„Stawałam na głowie, żeby było romantycznie, a maż tylko wygniatał kanapę. Darmozjad kolejne walentynki spędzi z mamusią”
„Nagle zobaczyłam wszystko wyraźniej: jego obojętność, moje nieustanne starania, tę nierównowagę, którą tak długo usprawiedliwiałam zmęczeniem, pechem, trudnym okresem. Siedzieliśmy w tym samym pokoju, a dzieliła nas przepaść. I po raz pierwszy dotarło do mnie, że to nie ja ją wykopałam”.

- Redakcja
Wróciłam z pracy późnym, walentynkowym popołudniem, dźwigając torby pełne zakupów i resztek nadziei. Byłam zmęczona, ale wciąż uparcie wierzyłam, że ten jeden wieczór może coś zmienić. Chciałam ugotować kolację, zapalić świece, poczuć, że jeszcze jesteśmy małżeństwem. Kiedy otworzyłam drzwi, zobaczyłam Kamila dokładnie tam, gdzie zostawiłam go rano. I już wtedy włączył mi się znajomy mechanizm tłumaczeń, który tak długo podtrzymywał nasz związek przy życiu.
Zaczęło mnie to męczyć
Rozpakowywałam zakupy powoli. Kamil nawet nie podniósł wzroku znad telefonu. Siedział na kanapie w tych samych dresowych spodniach, które pamiętałam sprzed tygodnia, a może i dłużej. W kuchni rozchodził się zapach krojonej cebuli, a ja łapałam się na tym, że liczę w myślach: ile jeszcze takich wieczorów przede mną?
– Możesz mi pomóc? – zapytałam w końcu, bardziej z obowiązku niż z nadziei.
– Zaraz – mruknął, nie patrząc w moją stronę.
To „zaraz” nigdy nie nadchodziło. Postawiłam garnek na kuchence, wyjęłam mięso, przyprawy, deser, który planowałam od rana. Wszystko miało być „jak kiedyś”. Tylko że „kiedyś” było coraz bardziej zamglonym obrazem. Przypomniałam sobie Kamila sprzed lat – uśmiechniętego, pełnego pomysłów, potrafiącego mnie zaskoczyć drobiazgiem. Tego Kamila kochałam. Tego Kamila wciąż próbowałam wskrzesić.
Z salonu dobiegał dźwięk filmików wyświetlanych na telefonie. Każdy z nich był jak ciche przypomnienie, że mój wysiłek go nie interesuje. Mieszałam sos, czując narastające napięcie w ramionach. Nie chodziło nawet o pomoc w kuchni. Chodziło o znak, że to, co robię, ma dla niego jakiekolwiek znaczenie.
– Kamil, dziś są walentynki – powiedziałam łagodnie. – Pomyślałam, że zjemy razem kolację.
– No jemy przecież – odpowiedział z irytacją. – Robisz problem z niczego.
Zabolało bardziej, niż się spodziewałam. Znowu to ja byłam „tą wymagającą”, „tą, co się czepia”. Zacisnęłam usta i wróciłam do krojenia warzyw. W głowie pojawiła się myśl, której wcześniej unikałam: że nasz związek coraz bardziej przypominał rachunek, na który tylko ja coś wpłacałam. Czas, energię, pieniądze, troskę. A on? On tylko był. I to „bycie” zaczynało mnie wykańczać.
Kiedy nakrywałam do stołu, serce biło mi szybciej. Jeszcze jeden wieczór, powtarzałam sobie. Jeszcze jeden raz spróbuję. Ale gdzieś głęboko czułam, że ta próba różni się od poprzednich. Jakby coś we mnie zaczynało pękać, cicho, bez dramatycznego huku.
Dzieliła nas przepaść
Usiedliśmy naprzeciwko siebie przy stole, który jeszcze rano wydawał mi się obietnicą bliskości. Zapaliłam świece, choć nagle poczułam się z tym gestem trochę naiwnie. Kamil spojrzał na nie przelotnie, jak na coś zupełnie zbędnego, i od razu sięgnął po widelec. Jadł szybko, bez słowa, jakby chciał mieć to już za sobą.
– Smakuje? – zapytałam cicho.
– Normalne – odpowiedział, wzruszając ramionami.
To jedno słowo zawisło między nami cięższe niż cisza. Normalne. Walentynki, kolacja, ja po całym dniu pracy i gotowania – wszystko sprowadzone do przeciętności. Próbowałam jeszcze przez chwilę ratować rozmowę, opowiadałam coś o pracy, o drobnej sytuacji z autobusu, ale miałam wrażenie, że mówię do ściany. Kamil kiwnął głową tylko raz, nie odrywając wzroku od talerza. Po chwili wstał, zaniósł naczynia do zlewu i bez pytania włączył telewizor. Głośno. Zbyt głośno.
– Naprawdę musisz to teraz robić? – zapytałam, czując, jak coś we mnie drży.
– A kiedy? – prychnął. – Przecież te całe walentynki to jedna wielka ściema. Wyciąganie pieniędzy od ludzi. Dorośli, a bawią się w jakieś serduszka.
Usiadłam na krześle, ściskając dłonie na kolanach. Nie chodziło o święto. Wiedziałam to już wtedy. To był tylko pretekst.
– A ty? – zapytałam po chwili. – Ty coś kiedyś zaplanowałeś?
Odwrócił się w moją stronę, wyraźnie zaskoczony pytaniem.
– Co miałbym zaplanować?
– Cokolwiek – odpowiedziałam spokojnie. – Czy ten dzień w ogóle coś dla ciebie znaczy?
Zaśmiał się krótko, bez cienia ciepła.
– Przestań dramatyzować, Iwona. Zawsze musisz coś komplikować.
To było jak cios, choć nawet nie podniósł głosu. Nagle zobaczyłam wszystko wyraźniej: jego obojętność, moje nieustanne starania, tę nierównowagę, którą tak długo usprawiedliwiałam zmęczeniem, pechem, trudnym okresem. Telewizor grał w tle, a ja czułam, że coś się zmieniło. Jakby ostatnia zasłona właśnie opadła. Siedzieliśmy w tym samym pokoju, a dzieliła nas przepaść. I po raz pierwszy dotarło do mnie, że to nie ja ją wykopałam.
Nie chciałam dłużej tak żyć
Wyłączyłam telewizor bez słowa. Pilot stuknął o blat zbyt głośno, ale Kamil nawet nie zaprotestował. Spojrzał na mnie z irytacją, jak na kogoś, kto przerwał mu coś ważnego, choć doskonale wiedziałam, że chodziło tylko o przyzwyczajenie.
– Co ty robisz? – zapytał.
Usiadłam naprzeciwko niego. Czułam dziwny spokój, jakby cała burza, którą nosiłam w sobie od miesięcy, nagle się wypaliła.
– Jestem zmęczona – powiedziałam cicho. – Nie całym dniem i nie pracą, tylko nami.
Parsknął pod nosem.
– Znowu zaczynasz? Przecież wiesz, że nie jest mi łatwo. Gdybyś choć trochę spróbowała mnie zrozumieć…
To zdanie słyszałam setki razy. Zawsze po nim przychodziło moje wycofywanie się, łagodzenie tonu, poczucie winy. Tym razem było inaczej.
– Ja cię rozumiem aż za dobrze – przerwałam mu. – Rozumiem twoje lęki, brak wiary w siebie, gorszy okres. Tylko że ja już dłużej tak nie mogę.
Zamilkł. Widziałam, jak w jego twarzy pojawia się niepewność. To było dla niego coś nowego.
– Od lat wszystko jest na mojej głowie – mówiłam dalej. – Płacę rachunki, planuję, martwię się, wspieram cię, kiedy jest źle. I wiesz co? To nie jest partnerstwo. To jest litość. A ja nie chcę już tak żyć.
– Czyli co, grozisz mi? – zapytał ostro. – Bo mam gorszy czas?
– Nie grożę – odpowiedziałam spokojnie. – Mówię prawdę. Albo zaczynasz brać odpowiedzialność za siebie i za nas, albo ja odchodzę. Nie potrafię już udawać, że to wystarczy.
Przez chwilę myślałam, że spróbuje rozmawiać. Zamiast tego jego twarz stężała.
– Jasne – rzucił. – Najłatwiej mnie zostawić. Wszyscy zawsze mnie zostawiają.
Poczułam ukłucie, ale nie ustąpiłam. Po raz pierwszy nie pobiegłam za tym zdaniem, nie próbowałam go ratować.
– To twój problem, Kamil – powiedziałam. – Nie mój.
Zapadła cisza. Ciężka, ale prawdziwa. I wtedy zrozumiałam, że litość, którą brałam za miłość, właśnie się skończyła.
Przestałam się gryźć w język
Siedzieliśmy naprzeciwko siebie jeszcze przez chwilę, jakby żadne z nas nie wiedziało, jaki powinien być następny ruch. W końcu Kamil wstał i zaczął krążyć po pokoju. Nerwowo, bez celu. Zatrzymywał się przy oknie, potem przy drzwiach, jak zwierzę szukające wyjścia.
– Myślisz, że beze mnie będzie ci lepiej? – zapytał nagle. – Że wszystko sobie poukładasz i zapomnisz?
– Nie wiem – odpowiedziałam szczerze. – Wiem tylko, że tak jak jest teraz, już dłużej nie potrafię.
Zatrzymał się i spojrzał na mnie z gniewem, ale też z czymś na kształt urażonej dumy.
– To może od razu powiedz, że mam się wynosić.
Słowa cisnęły mi się na usta od dawna, ale dopiero wtedy pozwoliłam im wybrzmieć.
– Jeśli nie umiesz być dorosłym partnerem, to może powinieneś wrócić do mamy.
Zapadła cisza tak gęsta, że aż dzwoniło mi w uszach. Jego twarz poczerwieniała, oczy błysnęły.
– Jak możesz… – zaczął, ale urwał. – Wiesz, że ona zawsze chciała dobrze.
– Wiem – odpowiedziałam. – I może właśnie tam jest twoje miejsce, dopóki nie nauczysz się stać na własnych nogach.
To zdanie było jak zapalnik. Kamil chwycił kurtkę z wieszaka, rzucił ją na stół.
– Skoro tak uważasz, to nie będę tu siedział i się prosił – powiedział. – Spakuję się.
Nie było w tym dramatyzmu, którego się spodziewałam. Nie było błagania ani prawdziwej walki. Tylko złość i decyzja podjęta bardziej z powodu urażonej dumy niż szczerej refleksji. A ja… ja poczułam coś, czego się po sobie nie spodziewałam. Nie panikę, nie strach, tylko ulgę, cichą i wstydliwą. W tamtej chwili oboje wiedzieliśmy, że to nie jest chwilowy wybuch. To było domknięcie czegoś, co umierało od dawna.
Kochałam wspomnienie mężczyzny
Następnego ranka obudziłam się wcześniej niż zwykle. Mieszkanie było nienaturalnie ciche, jakby wstrzymało oddech razem ze mną. Kamil krzątał się w sypialni, pakując swoje rzeczy do dwóch starych toreb. Nie patrzyliśmy na siebie. Nie było już sensu udawać, że jeszcze mamy o czym rozmawiać.
– Przyjedzie po mnie mama – powiedział w końcu, stojąc w przedpokoju.
– Dobrze – odpowiedziałam. I naprawdę tak myślałam.
Helena pojawiła się szybciej, niż się spodziewałam. Weszła zdecydowanym krokiem, od razu obejmując Kamila ramieniem, jakby znów miał kilkanaście lat. Rzuciła mi krótkie, chłodne spojrzenie, ale nic nie powiedziała. Może nie musiała. Zabrała syna, a wraz z nim część mojego życia, która od dawna była już tylko ciężarem.
Kiedy drzwi się zamknęły, oparłam się o ścianę i czekałam na falę rozpaczy. Na łzy, na pustkę, na tęsknotę. Nic takiego nie przyszło. Zamiast tego poczułam spokój, niemal fizyczny. Jakby ktoś zdjął mi z pleców plecak, którego ciężaru nawet nie byłam już świadoma.
Usiadłam przy stole, na którym dzień wcześniej stały świece. Wciąż tam były, wypalone do połowy. Pomyślałam, że nie przestałam kochać nagle. Ja po prostu przez lata kochałam wspomnienie mężczyzny, którym Kamil kiedyś był. A wspomnienia nie potrafią odwzajemniać uczuć ani brać odpowiedzialności.
Tamte Walentynki nauczyły mnie jednej, bolesnej prawdy: miłość nie znika z dnia na dzień. Ona wyczerpuje się powoli, kiedy tylko jedna osoba ją niesie. A kiedy w końcu się kończy, nie zawsze zostawia po sobie pustkę. Czasem zostawia ulgę.
Iwona, 34 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Zadłużyłam się, by zabrać synów na ferie w górach. Chciałam zafundować im wspomnienia i słono przepłaciłam”
- „Tania kwatera na ferie w górach okazała się katastrofą. Zamiast oszczędzić, wydałam majątek, a pozostał tylko wstyd”
- „Wiedziałam, że na walentynki mąż coś szykuje. Nie sądziłam, że ta niespodzianka ma 3 lata i mówi do niego »tato«”