Reklama

Początek każdego weekendu w naszym domu miał swój niezmienny rytuał. Ledwo przekraczałem próg, już czułem zapach smażonych schabowych, w tle słychać było stukot talerzy, a zza uchylonych drzwi kuchni dobiegały charakterystyczne westchnięcia. Teściowa była już w pełnym bojowym rynsztunku, gotowa do podjęcia gości, chociaż to my, a raczej ja, byliśmy tu regularnie „na cenzurowanym”.

Odkąd zamieszkaliśmy niedaleko, każda wizyta wyglądała wyglądała ta samo - ja, mąż jej jedynej córki, pełniłem funkcję wroga numer jeden. I choć próbowałem rozmawiać z nią uprzejmie, starałem się być miły, zagadywać o zdrowie czy chwalić obiad – zawsze trafiałem na mur. Czasem nawet zanim skończyłem mówić, już widziałem jej słynne „kiwanie głową z dezaprobatą”. Były takie chwile, kiedy łapałem się na tym, że zastanawiam się, po co ja w ogóle się staram. Przecież to i tak nie ma sensu.

Moje starania nie miały sensu

Do kuchni wszedłem z uśmiechem i bukietem kwiatów. Żona spojrzała na mnie z ukosa, jakby chciała powiedzieć: „tylko nie palnij nic”. Odchrząknąłem, starając się brzmieć jak najbardziej uprzejmie.

– Dzień dobry, mamo. Dobrze cię widzieć.

Teściowa nie odwróciła się nawet od patelni. Żona przejęła pałeczkę:

– Mamo, Marek przyniósł kwiaty.

– Nie lubię róż? Ale skoro już przyniósł, to wstaw do wazonu – teściowa rzuciła od niechcenia, dalej uparcie mieszając kapustę.

Starałem się nie dać zbić z tropu.

– Nie podobają się mamie? Wybierałem najładniejsze – próbowałem jeszcze raz, jak gdyby to miało jakiekolwiek znaczenie.

Znowu to samo. Już w połowie zdania widziałem, jak kiwa głową z tą swoją niezmienną dezaprobatą. Nawet nie musiała nic mówić – wystarczyło to jedno spojrzenie. Spojrzałem na żonę, która uśmiechnęła się niepewnie, jakby przepraszała za własną matkę. A ja po raz kolejny zastanawiałem się, czy naprawdę jeszcze chcę tu próbować być miły. Moje starania nie miały sensu.

Czułem się jak statysta

Obiad był gotowy. Wszyscy usiedliśmy do stołu, a ja, chcąc ratować sytuację, postanowiłem podjąć temat neutralny.

– Pachnie naprawdę świetnie. Takiej kapusty jak twoja, mamo, nikt nie robi – pochwaliłem, nakładając sobie porcję.

Teściowa nawet nie spojrzała w moją stronę, tylko poprawiła fartuch i odrzekła:

– Każdy może ugotować kapustę, tylko trzeba chcieć. No ale według ciebie lepiej kupować te gotowce z marketu.

– Oj, mamo, Marek nic złego nie powiedział – żona próbowała mnie ratować, ale wiedziałem, że to walka z wiatrakami.

– Ja tylko mówię, jak jest – odpowiedziała teściowa. – Teraz wszystko byście chcieli mieć gotowe, na szybko.

Westchnąłem, skupiając się na jedzeniu, ale nie dawało mi to spokoju. Chciałem być częścią tej rodziny, choćby dla świętego spokoju, a wychodziło jak zwykle.

– Słyszałem, że sąsiadom znowu się samochód popsuł – zagaiłem. – Może znam kogoś, kto mógłby im pomóc, jeśli będą chcieli…

Teściowa pokręciła głową tak ostentacyjnie, że aż mi kawałek schabowego stanął w gardle.

– Jeszcze tego brakowało, żebyś się cudzymi sprawami zajmował. Najpierw trzeba pilnować własnego nosa.

Tak tylko zaproponowałem – rzuciłem, udając, że zupełnie mnie to nie rusza.

– Najlepiej się nie wtrącać – dodała z przekąsem. – Człowiek za dużo dobrego zrobi, to potem jeszcze po głowie dostanie.

Patrzyłem na żonę, która szybko zmieniała temat, opowiadając o jakiejś znajomej z pracy, a ja znów czułem się jak statysta we własnym życiu. Nawet gdy próbowałem coś naprawić, ona już kiwała głową z dezaprobatą, zanim skończyłem mówić.

To wszystko chyba nigdy się nie zmieni

Po obiedzie teściowa od razu zaczęła zbierać talerze, nawet nie pytając, czy ktoś ma ochotę na dokładkę. Wstałem, żeby pomóc, ale zanim zdążyłem dojść do zlewu, już zdążyła skomentować:

– Zostaw, ja sobie poradzę. I tak potem trzeba po was poprawiać.

Chciałem tylko pomóc… – odparłem, choć dobrze wiedziałem, że ten scenariusz przerabialiśmy już sto razy.

– Pomóc? Ty? – spojrzała na mnie przez ramię z wyraźną ironią. – No, chyba że chcesz zbić szklankę, to rzeczywiście, to ci dobrze wychodzi.

Żona tylko przewróciła oczami i szybko włączyła telewizor w salonie, udając, że w ogóle nas nie słyszy.

– Może przynajmniej wyniosę śmieci? – zaproponowałem, nie dając się zbyć tak łatwo.

– Zanim zrobisz, to wszystko będzie ściekać po podłodze – westchnęła, pakując odpadki do worka.

Zacisnąłem zęby, w końcu ile można się starać? Poszedłem więc do salonu, gdzie siedziała moja żona.

– Słyszałaś? – o co bym nie zapytał, to źle.

– Daj spokój, Marek – westchnęła, nawet na mnie nie patrząc. – Ona po prostu… zawsze musi być jej na wierzchu.

I wtedy pomyślałem, że to wszystko chyba nigdy się nie zmieni – nie ważne, ile razy spróbuję, i tak będę tym złym.

Może tak już musi być?

Siedzieliśmy z żoną w salonie, udając, że oglądamy program o podróżach, choć żadne z nas nie było skupione na telewizorze. Czułem na sobie ciężar atmosfery, która jak zwykle gęstniała po każdej takiej rodzinnej uczcie.

– Marek, może następnym razem po prostu nie będziesz się odzywał? – rzuciła żona, wyłączając dźwięk w telewizorze. – Przecież widzisz, że jej nic nie pasuje.

– Myślisz, że lepiej udawać, że mnie nie ma? – próbowałem jeszcze dowcipkować, ale sam słyszałem w swoim głosie zmęczenie. – Bo wiesz, czasem mam wrażenie, że dla twojej mamy to i tak najlepsza opcja.

– Ona po prostu nie potrafi inaczej – żona wzruszyła ramionami. – Zawsze narzekała. Na ojca, na mnie, teraz na ciebie. Może tak już musi być?

Właśnie wtedy do pokoju weszła teściowa z filiżankami kawy, które postawiła na stole z przesadną ostrożnością.

– Kawa. Mam nadzieję, że nie za mocna – rzuciła niby od niechcenia.

– Dziękuję, pani Zosiu – odpowiedziałem grzecznie, choć miałem ochotę powiedzieć coś zupełnie innego.

Zrobiło się cicho, każdy popijał kawę w niezręcznym milczeniu. Wiedziałem już, że nawet jeśli postaram się sto razy bardziej, tu i tak zawsze będę obcy. I miałem ochotę zapytać wprost: „Po co się staram?”

Poczułem, jak narasta we mnie irytacja

Godzina ciągnęła się niemiłosiernie. Po kawie teściowa zabrała się za rozstawianie ciasta, choć wszyscy mieliśmy już dość. Siedziałem przy stole, wpatrując się w porcelanowy talerzyk z sernikiem i udając zainteresowanie rodziną. Nagle teściowa postanowiła podjąć nowy temat.

– Marek, słyszałam, że znowu masz jakieś zmiany w pracy – zagaiła z tym swoim nieomylnym tonem.

– No tak, trochę się pozmieniało, ale… nie ma się czym martwić, poradzę sobie – odparłem spokojnie.

– Ty zawsze mówisz, że sobie poradzisz, a potem… – znowu zaczęła kręcić głową. – Ja już swoje widziałam. Kto teraz w tych czasach ma stałą pracę? I co, potem z czego będziecie żyli?

Żona próbowała mnie obronić:

– Mamo, nie przesadzaj. Marek sobie radzi, nie musisz się wszystkim przejmować.

– Kiedyś to było inaczej – kontynuowała teściowa, nie zwracając już na nas uwagi. – Facet miał stałą robotę, a nie wymyślał. Tu mieszkał, tu pracował, a nie, że dziś tu, jutro tam. Ja bym już tak nie mogła.

– No ale czasy się zmieniły – próbowałem jeszcze, choć czułem, że to syzyfowa praca.

– Właśnie! – podchwyciła, znów z dezaprobatą. – Wszystko się zmieniło. Tylko człowiek nie nadąża, a wy jeszcze się dziwicie, że się martwię. I potem wychodzi jak wychodzi…

Poczułem, jak narasta we mnie irytacja, ale z trudem ją ukryłem. Żona wstała od stołu.

– Idę na balkon, muszę zaczerpnąć powietrza – rzuciła, uciekając przed matką.

Zostałem sam z teściową, która już podsumowywała nasze życie jednym, pełnym zawodu spojrzeniem.

Wiedziałem, że nic tu nie zmienię

Wyszedłem na balkon za żoną, chowając dłonie w kieszeniach bluzy. Przynajmniej na chwilę mogliśmy odetchnąć od tej niekończącej się fali krytyki. Żona opierała się o barierkę, patrząc na ciemniejące podwórko.

– Przepraszam cię – powiedziała, nawet nie odwracając głowy. – Wiem, że z nią nie da się normalnie rozmawiać.

– Nie masz za co przepraszać. To twoja matka, nie masz na nią wpływu – odpowiedziałem, starając się nie brzmieć jak męczennik. – Szczerze? Gdyby nie ty, już dawno bym zrezygnował z tych wizyt.

Westchnęła ciężko.

– Wiesz, ona nie potrafi inaczej. Całe życie była taka. Czasem mam wrażenie, że sama ze sobą by się pokłóciła, gdyby mogła.

– Zastanawiam się tylko, po co w ogóle próbuję być miły. Zawsze, zanim skończę mówić, ona już kiwa tą głową, jakby wszystko wiedziała najlepiej – spojrzałem na żonę, która tym razem się uśmiechnęła.

– Może dlatego jeszcze nie zwariowaliśmy – rzuciła cicho. – Gdybyś zaczął z nią walczyć, byłoby jeszcze gorzej. Może trzeba się po prostu śmiać?

– Łatwo powiedzieć. – odparłem – Ja już czasem naprawdę nie mam siły. Może następnym razem przyniosę jej inne kwiaty.

– Nie pomoże – zaśmiała się gorzko. – Ona i tak już będzie wiedzieć swoje. Najwyżej znów pokiwa głową.

Patrzyliśmy przez chwilę w ciszy na rozświetlone okna sąsiadów. Wiedziałem, że nic tu nie zmienię. Teściowej nie przekonam, świata nie zbawię. Może czas przestać próbować i po prostu żyć po swojemu, choćby i z tą całą jej dezaprobatą w tle. Przynajmniej miałem dla kogo się starać.

Marcin, 37 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama