Reklama

Nigdy nie myślałam, że na stare lata przyjdzie mi opuścić mój dom. To był niewielki, parterowy budynek z cegły, który budowaliśmy jeszcze z mężem. Każdy kąt pachniał tam wspomnieniami, a ogród był moim małym królestwem.

Lubiłam ten dom

Kiedy wiosną kwitły bzy, a latem dojrzewały pomidory, czułam, że żyję. Mimo siedemdziesięciu lat na karku wciąż dawałam sobie radę. Owszem, czasem strzykało w kręgosłupie, a ciśnienie skakało jak szalone, gdy zmieniała się pogoda, ale to były dolegliwości, z którymi nauczyłam się funkcjonować.

Wszystko zmieniło się pewnego niedzielnego popołudnia, gdy odwiedził mnie Tomek, mój jedyny syn, wraz z żoną Edytą. Siedzieliśmy na tarasie, popijając herbatę z melisy, kiedy Tomek nagle spoważniał.

– Mamo, my się o ciebie martwimy – zaczął, chwytając mnie za rękę. – Słyszałem, jak ostatnio narzekałaś na zawroty głowy. Do przychodni masz kawał drogi, karetka w razie czego będzie jechać pół godziny. To niebezpieczne.

Spojrzałam na niego zaskoczona. Faktycznie, wspomniałam przez telefon, że raz czy dwa zakręciło mi się w głowie przy pieleniu grządek, ale nie sądziłam, że potraktuje to tak poważnie.

– Synku, daj spokój, to tylko starość – próbowałam obrócić to w żart. – Tu mam sąsiadkę, panią Stasię, w razie czego zajrzy.

Namówili mnie

Wtedy do rozmowy włączyła się Edyta. Poprawiła nienagannie ułożone włosy i pochyliła się w moją stronę.

– Mamo, Tomek ma rację. W mieście mamy znajomego kardiologa, załatwimy wizytę od ręki. Mamy duży dom, pokój gościnny na dole stoi pusty. Będziesz miała własną łazienkę, ciszę, spokój. Zrobisz badania, ustawimy leki, a potem zobaczymy. Przecież nie chcemy, żebyś tu była sama, jak coś się stanie.

Ich argumenty były logiczne. Zaczęłam się łamać. Wizja szybkiego dostępu do lekarzy była kusząca, a samotność, zwłaszcza zimą, bywała dokuczliwa. Myślałam o tym, że będę bliżej wnuków – sześcioletniego Kubusia i czteroletniej Mai. Rzadko ich widywałam, bo młodzi ciągle byli zajęci pracą.

– No dobrze – zgodziłam się po chwili wahania. – Ale tylko na próbę. Na zimę. Zobaczę, jak mi te badania wyjdą.

Przeprowadzka poszła błyskawicznie. Zamknęłam dom, poprosiłam sąsiadkę o podlewanie kwiatów i karmienie kota, którego niestety nie mogłam zabrać, bo Edyta miała rzekomą alergię. Z dwiema walizkami i sercem pełnym nadziei weszłam do nowoczesnego domu syna na przedmieściach wielkiego miasta.

Czułam się obco

Mój pokój okazał się nieco inny, niż go opisywali. Był to gabinet Tomka, z którego wyniesiono biurko, a wstawiono rozkładaną kanapę. W kącie wciąż stały jakieś kartony z dokumentami, a szafa była w połowie zajęta przez zimowe kurtki domowników.

– Mamo, przepraszamy za ten bałagan, nie zdążyliśmy wszystkiego wynieść – powiedziała szybko Edyta, wnosząc moją torbę. – Ale za to masz blisko do kuchni.

– Nic nie szkodzi, dziecko, to tylko tymczasowo – odpowiedziałam, siadając na kanapie. Materac był twardy, ale nie chciałam narzekać na samym początku.

Pierwsze dwa dni minęły spokojnie. Młodzi chodzili do pracy, dzieci były w przedszkolu, a ja siedziałam w pustym domu, oglądając telewizję i czytając książki. Czułam się trochę nieswojo w tej sterylnej przestrzeni, gdzie na blatach nie mógł leżeć żaden okruszek, ale tłumaczyłam sobie, że muszę się przyzwyczaić. Trzeciego dnia wieczorem zapytałam o lekarza.

– Tomku, kiedy ta wizyta u kardiologa? Mówiłeś, że to kwestia kilku dni.

Syn spojrzał na mnie znad laptopa, wyraźnie zmieszany.

– A tak, mamo. Wiesz, dzwoniłem, ale on jest teraz na konferencji. Będzie w przyszłym tygodniu. Ale nie martw się, na razie czujesz się dobrze, prawda?

– No tak, ale…

– To spokojnie. Mamy czas – uciął temat i wrócił do pracy.

Mieli oczekiwania

Wszystko zaczęło się w czwartek. Edyta biegała po kuchni w szlafroku, wyraźnie spóźniona.

– Mamo! – zawołała. – Mogłabyś odebrać dzieci z przedszkola? Tomek ma spotkanie, ja nie zdążę, a ty i tak siedzisz w domu. To tylko dwa przystanki autobusem, albo krótki spacer.

– Oczywiście, chętnie się przespaceruję – zgodziłam się. Przecież spacer to zdrowie, a wnuki to sama radość.

Odebrałam Kubusia i Maję. Dzieciaki były kochane, ale pełne energii. Spacer do domu, który miał być relaksem, zamienił się w maraton. Maja chciała na plac zabaw, Kubuś marudził, że bolą go nóżki. Kiedy dotarliśmy do domu, byłam spocona i zdyszana. Serce kołatało mi w piersi. Musiałam usiąść i wziąć tabletkę. Kiedy Edyta wróciła, nie zapytała, jak się czuję.

– O, widzę, że dzieci już nakarmione? – zapytała, zaglądając do kuchni. – Super. Mamo, a mogłabyś przy okazji wstawić pranie? Kosz w łazience pęka w szwach, a ja jestem wykończona po pracy.

Spojrzałam na nią. Wyglądała na zmęczoną, to fakt. Pomyślałam: co mi szkodzi? Przecież tu mieszkam, jem ich chleb, zużywam prąd. Powinnam się dołożyć.

– Dobrze, Edytko. Wstawię.

I tak, krok po kroku, dzień po dniu, pętla zaczęła się zaciskać.

Harowałam w ich domu

Minęły dwa tygodnie. Wizyta u lekarza wciąż była w planach, ale zawsze coś stawało na przeszkodzie. A to lekarz chory, a to system rejestracji padł, a to Tomek zapomniał zadzwonić. Za to mój grafik domowy pękał w szwach.

Rano wstawałam pierwsza, żeby zrobić śniadanie dla wszystkich. Potem, gdy młodzi wychodzili, zostawał bałagan. Sprzątanie kuchni, odkurzanie salonu, bo Edyta ma alergię na kurz, jak twierdziła, choć nigdy nie widziałam, żeby kichała, wstawianie prania, wieszanie prania, prasowanie koszul Tomka. O 15 musiałam być już w przedszkolu. Potem obiad dla dzieci, zabawa, pilnowanie lekcji z zerówki. Kiedy rodzice wracali około 18, oczekiwali ciepłego posiłku.

– Mamo, zupa była trochę za słona – skomentowała pewnego dnia synowa, odsuwając talerz. – I wiesz, Maja mówiła, że pozwoliłaś jej oglądać bajki zamiast rysować szlaczki. Musisz być bardziej konsekwentna.

Zabolało mnie to. Stałam przy zlewie, zmywając naczynia po obiedzie, który przygotowywałam przez dwie godziny, stojąc na bolących nogach.

– Edytko, Maja była zmęczona, płakała – próbowałam się tłumaczyć. – A co do zupy, to robiłam według twojego przepisu.

– No tak, ale trzeba mieć wyczucie – mruknęła i poszła do salonu, gdzie włączyła serial.

Wprowadziła zasady

Tomek nawet nie podniósł wzroku znad telefonu. Czułam się przezroczysta. Moje dolegliwości, dla których tu przyjechałam, przestały mieć znaczenie. Kiedy pewnego wieczoru powiedziałam, że znowu skacze mi ciśnienie, synowa podała mi ciśnieniomierz i rzuciła:

– Zmierz sobie i połóż się wcześniej. Tylko nastaw budzik, bo jutro trzeba Kubusia zawieźć na angielski na 8 rano, a my musimy wyjść wcześniej.

Zrozumiałam wtedy, że wpadłam w pułapkę. Zamiast pacjentką, stałam się służącą. Ale wciąż łudziłam się, że to tylko przejściowe, że oni naprawdę mają ciężki okres w pracy. Tłumaczyłam ich przed samą sobą. „To moje dzieci, chcą się dorobić, muszę im pomóc” – powtarzałam w myślach, łykając tabletki przeciwbólowe na kręgosłup, który odmawiał posłuszeństwa od ciągłego schylania się nad zabawkami.

Przełom nastąpił w piątek, miesiąc po moim przyjeździe. Tego dnia czułam się fatalnie. Głowa pękała mi z bólu, przed oczami latały mroczki. Powiedziałam Edycie rano, że chyba muszę leżeć w łóżku.

– Oj, mamo, weź coś mocniejszego – powiedziała zniecierpliwiona, malując rzęsy w przedpokoju. – Dzisiaj przychodzą do nas znajomi wieczorem, chciałam, żebyś zrobiła te swoje pierogi, wszyscy je uwielbiają. I trzeba ogarnąć salon na błysk.

– Edytko, ja naprawdę nie mam siły… – mój głos był cichy i słaby.

– Mamo, nie przesadzaj. Ruch ci dobrze zrobi. Leżenie tylko pogarsza sprawę – rzuciła i wyszła, trzaskając drzwiami.

Zacisnęłam zęby

Zrobiłam te pierogi. Lepiąc ciasto, płakałam. Łzy kapały na mąkę, tworząc małe grudki. Czułam się upokorzona i wykorzystana. Wieczorem przyszli goście. Głośna muzyka, śmiechy, wino. Ja zamknęłam się w swoim pokoju-gabinecie, udając, że śpię, choć hałas nie pozwalał zmrużyć oka.

To wszystko było kłamstwem. Troska, obawy o moje serce, wizja specjalistów… Wszystko to było cyniczną grą obliczoną na zysk. Mój własny syn brał w tym udział. Sprzedał spokój matki za darmową opiekę nad dziećmi i czyste koszule. Nie spałam całą noc. Układałam plan. Wiedziałam, że awantura nic nie da. Zrobiliby ze mnie wariatkę, powiedzieli, że źle usłyszałam, że mam demencję. Musiałam działać metodycznie.

Rano wstałam jak zwykle. Zrobiłam śniadanie, choć ręce mi się trzęsły, gdy kroiłam chleb dla Tomka. Patrzyłam na niego i nie widziałam już mojego małego chłopca, ale obcego, wyrachowanego mężczyznę.

– Dziękuję, mamo – mruknął, jedząc w pośpiechu. – Pyszna jajecznica. A, dzisiaj wrócimy późno, więc zajmij się dziećmi do wieczora.

– Oczywiście – odpowiedziałam spokojnie.

Podjęłam decyzję

Gdy tylko wyszli, a ja odwiozłam dzieci do przedszkola, wróciłam do domu i zadzwoniłam do pani Stasi.

– Stasiu? Jesteś w domu? – zapytałam.

– Halinka! Jak dobrze cię słyszeć! Co tam w wielkim świecie?

– Stasiu, wracam. Dziś. Czy mogłabyś napalić w piecu? Klucze masz.

– Co się stało? – w jej głosie słyszałam zaniepokojenie.

– Opowiem ci na miejscu. Po prostu włącz ogrzewanie.

Potem zadzwoniłam po taksówkę bagażową. Pakowanie zajęło mi godzinę. Zabrałam wszystko, co moje. Nie zostawiłam ani jednej chusteczki. Kiedy pokój wrócił do stanu przed, wyglądał znowu jak zimny, biurowy składzik.

Na stole w kuchni, tam gdzie zawsze zostawiali mi listę obowiązków, położyłam kartkę. Napisałam tylko trzy zdania: „Wizyta u kardiologa nie będzie już potrzebna. Wracam tam, gdzie moje serce czuje się najlepiej. Klucze zostawiam u sąsiadki z dołu, bo nie jestem waszą służącą, żeby czekać na wasz powrót”. Zanim wyszłam, posprzątałam kuchnię po raz ostatni. Nie dlatego, że musiałam, ale dlatego, żeby nie dać im satysfakcji, że zostawiłam bałagan. Chciałam odejść z klasą.

Wróciłam do siebie

Droga powrotna była długa i kosztowała mnie sporo z oszczędności, które trzymałam na czarną godzinę, ale każda złotówka była tego warta. Kiedy taksówka zatrzymała się przed moim domem, zobaczyłam dym lecący z komina. Pani Stasia czekała w progu.

Gdy weszłam do środka, uderzył mnie zapach starego drewna, ziół i spokoju. Usiadłam w moim fotelu, kot, którego Stasia przyniosła z powrotem, wskoczył mi na kolana i zaczął mruczeć. Dopiero wtedy pozwoliłam sobie na płacz. Płakałam długo, uwalniając cały stres, upokorzenie i żal.

Wieczorem telefon dzwonił bez przerwy. Tomek. Edyta. Znowu Tomek. Nie odbierałam. Wyciszyłam dźwięk. Następnego dnia przyjechał Tomek. Sam. Był wściekły, ale też wyraźnie wystraszony.

– Mamo, co ty wyprawiasz?! – krzyczał od progu. – Zostawiłaś nas bez słowa! Dzieci nie miał kto odebrać, Edyta musiała zwalniać się z pracy! Jak mogłaś być tak nieodpowiedzialna?

Siedziałam spokojnie przy stole i piłam kawę. Spojrzałam na niego chłodno.

– Nieodpowiedzialna? – powtórzyłam. – A czy odpowiedzialne jest okłamywanie własnej matki?

Tomek zamilkł.

– Zrobiliście ze mnie darmową nianię, kucharkę i sprzątaczkę.

Było mu wstyd

Zrobił się czerwony jak burak. Zaczął się jąkać.

– Mamo, to nie tak… My cię kochamy…

– Nie, Tomku. Kochacie wygodę, którą wam zapewniałam. A ja kochałam ciebie tak bardzo, że dałam sobie wmówić, że jestem niesamodzielną staruszką. Ale wiesz co? Tutaj, u siebie, czuję się zdrowsza niż w tym waszym luksusie.

– Ale co z lekarzem? – próbował ostatniej deski ratunku.

– Byłam dziś rano w naszej ośrodkowej przychodni. Pan doktor przepisał mi nowe leki, skierował na EKG. Wszystko na miejscu. Nie potrzebuję twojego mitycznego kardiologa.

Tomek stał jeszcze chwilę, próbując znaleźć argumenty, ale widząc moją determinację, poddał się. Wyszedł, trzaskając drzwiami. Minęło pół roku. Mieszkam u siebie. Wiosna w ogrodzie jest przepiękna. Tomek dzwoni rzadziej, wnuki przywożą tylko na święta, i to na krótko, bo beze mnie jako darmowej niani, ich życie stało się trudniejsze i bardziej chaotyczne. Słyszałam, że musieli zatrudnić opiekunkę, która słono ich kosztuje i nie gotuje obiadów.

Kazimiera, 73 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama