Reklama

To miał być zwykły dzień, może z nieco większą ilością czerwieni na sklepowych wystawach i nachalnymi reklamami czekoladek w internecie. Dla mnie czternasty lutego od lat nie stanowił daty, którą zaznaczałam w kalendarzu krzykliwym kolorem. Lubiłam swoją codzienność. Jednak dla mojej rodziny fakt, że w wieku trzydziestu czterech lat nie mam u boku kogoś, kto kupi mi bukiet róż, urastał do rangi katastrofy narodowej. Nie rozumieli, że cisza w moim mieszkaniu to nie objaw porażki, ale świadomy wybór luksusu.

Irytowali mnie

Presja trwała nieprzerwanie od moich trzydziestych urodzin. Mama, kobieta o złotym sercu, ale tradycyjnej mentalności, nie potrafiła zaakceptować mojego stylu życia. Jestem konserwatorką mebli. Całe dnie spędzam w pracowni, przywracając blask zapomnianym sprzętom. To praca wymagająca cierpliwości i spokoju – tego samego, którego szukałam w życiu prywatnym. Niestety, każda wizyta u rodziców przypominała przesłuchanie. Dwa tygodnie przed walentynkami atmosfera przy stole była gęsta.

Kalinko, dołóż sobie ziemniaczków – powiedziała mama, nakładając mi kopiec na talerz, mimo mojego protestu. – Musisz mieć siłę. A powiedz mi, widziałaś się ostatnio z tym synem pani Krystyny? Tym informatykiem?

Westchnęłam, odkładając widelec. Wiedziałam, do czego to zmierza.

– Mamo, rozmawiałyśmy o tym. Nie jestem zainteresowana randkami w ciemno aranżowanymi przez sąsiadki. Mam dużo pracy.

– Praca, praca... – wtrąciła się moja starsza siostra, Edyta. Siedziała naprzeciwko, nerwowo poprawiając idealnie ułożone włosy. Obok niej siedział jej mąż, zafascynowany ekranem telefonu i kompletnie ignorujący otoczenie. – Praca cię nie przytuli w nocy, a zegar tyka. Zobaczysz, przyjdą walentynki i znowu będziesz siedzieć sama, udając, że ci to nie przeszkadza.

– Nie udaję – powiedziałam spokojnie. –Naprawdę lubię swoje wieczory.

Edyta przewróciła oczami. Dla niej moje życie było anomalią. Ona „wygrała” życie w wieku dwudziestu pięciu lat – ślub, dwójka dzieci, dom pod miastem. To, że Robert rzadko z nią rozmawiał, a ona sama wyglądała na wiecznie zmęczoną, zdawało się nie mieć znaczenia. Ważne, że nie była sama.

– To nie jest naturalne – skwitowała mama. – Kobieta potrzebuje oparcia. A walentynki to taki smutny dzień dla samotnych. Może chociaż wyjdziesz do kina? Z koleżanką? Żeby ludzie nie gadali, że zdziwaczałaś w tym warsztacie.

Czułam narastającą irytację, ale przełknęłam ją razem z kęsem kurczaka. Dla nich byłam wadliwym elementem układanki, który trzeba naprawić, zanim będzie za późno. Nie widzieli, że ja wcale nie czułam się zepsuta.

Czułam się osaczona

Wróciłam do siebie z ulgą. Moje mieszkanie połączone z pracownią było moją twierdzą. W centralnym punkcie salonu stał zniszczony kredens z przełomu wieków – mebel z duszą, z którego musiałam delikatnie usunąć warstwy olejnej farby. Praca nad nim stała się dla mnie metaforą nadchodzących dni. Wymagała skupienia i delikatności. Jeden fałszywy ruch szpachelką mógł zniszczyć fornir, tak jak jedno za ostre słowo mogło zerwać wątłą nić porozumienia z rodziną. W tygodniu poprzedzającym walentynki telefon dzwonił częściej niż zwykle. Mama dzwoniła z „dobrymi radami”, Edyta wysyłała linki do portali randkowych, a nawet milczący zazwyczaj Robert zapytał, czy nie chciałabym poznać jego kolegi, który „też jest trochę dziwny i lubi stare rzeczy”. Czułam się osaczona. Zamiast skupić się na drewnie, traciłam energię na budowanie murów obronnych.

Dlaczego nie możecie zrozumieć, że jestem szczęśliwa? – zapytałam mamę przez telefon, gdy po raz trzeci zasugerowała imprezę dla singli.

– Bo nikt nie jest szczęśliwy w samotności, dziecko – odpowiedziała tonem nieznoszącym sprzeciwu. – My się po prostu o ciebie martwimy. Edyta ma zaplanowaną romantyczną kolację, Robert zabiera ją do tej nowej francuskiej restauracji. A ty? Będziesz wdychać opary lakieru? Serce mi pęka, jak o tym myślę.

Nie miałam siły tłumaczyć jej, że zapach wosku i jazz w tle to moja definicja idealnego wieczoru. Postanowiłam, że walentynki spędzę w totalnej izolacji od ich oczekiwań.

Nie musiałam niczego udawać

Nadszedł czternasty lutego. Media społecznościowe zalała fala zdjęć splecionych dłoni. Wyłączyłam powiadomienia. Miałam plan idealny: herbata jaśminowa, domowe sushi i wieczór z kredensem. Byłam na etapie nakładania pierwszej warstwy politury – magicznego momentu, gdy drewno odzyskuje głębię. O godzinie osiemnastej, kiedy większość par zasiadała do stolików, ja włożyłam roboczy fartuch i włączyłam muzykę klasyczną. Czułam spokój. Nikt ode mnie niczego nie chciał, nie musiałam udawać, że bawi mnie czyjś żart ani martwić się o wygląd. Byłam wolna. Moja sielanka trwała jednak tylko czterdzieści minut. Rozległ się dzwonek do drzwi. Natarczywy, długi, potem seria krótkich pukań. Zamarłam ze szmatką w dłoni. Kto to mógł być? Spojrzałam przez wizjer. To była Edyta. Wyglądała niepokojąco. W eleganckiej, czerwonej sukience i starannym makijażu, ale z twarzą wykrzywioną grymasem zwiastującym katastrofę. Otworzyłam.

– Mogę wejść? – zapytała i nie czekając na odpowiedź, wparowała do środka, rzucając torebkę na podłogę.

– Edyta? Co ty tu robisz? Miałaś być na kolacji z mężem – zapytałam zdumiona.

Moja siostra, ta idealna żona, usiadła na mojej starej kanapie i ukryła twarz w dłoniach.

– Nie ma żadnej kolacji – powiedziała stłumionym głosem. – Zapomniał.

– Jak to zapomniał? – oparłam się o framugę.

– Po prostu. Wrócił z pracy, zapytał, co na obiad, i usiadł przed telewizorem. Kiedy wyszłam wystrojona jak... jak idiotka, zapytał, gdzie się wybieram. Nawet nie skojarzył daty. Powiedział, że to komercyjne święto i nie będzie brał w tym udziału.

Zapadła cisza. Patrzyłam na kobietę, która zawsze była stawiana mi za wzór, a teraz siedziała przede mną rozczarowana i samotna, desperacko pragnąca gestu, którego nie otrzymała.

Przykro mi – powiedziałam szczerze. – Chcesz herbaty?

– Chcę, żeby to wszystko miało sens – podniosła głowę, rozmazując tusz na policzku. – Cały tydzień ci dogryzałam. Mówiłam mamie, że musimy ci kogoś znaleźć, bo zdziwaczejesz. A teraz? Siedzę u ciebie, bo nie chcę wracać do domu i patrzeć na niego.

To nie ja byłam samotna

Zrobiłam herbatę. Usiadłyśmy w kuchni, a Edyta powoli się uspokajała.

– Wiesz, co jest najgorsze? – zaczęła, bawiąc się uchem kubka. – Że ja mu nawet nie powiedziałam, jak bardzo mi na tym zależało. Udawałam, że wszystko jest w porządku, a w środku się gotowałam. Myślałam, że się domyśli. Że po tylu latach powinien wiedzieć.

Ludzie nie czytają w myślach – powiedziałam łagodnie. – Nawet mężowie.

– A ty? – spojrzała na mnie badawczo. – Naprawdę ci nie smutno? Dzisiaj?

Rozejrzałam się po swoim mieszkaniu. Widziałam niedokończony kredens i książki ułożone tak, jak lubię.

– Nie – odpowiedziałam pewnie. – Naprawdę nie. Lubię swoje życie. Lubię to, że kiedy wracam do domu, mam ciszę, którą mogę wypełnić, czym chcę. Nie muszę czekać, aż ktoś się domyśli moich potrzeb, bo sama je zaspokajam.

Edyta milczała przez chwilę, analizując moje słowa.

– Zawsze myślałam, że to twoja tarcza obronna. Że tak mówisz, żeby nie pokazać, jak bardzo cię to boli. Mama też tak myśli. Ciągle powtarza: „Biedna Kalinka, taka samotna”.

Nie jestem samotna, jestem samodzielna – poprawiłam ją. – To wielka różnica. Samotna to ty jesteś teraz, mimo że masz obrączkę na palcu.

To zdanie zawisło w powietrzu. Było ryzykowne, może nawet okrutne, ale prawdziwe. Jednak siostra się nie obraziła. Spuściła wzrok, a z jej ramion zeszło całe powietrze pompowane przez lata udawania ideału.

– Masz rację – szepnęła. – Jestem samotna w tym małżeństwie. Robimy wszystko „jak trzeba”, dom, dzieci, wakacje, a nie potrafimy ze sobą rozmawiać. Zazdrościłam ci.

– Mnie? – zdziwiłam się. – Przecież według was jestem „problemem”.

– Zazdrościłam ci tego spokoju – przyznała. – Tego, że nie musisz prosić o uwagę. Że nie musisz walczyć o to, by zostać zauważoną we własnym domu. Dziś, kiedy on zapytał „gdzie idziesz”, poczułam się niewidzialna.

Zaskoczyła mnie

Spędziłyśmy ten wieczór inaczej, niż planowałyśmy. Zamiast romantycznej kolacji czy mojej cichej pracy, jadłyśmy w kuchni sushi i rozmawiałyśmy szczerze pierwszy raz od lat. Edyta opowiedziała o swoich lękach, a ja mówiłam o satysfakcji z pracy i o tym, że nie zamykam się na miłość, ale nie będę jej szukać na siłę dla zadowolenia rodziny. Około dwudziestej drugiej zadzwonił telefon Edyty. Robert.

Gdzie ty jesteś? Dzieci pytają, czemu nie ma cię w domu – usłyszałam jego głos z głośnika.

Edyta wzięła głęboki oddech.

– Jestem u Kaliny. I nie wrócę dzisiaj na noc. Zostań z dziećmi, poradzą sobie. Muszę pomyśleć.

– Ale... o co chodzi? Przez tę kolację? Przecież możemy iść jutro – Robert brzmiał na zdezorientowanego.

– Nie chodzi o kolację. Chodzi o nas. Porozmawiamy jutro.

Rozłączyła się. Pierwszy raz widziałam, jak stawia granicę.

Mogę spać na kanapie? – zapytała nieśmiało.

– Oczywiście. Tylko uprzedzam, rano będzie śmierdziało terpentyną.

Uśmiechnęła się blado.

– Przeżyję. Przynajmniej jest cicho.

Odzyskałam spokój

Następnego dnia rano, kiedy Edyta wróciła do domu, zadzwoniłam do mamy.

– Kalinka! Jak tam walentynki? – mama brzmiała na pełną nadziei.

– Były bardzo udane, mamo – powiedziałam spokojnie. – Spędziłam je z najważniejszą osobą.

– Och! Kto to? Poznałaś kogoś? – w jej głosie słychać było ekscytację.

– Spędziłam je ze sobą. I z Edytą – dodałam. – Mamo, musimy coś ustalić. Przestańcie traktować mnie jak problem do rozwiązania. To, że nie mam męża, nie znaczy, że moje życie jest puste. Wczoraj okazało się, że moje „puste” mieszkanie było jedynym miejscem, gdzie twoja zamężna córka mogła znaleźć ukojenie.

Mama milczała przez dłuższą chwilę.

Edyta była u ciebie? Coś się stało?

– Porozmawiaj z nią. I zrozum jedno: moje szczęście wygląda inaczej niż wasze. I to jest w porządku. Nie potrzebuję litości ani swatania. Potrzebuję, żebyście uszanowali moje wybory.

Nie wiem, czy to dotarło do niej w stu procentach. Zmiana mentalności to proces żmudny jak renowacja antyku – trzeba zrywać warstwę po warstwie. Jednak czułam, że postawiłam fundament. Wróciłam do pracy nad kredensem. Kładłam kolejne warstwy politury, a mebel lśnił coraz piękniej. Był kompletny, mimo że stał samotnie na środku pokoju. Nie potrzebował krzesła do kompletu, by zachwycać. Był wartością samą w sobie. Tak jak ja. Zrozumiałam, że presja rodziny wynikała z ich lęku przed ciszą, którą ja tak kochałam. Walentynki minęły, a ja zostałam z poczuciem obronionego terytorium. A Edyta? Zaczęli z Robertem terapię małżeńską. Moja „smutna samotność” paradoksalnie stała się katalizatorem zmian w ich związku. Czasem trzeba spojrzeć na kogoś, kto żyje inaczej, by zrozumieć, co w naszym własnym życiu wymaga naprawy.

Kalina, 34 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama