Reklama

Całe życie odkładałam marzenia na później, wierząc, że nadejdzie ten właściwy moment, by wreszcie odetchnąć pełną piersią. Kiedy jednak zdmuchnęłam świeczki na torcie z okazji przejścia na emeryturę, zamiast mapy świata, mój syn przyniósł mi w prezencie teczkę na dokumenty i wizytówkę notariusza. Nie wiedział jednak, że w sercu byłej nauczycielki geografii wciąż tli się ogień, którego nie ugasi żadna ustawa spadkowa.

Niedzielny rosół o smaku goryczy

Wszystko zaczęło się od cotygodniowych obiadów, które ostatnio stały się męczącym przesłuchaniem. Siedzieliśmy przy dębowym stole, tym samym, przy którym sprawdzałam klasówki przez czterdzieści lat. Tomek, mój jedyny syn, dłubał w rosole, a jego żona, Aneta, rozglądała się po salonie z miną rzeczoznawcy majątkowego. Słońce wpadało przez firanki, ale atmosfera przy stole była gęsta.

– Mamo, ten parkiet wymaga cyklinowania – zaczęła Aneta, wskazując widelcem na podłogę. – Jeśli mamy to kiedyś sprzedać w dobrej cenie, trzeba by o to zadbać teraz, póki masz siłę dopilnować ludzi.

Zamarłam. Spojrzałam na syna, licząc, że utnie te spekulacje. Przecież ja tu wciąż żyłam. To był mój dom, a nie aktywa inwestycyjne.

Aneta ma rację, mamo – Tomek pokiwał głową, unikając mojego wzroku. – Lata lecą. Jesteś na emeryturze, dochody masz mniejsze. Utrzymanie takiego metrażu w centrum to koszt. Myśleliśmy, że może warto uporządkować sprawy papierkowe. Wiesz, testament, przepisanie własności z dożywociem... To dla twojego bezpieczeństwa.

Słowo „bezpieczeństwo” brzmiało w jego ustach jak groźba. Odłożyłam łyżkę. Czułam się przezroczysta. Jakby Halina, kobieta z krwi i kości, już odeszła, a przy stole siedział tylko zarządca nieruchomości.

– Nie wybieram się jeszcze na tamten świat, synku – powiedziałam, starając się, by mój głos brzmiał stanowczo.

– Oczywiście, że nie! – żachnął się. – Ale trzeba być realistą. Statystyki są nieubłagane, a prawo spadkowe skomplikowane. Po co robić sobie kłopoty w przyszłości? Lepiej wszystko zapisać teraz, żebyśmy mieli jasną sytuację.

Chciał mieć pewność, że warta fortunę kamienica nie przepadnie, nie zostanie obciążona długami, albo nie zostanie przeze mnie sprzedana w „chwili szaleństwa”. Nie wiedziałam jeszcze, że ta „chwila szaleństwa” właśnie kiełkuje w mojej głowie.

Nie tak miało wyglądać moje „potem”

Gdy wyszli, zostawiając mnie ze stosem naczyń i poczuciem beznadziei, spojrzałam na regał z książkami. Półka z albumami podróżniczymi uginała się pod ciężarem marzeń. Przez całe życie uczyłam dzieciaki o sawannach, dżunglach i lodowcach. Pokazywałam im na mapie miejsca, gdzie ziemia ma kolor cynamonu.

Mój mąż, Staszek, zawsze powtarzał: „Halinciu, jak tylko przejdziemy na emeryturę, ruszymy w świat. Zobaczysz te słonie na własne oczy”. Staszek odszedł pięć lat temu. Nie doczekał emerytury. Zostałam sama z jego obietnicą i oszczędnościami na czarną godzinę. Wszyscy oczekiwali, że zamienię się teraz w typową babcię – będę robić na drutach i oszczędzać każdy grosz dla młodych. Taki był scenariusz: emerytura to poczekalnia przed cmentarzem.

Wyciągnęłam z regału stary atlas i otworzyłam na stronie z Afryką. Kenia, Tanzania, Botswana. Nazwy brzmiały jak muzyka. Przypomniałam sobie, jak jako młoda dziewczyna płakałam przy „Pożegnaniu z Afryką”. Dlaczego pozwoliłam sobie wmówić, że mój czas minął? Że moją jedyną rolą jest bycie spadkodawczynią? Wzrok padł na zdjęcie Staszka. Miał to swoje łobuzerskie spojrzenie. Prawie słyszałam, jak mówi: „Na co czekasz, stara?”.

Spotkanie, które otworzyło mi oczy

Kilka dni później spotkałam Jadzię, sąsiadkę z dołu. Jadzia była ucieleśnieniem marzeń Tomka: przepisała mieszkanie na córkę, oddała jej oszczędności, a teraz żyła w małym pokoiku we własnym dawnym domu, bojąc się głośniej nastawić telewizor.

Spotkałyśmy się w parku. Jadzia karmiła gołębie suchą bułką.

– Jak tam, Halinko? – zapytała ze smutkiem w oczach. – Syn cię odwiedza?

– Był w niedzielę – odpowiedziałam.

– To masz szczęście. Moja córka mówi, że nie ma czasu. A jak już jest, to tylko narzeka, że leki tyle kosztują. Wiesz, czuję się czasem jak zbędny balast. Jakbym powinna już dawno zwolnić to miejsce.

Słuchałam jej i czułam narastający bunt. Jadzia oddała wszystko, licząc na wdzięczność, a dostała poczucie bycia ciężarem. Czy to samo czekało mnie? Tomek był pragmatykiem. Miałam obawy.

– Jadziu – zapytałam nagle. – A gdybyś mogła cofnąć czas, zrobiłabyś to jeszcze raz?

Spojrzała na mnie, a w jej oczach błysnęła dawna iskra.

– Nigdy – szepnęła. – Kupiłabym sobie te czerwone buty, o których marzyłam, i pojechałabym do sanatorium na pełnopłatny turnus. I jadłabym ciastka w kawiarni, zamiast odkładać każdy grosz dla kogoś, kto teraz wylicza mi plasterki szynki. Żyj, Halina. Póki masz za co i masz siłę. Dzieci sobie poradzą. A jak im wszystko dasz, przestaną cię szanować, bo staniesz się zależna.

Ta rozmowa była jak uderzenie pioruna. Wróciłam do domu inna. Patrzyłam na mieszkanie nie jak na dziedzictwo dla syna, ale jak na mój kapitał. Wypracowany przez czterdzieści lat pracy z kredą przy tablicy.

Kropla, która przelała czarę

Ostateczny impuls nadszedł dwa tygodnie później. Tomek wpadł „przelotem” i wyjął z teczki kolorowy folder.

– Mamo, zobacz – powiedział z entuzjazmem. – Znaleźliśmy z Anetą świetną opcję. Luksusowy dom seniora pod miastem. Mają tam opiekę, zajęcia, ogród.

Wzięłam folder. Zdjęcia uśmiechniętych staruszków grających w warcaby.

– Chcecie mnie oddać do domu starców? – zapytałam cicho.

– Co ty mówisz! To nie żaden dom starców, to rezydencja! – oburzył się. – Pomyśl logicznie. Sprzedajemy to mieszkanie, opłacamy ci tam pobyt do końca życia, a reszta pieniędzy zostaje w rodzinie. Zainwestujemy w firmę Anety, kupimy większe mieszkanie dla nas, a ty będziesz miała spokój. Będziesz żyć jak królowa.

Jak królowa na wygnaniu – skwitowałam. – A co, jeśli ja nie chcę grać w warcaby z obcymi ludźmi? Co, jeśli ja chcę jeszcze coś zobaczyć?

Tomek westchnął, jakby tłumaczył coś niesfornemu dziecku.

– Mamo, bądźmy poważni. Masz prawie siedemdziesiąt lat. Czego ty chcesz szukać? Przygód? Teraz najważniejsze jest bezpieczeństwo i stabilizacja.

Wtedy zrozumiałam: dla niego moje życie już się skończyło. A ja chciałam napisać nowy rozdział.

– Zostaw mi ten folder – powiedziałam spokojnie. – Przemyślę to.

Gdy wyszedł, wrzuciłam ulotkę do kosza. Podeszłam do komputera i wpisałam w wyszukiwarkę: „Wielka wyprawa, Tanzania, safari, Kilimandżaro”.

Mój tajny plan

Przez następny miesiąc prowadziłam podwójne życie. Dla syna „porządkowałam papiery”. W rzeczywistości odwiedziłam niszowe biuro podróży. Kiedy powiedziałam, że chcę lecieć do Tanzanii i na Zanzibar, młody chłopak za biurkiem spojrzał na mnie z uznaniem.

– Pani Halino, to będzie podróż życia – powiedział. – Ale to wymaga kondycji. I innych procedur.

– Kondycję mam. Codziennie robię dziesięć tysięcy kroków, a w weekendy chodzę z kijkami po lesie. A na procedury już się zapisałam.

Najtrudniejsza była kwestia finansowa. Wycieczka kosztowała krocie. Miałam jednak oszczędności i coś jeszcze: działkę rekreacyjną za miastem, o którą Tomek ciągle marudził. Sprzedałam ją sąsiadowi, który od lat na nią polował. Szybko, bez targowania się. Kiedy zobaczyłam sumę na koncie, poczułam zawrót głowy. To była wolność.

Nie powiedziałam nikomu. Działałam w pełnej konspiracji. Kupiłam walizkę, buty trekkingowe, aparat z teleobiektywem. Każdy zakup chowałam głęboko w szafie. Czułam się, jakbym miała znowu dwadzieścia lat. Adrenalina buzowała, przestałam narzekać na stawy. Miałam misję.

Byli pewni, że „urobili” staruszkę

Dzień sądu nadszedł w kolejną niedzielę. Tomek przyszedł z Anetą i gotowym projektem umowy u notariusza. Byli pewni, że „urobili” staruszkę.

– Mamo, umówiłem nas na wtorek – powiedział, rozkładając papiery na stole. – To tylko formalność. Podpiszemy przepisanie mieszkania, a potem pojedziemy obejrzeć ten ośrodek. Aneta sprawdziła opinie, są rewelacyjne.

Nabrałam powietrza w płuca. Spojrzałam na zdjęcie Staszka. Mrugał do mnie.

– Nie podpiszę tego, synku – powiedziałam, nalewając zupę.

Zapadła cisza. Taka dzwoniąca w uszach.

– Jak to? Przecież rozmawialiśmy... – Tomek był zbity z tropu.

– Wy rozmawialiście. Ja słuchałam. Nie wybieram się do żadnego domu seniora. I nie przepiszę wam teraz mieszkania.

– Ale mamo, koszty... Zabezpieczenie... – wtrąciła się piskliwie Aneta.

– Poradzę sobie z kosztami. Sprzedałam działkę – rzuciłam bombę.

Tomek zbladł.

– Sprzedałaś działkę? Bez konsultacji z nami? Przecież to była ojcowizna! I co zrobiłaś z pieniędzmi? Wpłaciłaś na lokatę?

Odstawiłam wazę, wyjęłam z szuflady kopertę i położyłam bilet lotniczy na stole, w miejscu aktu notarialnego.

– Nie, Tomku. Kupiłam sobie życie. Wylatuję za dwa tygodnie. Nairobi, Park Narodowy Amboseli, Serengeti, a na koniec Zanzibar.

Syn wziął bilet do ręki, jakby parzył. Oczy robiły mu się coraz większe.

– Afryka? Czy ty zwariowałaś? Masz 68 lat! Tam są choroby, upały, dzikie zwierzęta! To nieodpowiedzialne! Mamo, to kosztuje majątek! Przecież to są pieniądze, które... które mogłyby...

Które mogłyby być wasze? – dokończyłam. – Tak. Ale są moje. Ja je zarobiłam. Ja i twój ojciec. Całe życie oszczędzaliśmy na „potem”. I wiesz co? To „potem” jest teraz.

Aneta siedziała z otwartymi ustami. Tomek zerwał się z krzesła.

– To jest... Musimy cię przebadać. Nie możesz sama podejmować takich decyzji. To trwonienie majątku rodzinnego!

– Siadaj! – krzyknęłam głosem, którym kiedyś uciszałam klasę. Usiadł automatycznie. – Czuję się doskonale! Jestem twoją matką, a nie skarbonką. Wychowałam cię, wykształciłam, pomogliśmy wam kupić auto i mieszkanie. Niczego wam nie brakuje.

– Ale mamo, testament...

– Testament jest napisany – powiedziałam spokojnie. – Mieszkanie dostaniecie, kiedy umrę. Ale nie wcześniej. I nie liczcie na gotówkę, bo zamierzam ją wydać. Co do grosza. Zamierzam zobaczyć świat, póki nogi mnie niosą.

Życie zaczyna się, gdy przestajesz się bać

Atmosfera przy obiedzie była lodowata. Aneta nie tknęła zupy. Wyszli wcześniej niż zwykle, rzucając na odchodne, że „jeszcze o tym porozmawiamy”. Ale nie było o czym.

Dwa tygodnie później stałam na lotnisku Okęcie. Miałam na sobie wygodne spodnie safari, kapelusz i plecak lżejszy niż wszystkie troski, które zostawiłam w domu. Kiedy samolot oderwał się od ziemi, poczułam łzy szczęścia.

Zobaczyłam słonie na tle Kilimandżaro. Widziałam lwy w cieniu akacji i czułam zapach czerwonej ziemi Tsavo. Poznałam ludzi, którzy nie pytali mnie o wiek ani testament, ale o to, co jeszcze chcę zobaczyć. Wysłałam Tomkowi zdjęcie: ja, roześmiana, w tle stado zebr. Napisałam: „Tu jest pięknie. Nie martw się o testament. Martw się o to, żebyś sam zdążył pożyć”. Odpisał po trzech dniach: „Wyglądasz na szczęśliwą, mamo. Uważaj na siebie”.

To mi wystarczyło. Wróciłam odmieniona. Nie jestem już „starszą panią z mieszkaniem do przejęcia”. Jestem teraz podróżniczką. Zapisałam się na angielski, bo w przyszłym roku planuję Peru. Podobno Machu Picchu o wschodzie słońca zapiera dech w piersiach. Mieszkanie nadal stoi, testament leży w szufladzie. Ale ja już nie czekam na śmierć. Ja wreszcie żyję. I wiecie co? Nigdy nie czułam się bogatsza, mimo że konto jest chudsze. Bo wspomnień nikt mi nie zabierze.

Halina, lat 68

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama