Reklama

Mam dwójkę wnuków, emeryturę wystarczającą na rachunki i jeszcze trochę na drobne przyjemności, których… od lat nie mam. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz coś zrobiłam dla siebie. Moje życie ma stały rytm. Rano kawa, potem zakupy, gotowanie, pranie, a w weekendy – wnuki. Zawsze wnuki. Ania z Tomkiem przywożą je „jak zwykle” – bez pytania, bez pytania o cokolwiek. Po prostu zostawiają mi dzieciaki. I już. Zawsze z uśmiechem. Bo przecież „babcia się ucieszy”. Bo „babcia nie ma nic innego do roboty”.

Reklama

A ja... Ja przez lata tak żyłam. Spełniałam oczekiwania. Nie buntowałam się. Miałam poczucie obowiązku i chyba też jakiś lęk, że jak powiem „nie”, to będę złą matką. Złą babcią. Egoistką. Ale coraz częściej czuję się… zużyta. Jak stary koc, który jeszcze się przydaje, ale już dawno przestał być potrzebny z miłości. Pewnego wieczoru zadzwoniła Ania.

– Mamo, zostawiamy dzieci w sobotę jak zwykle, dobrze?

Westchnęłam cicho, próbując się zebrać w sobie.

– Może byście najpierw spytali, czy mogę?

Z drugiej strony słuchawki zapadła cisza, a potem śmiech.

– Mamo, przecież to tylko dzieci. One cię uwielbiają!

I wtedy coś we mnie pękło. Tylko dzieci. Uwielbiają. A ja? Czy ktoś mnie jeszcze widzi?

Czułam się jak cień

To była sobota jak każda. Rano wstałam wcześniej, żeby zdążyć jeszcze ogarnąć kuchnię. Ugotowałam zupę pomidorową, bo wiem, że młodszy wnuk ją lubi. Pokroiłam jabłka na podwieczorek, naszykowałam kredki, bajki w telewizji ustawiłam na gotowe. Wszystko jak zawsze. O jedenastej usłyszałam domofon. Dzieci wbiegły do mieszkania, a za nimi Ania z Tomkiem, jak gdyby nigdy nic.

– Zostawiamy ich jak zwykle, dzięki! – rzuciła Ania i już zamykała za sobą drzwi.

– A może byś kiedyś sam został z dziećmi? – powiedziałam spokojnie do syna.

Tomek się cofnął. Stanął w przedpokoju z głupią miną.

– Mamo, co się stało? Ty zawsze…

– No właśnie. Zawsze. Aż do dziś – odpowiedziałam i poszłam do kuchni, zostawiając ich zdezorientowanych.

Po południu dzieci się bawiły, a ja siedziałam w fotelu, patrząc w okno. Miałam wrażenie, że nawet cisza w tym mieszkaniu jest jakaś pusta. Niby były w nim śmiechy, dziecięcy harmider, ale ja czułam się jak cień.

Wieczorem, kiedy odebrali dzieci i podziękowali w przelocie, poszłam do sypialni. Wciągnęłam z szafy walizkę, małą, niebieską, tę samą, którą kiedyś brałam do sanatorium. Spakowałam kilka sukienek, kosmetyki, książkę, z którą nigdy nie miałam czasu się zapoznać. Na stole w kuchni położyłam kartkę. Napisałam tylko jedno zdanie: „Nie pytajcie mnie, kiedy wrócę”. Telefon wyłączyłam, wsunęłam do torebki. Klucze zostawiłam w skrzynce, nie miałam zamiaru nikomu tłumaczyć, gdzie jadę i dlaczego.

Pojechałam pociągiem. Pamiętałam, jak bardzo cieszyłam się tym miejscem za pierwszym razem. Cisza, zapach lasu, rytm dnia, który nie był wyznaczany przez cudze potrzeby. Potrzebowałam tego. Potrzebowałam siebie. Gdy dojechałam do sanatorium, zgłosiłam się na recepcji, podpisałam wszystkie dokumenty i poszłam do pokoju. Był jasny, prosty, z balkonem wychodzącym na drzewa. Usiadłam na łóżku, rozejrzałam się i po raz pierwszy od lat poczułam się... spokojna. Nie miałam wyrzutów sumienia. Nie miałam już siły ich mieć.

Syn i synowa wpadli w panikę

W poniedziałek rano obudziłam się przed siódmą. W sanatorium dzień zaczynał się wcześnie. Zasłony w pokoju poruszały się lekko, a gdzieś za oknem śpiewały ptaki. Usiadłam na łóżku, przeciągnęłam się i przez chwilę po prostu siedziałam w ciszy. Potem sięgnęłam po telefon, żeby sprawdzić godzinę, i zobaczyłam na ekranie siedem nieodebranych połączeń. Dwa od Tomka, cztery od Ani, jedno z nieznanego numeru. I jeszcze sześć wiadomości.

Nie otworzyłam ich od razu. Poszłam na spacer. Wciągnęłam głęboko powietrze, czułam zapach wilgotnych liści, porannego chłodu i jakiejś ulgi, której nie umiałam nazwać. Dopiero po śniadaniu usiadłam w kawiarni przy recepcji i odczytałam wiadomości. Wszystkie w podobnym tonie. Najpierw zdziwienie, potem rozdrażnienie, w końcu – panika.

„Mamo, gdzie jesteś? Nie odbierasz. Tomek dziś do późna, a ja mam spotkanie!” – napisała Ania.

„Mamo, dzieci pytają o ciebie. Co się dzieje?” – to od Tomka.

„Jeśli coś się stało, daj znać. Przecież zawsze mogę podjechać” – próbował jeszcze raz.

Nie odpowiedziałam na żadną z tych wiadomości. Zsunęłam telefon z powrotem do torebki i wzięłam łyk gorącej kawy. Obok mnie usiadła kobieta z rudymi włosami, w lekkim płaszczu i z książką pod pachą. Przez chwilę nic nie mówiłyśmy. Potem spojrzała na mnie i się uśmiechnęła.

– Pierwszy raz?

– Tak – odpowiedziałam.

Sanatorium czy ucieczka?

Spojrzałam na nią z ukosa. Jej uśmiech był ciepły, ale nie głupi.

– Raczej jedno i drugie.

– To dobrze – powiedziała, wyciągając rękę. – Basia. Uciekam regularnie.

Nie zapytała przed kim. Widać wiedziała, że jeśli będę chciała powiedzieć, to sama zacznę. Wróciłam do pokoju i wyłączyłam telefon. Czułam, że muszę dać sobie czas, zanim znowu dam im dostęp do mojego życia.

Wolność smakowała dobrze

Minął tydzień. Przestałam sprawdzać telefon. Rano chodziłam na gimnastykę, potem z Basią spacerowałyśmy po lesie albo siadałyśmy na tarasie z kawą. Wieczorami – potańcówka. Na początku miałam opory. Czułam się niepewnie, nieco staroświecko, jakby to wszystko nie było już dla mnie. Ale Basia pociągnęła mnie za rękę, kiedy grał walc, i powiedziała, że to nie bal maturalny, tylko życie. Poznałam Jacka. Starszy pan z brodą i figlarnym spojrzeniem. Uczył tańca w sanatorium. Kiedy zobaczył, że siedzę z boku, podszedł i zapytał, czemu marnuję rytm.

– Może się boję – odpowiedziałam.

– Czego? Że się pani potknie? Wszyscy się potykamy. Grunt, żeby potem znowu złapać rytm – odparł i położył mi dłoń na ramieniu.

Nie wiem, kiedy zaczęłam się uśmiechać. Ciało pamiętało więcej, niż myślałam. Wkrótce wiedziałam, że czekam na te wieczory. Na muzykę, na śmiech, na momenty, kiedy nikt nie oczekuje ode mnie ani obiadu, ani opieki, ani bycia w gotowości. Któregoś dnia siedziałyśmy z Basią na ławce, popijając herbatę z termosu. Słońce grzało, ale nie paliło. Miałyśmy na sobie lekkie płaszcze i okulary przeciwsłoneczne jak dwie dziewczyny, które mają przed sobą lato.

– A ty, Maria – zapytała Basia – robisz coś dla siebie?

Zamilkłam. Przez chwilę próbowałam coś powiedzieć, ale słowa nie chciały się ułożyć.

– Nie pamiętam, kiedy ostatni raz zrobiłam coś, bo chciałam, a nie musiałam – odpowiedziałam w końcu.

Basia pokiwała głową. Nie komentowała. Tylko nalała nam więcej herbaty i poprosiła, żebym jutro znów z nią poszła na tańce. I poszłam. Taniec nie był doskonały, ale tego wieczoru pierwszy raz od bardzo dawna poczułam się sobą.

Potrzebowałam czasu

Dziesiątego dnia znów przypadkiem włączyłam telefon. Zrobiłam to bezmyślnie, sięgając po torebkę i chcąc sprawdzić godzinę. Ekran rozjarzył się powiadomieniami. Wiadomości, próby połączeń, nagrania na poczcie głosowej. Przez chwilę patrzyłam na nie w milczeniu, a potem zsunęłam telefon z powrotem do kieszeni. Miałam w sobie ciszę, której nie chciałam już oddawać. Ale wieczorem zadzwonił. Myślałam, że to recepcja, więc odebrałam odruchowo.

– Mamo?

Głos Tomka. Zmęczony, jakby starszy niż zwykle. Nie zdążyłam się rozłączyć.

– Mamo, my nie wiedzieliśmy… Przepraszamy – powiedział. – Ania... Ania płacze. Dzieci pytają o ciebie codziennie. Myślałem, że coś się stało. Powiedz tylko, że nic ci nie jest.

Usiadłam na łóżku. Przez okno wpadał wieczorny chłód. Długo milczałam, zanim się odezwałam.

Nic mi nie jest – powiedziałam. – Ale nie wrócę, dopóki nie będę gotowa.

– My... cie potrzebujemy.

– Ja siebie też potrzebuję – odparłam spokojnie. – Całe życie byłam dostępna. Teraz uczę się być obecna. Dla siebie.

– Ale dzieci...

– Dzieci mają rodziców. Ja nie jestem ich obowiązkową opcją na weekend. Jestem babcią, nie matką.

– Myślałem, że lubisz z nimi być.

– Lubię. Ale nie wtedy, gdy jestem w tym sama. Gdy muszę być, a nie chcę. A ja już nie chcę przepraszać siebie za to, że jestem zmęczona.

Tomek milczał. W tle słyszałam jakieś stukanie, może filiżankę o blat. Może kręcił się nerwowo po kuchni, jak zawsze, gdy nie wiedział, co powiedzieć.

– Odezwę się, kiedy będę gotowa – dodałam. – Dajcie mi ten czas. Naprawdę tego potrzebuję.

Zakończyłam rozmowę, zanim zdążył coś odpowiedzieć. Telefon wyłączyłam i schowałam do szuflady. Poszłam na potańcówkę z Basią. Tego wieczoru zatańczyłam z Jackiem dwa walce i nawet rumbę. Nikt nie pytał, kiedy wrócę.

Nauczyłam się odmawiać

Wróciłam po dwóch tygodniach. Wysiadłam z pociągu, wzięłam głęboki oddech i ruszyłam powoli do domu. Nie miałam planu, jak to wszystko się odbędzie. Wiedziałam tylko, że nie jestem już tą samą kobietą, która przed kilkunastoma dniami zostawiała na stole krótką notatkę i swoje zmęczenie. Na klatce schodowej spotkałam sąsiadkę z dołu.

– Pani Mario! Cała dzielnica już prawie szukała pani po parkach i przychodniach. Przepadłam pani jak kamień w wodę.

Uśmiechnęłam się krótko i powiedziałam, że jestem zdrowa i miałam sprawy do załatwienia. Nie tłumaczyłam się. Nie czułam, że powinnam. W domu było czysto. Na stole leżał rysunek od wnuka – ja i on, trzymamy się za ręce. Obok podpis: „Czekam na Ciebie babciu”. Gdyby to było przed wyjazdem, rozkleiłabym się. Ale teraz tylko pogładziłam kartkę i odłożyłam ją na komodę. Tomek przyszedł wieczorem, sam. Ania nie miała odwagi.

– Cześć, mamo – powiedział cicho. – Fajnie, że jesteś.

– Jestem, ale już trochę inaczej – odpowiedziałam.

Usiadł, nie patrząc mi w oczy. W końcu zebrał się na odwagę.

– Myślałem... Myśleliśmy, że możemy na ciebie liczyć zawsze.

– Możecie. Ale nie kosztem mnie samej – powiedziałam spokojnie. – Od teraz nie zostanę z dziećmi w każdy weekend. Nie będę zrywać się rano w sobotę, żeby robić naleśniki, jeśli nikt mnie nawet nie spyta, czy mam na to ochotę.

Patrzył na mnie, jakbym mówiła w innym języku. A potem skinął głową. Bez słowa.

– Jeśli mnie zaprosicie na obiad, z chęcią przyjdę. Jak będziecie potrzebować pomocy – możecie zapytać. Ale zrozumcie, że ja też mam swoje życie.

– Dobrze. Przepraszam – powiedział tylko.

Tego dnia położyłam się spać bez poczucia winy. Po raz pierwszy od lat.

Maria, 66 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:

Reklama

Reklama
Reklama
Reklama