagle wydało mi się za duże i za puste. Pierwszy raz od lat nie wiedziałam, kim jestem w tej rodzinie. Czy nadal babcią, czy już tylko gościem, który powinien dzwonić wcześniej i nie mieć własnego zdania.

Tęsknota okazała się silniejsza

Przez następne tygodnie naprawdę się wycofałam. Nie dzwoniłam pierwsza, nie proponowałam pomocy. Kiedy Michał pisał: „Mamo, możesz odebrać dziś Zosię?”, odpowiadałam krótko: „Nie dam rady”. Nawet jeśli siedziałam w domu i patrzyłam na telefon. Chciałam, żeby zobaczyli, jak wygląda życie bez mojej obecności. A może bardziej chciałam sprawdzić, czy w ogóle ją zauważą.

Zauważyli szybciej, niż się spodziewałam. Pewnego wieczoru zadzwonił dzwonek do drzwi. Otworzyłam i zobaczyłam Zosię z plecakiem oraz Franka trzymającego ją za rękę. Za nimi stał Michał.

– Możemy wejść? – zapytał.

Wpuściłam ich bez słowa. Dzieci od razu pobiegły do salonu, jakby nic się nie zmieniło. Michał został w przedpokoju.

– Aneta została w domu – powiedział. – To był mój pomysł.

Usiedliśmy przy stole. Tym samym, przy którym kilka tygodni wcześniej ustalaliśmy nowe zasady.

– Mamo, w domu jest teraz dziwnie – zaczął. – Dzieci pytają, czemu babcia już ich nie odbiera. Aneta próbuje wszystko ogarnąć, ja też, ale… wszyscy chodzimy spięci.

– Chcieliście przestrzeni – przypomniałam spokojnie.

– Chcieliśmy uszanowania naszych granic, nie ciszy – odpowiedział.

Po chwili do kuchni weszła Zosia.

– Babciu, mama mówiła, że jak ktoś się myli, to można mu powiedzieć, ale nie trzeba przestawać go kochać – oznajmiła poważnie. – Ja cię kocham.

Uklękłam przy niej i przytuliłam ją mocno.

– Ja ciebie też, najmocniej na świecie.

Franek podszedł bliżej.

– A przyjdziesz na moje przedstawienie? – zapytał.

Spojrzałam na Michała. W jego oczach było coś, czego dawno nie widziałam – nie stanowczość, lecz prośba.

Poszłyśmy na kompromis

Następnego dnia to ja zadzwoniłam do Anety.

– Chciałabym porozmawiać – powiedziałam. – W cztery oczy.

Spotkałyśmy się w kawiarni. Przez chwilę mieszała herbatę, nie patrząc na mnie.

Nie chciałam cię zranić – zaczęła.

– A ja nie chciałam wchodzić wam w życie z butami – odpowiedziałam. – Ale chyba bałam się, że jeśli nie będę wam potrzebna, przestanę być ważna.

Aneta uniosła wzrok.

– Jesteś ważna. Tylko czasem czuję, że rywalizuję z tobą o własne dzieci.

Te słowa zabolały, ale były szczere.

Nie chcę być twoją rywalką – powiedziałam. – Chcę być ich babcią. Taką, do której przychodzą po ciasto i opowieści. Nie po decyzje.

Przez dłuższą chwilę milczałyśmy.

– Może ustalimy kilka zasad? – zaproponowała w końcu. – Jeśli coś ci się nie podoba, mów do mnie, ale nie przy dzieciach. A ja… nie będę podważać twojego zdania przy nich. Nawet jeśli się różnimy.

Wyciągnęła rękę przez stół. Zawahałam się tylko sekundę.

Od tamtej rozmowy minęło pół roku. Nie jestem już w ich domu codziennie. Czasem czuję ukłucie zazdrości, gdy słyszę, że poradzili sobie beze mnie. Ale kiedy Zosia przytula się do mnie i szepcze: „Babciu, opowiedz tę historię jeszcze raz”, wiem, że mam swoje miejsce. Nie takie, jakie sobie kiedyś wyobrażałam, ale prawdziwe. I już nie czuję się zdradzona.

Krystyna, 62 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama