Reklama

Mam na imię Joanna. Mam 56 lat i jednego syna – Kubę. Wychowałam go samotnie. Z mężem rozstaliśmy się, gdy Kuba miał trzy lata. Nie jestem święta, popełniałam błędy, jak każdy. Ale jedno wiem na pewno: nigdy nie przestałam kochać mojego dziecka. Dla niego pracowałam na trzy zmiany, odkładałam każdy grosz. Gdy on miał nowe buty, ja łatałam stare. Kiedy zachorowałam i nie miałam siły wstać z łóżka, i tak robiłam mu obiad, żeby nie poszedł głodny do szkoły.

Myślałam, że kiedyś to doceni.

Teraz Kuba ma 28 lat i zarabia – jak sam mi oznajmił – 12 tysięcy miesięcznie. Pracuje w korporacji, ma dziewczynę, własne mieszkanie, samochód. Mnie nie stać na dentystę. Gdy w aptece odkładam leki z powrotem na półkę, bo zabrakło mi dwudziestu złotych, przypominam sobie, jak nosiłam go na rękach, kiedy miał gorączkę, jak gotowałam mu rosół, jak uczyłam go tabliczki mnożenia i życia.

I teraz... proszę go o 200 zł miesięcznie. Na leki, na rachunki. Nie na nowe buty, nie na paznokcie. A on nazywa mnie toksyczną. Toksyczną. To słowo zatruło mi myśli.

Siedzę przy kuchennym stole, w ciszy. Od rana boli mnie głowa. Może to od ciśnienia, a może z żalu. Kuba nie odpisuje od trzech dni. Od kiedy się pokłóciliśmy. Zaczęło się od prostego pytania...

– Synku, mógłbyś mi przelać te dwie stówki trochę szybciej w tym miesiącu? Mam opóźnienie z emeryturą...

I wtedy się zaczęło.

Usłyszałam gorzkie słowa

– Kuba, to tylko dwieście złotych… przecież nawet tego nie odczujesz – powiedziałam, starając się, żeby mój głos brzmiał spokojnie.

Po drugiej stronie zapadła cisza. Już wiedziałam, że jest źle. Gdyby miał zamiar mi pomóc, powiedziałby „jasne, mamo” od razu. Ale on milczał.

– Mamo, czy ty w ogóle słyszysz siebie? – wybuchł w końcu. – Ja mam 28 lat i wciąż muszę się zajmować twoimi problemami. Całe życie tylko dramaty, rachunki, leki, potrzeby. Nic się nigdy nie zmienia.

Zamarłam. Co on właśnie powiedział?

– Jakie dramaty?! – głos mi zadrżał. – Kuba, ja cię tylko proszę o pomoc. Dwieście złotych. Nie na jakieś fanaberie, tylko na leki!

– To nie chodzi o kasę! – krzyknął. – Tylko o to, że ty wciąż mnie emocjonalnie szantażujesz. Jak nie dam, to zaraz będzie, że jestem wyrodny, że ojciec cię zostawił, że się poświęcałaś. Ile można?!

Zaniemówiłam.

– Ja się poświęcałam, bo cię kocham. I myślałam, że kiedyś to zrozumiesz – szepnęłam.

– Ty mnie nie kochasz. Ty chcesz mieć nade mną kontrolę. Toksyczna jesteś. Wiesz, że Magda kazała mi się od ciebie odciąć? Bo ty mnie po prostu wykorzystujesz.

Zrobiło mi się ciemno przed oczami. Przysiadłam na krześle.

– Toksyczna? – powtórzyłam mechanicznie. – Bo proszę o pomoc?

– Bo nigdy nie potrafiłaś dać mi spokoju. Nawet jak dorosłem, to ty dalej dzwonisz z każdą pierdołą. Mam dość. To nie jest moja odpowiedzialność, że ty sobie w życiu nie radzisz.

– Kuba… – zaczęłam, ale on już się rozłączył.

Zostałam z telefonem w dłoni i bólem w piersi, na który nie pomogą żadne leki.

Może jednak miał rację

– I co ja mam zrobić, Wiesia? – zapytałam, kręcąc się z kubkiem herbaty po kuchni. – On mi mówi, że jestem toksyczna. Ja! Ja, która całe życie dla niego...

– Siadaj – przerwała mi. – Napij się. Cała się trzęsiesz.

Usiadłam niechętnie. W głowie wciąż miałam to jedno słowo, które wypowiedział mój syn, jakby splunął mi prosto w twarz.

– Toksyczna. Bo o pomoc poprosiłam. Dwieście złotych. Przecież on zarabia jak prezes. Nawet nie musiałby tego zauważyć.

Wiesia spojrzała na mnie znad okularów.

– Joasia, a ty naprawdę tylko poprosiłaś?

Zmarszczyłam brwi.

– Co to ma znaczyć?

– No bo ja cię znam, kobieto. Ty nie prosisz. Ty robisz wykład. Przypominasz, ile dla niego zrobiłaś. Wyliczasz. I dorzucasz: „a ty nawet dwie stówki…”.

Zamilkłam. Przecież to prawda. Ale jak inaczej rozmawiać z własnym dzieckiem, które zapomina, skąd pochodzi?

– Wiesia, ja... Ja tylko chcę, żeby on pamiętał.

– No właśnie. Chcesz, żeby pamiętał. I może w tym jest pies pogrzebany.

– Co ty mi teraz sugerujesz? Że to moja wina?

– Nie, kochana. Mówię tylko, że czasem ta nasza miłość – matczyna, silna, wszystkoogarniająca – zaczyna być dusząca. A potem dzieci duszą się i uciekają.

Poczułam, jak zbiera mi się w gardle. Bo może coś w tym było. Ale czy to znaczy, że nie mam prawa poprosić o pomoc?

– Wiesia, ale on mnie naprawdę zostawił samą. Jakbym była ciężarem. Jakbym mu się nie przydała już do niczego.

– A może właśnie tak się czuje od lat? Że musi cię „utrzymywać emocjonalnie”? Że ciągle czegoś od niego chcesz, ale rzadko pytasz: „Jak się masz, synku? Jesteś szczęśliwy?”

Spojrzałam w kubek. Herbata już dawno wystygła.

Wiedziałam, że przegrałam

Wsiadłam w autobus i pojechałam bez zapowiedzi. Z duszą na ramieniu stanęłam pod jego nowym blokiem – takim, co wygląda jak z katalogu. Wideofon, paczkomat, kamery. Poczułam się jak ktoś z innego świata. Otworzyła mi Magda. Zrobiła minę, jakby zobaczyła poborcę podatkowego, nie matkę swojego faceta.

– O, pani Joanna... Kuba nie wspominał, że pani przyjdzie.

– Nie wspominał, bo nie wiedział. Przyszłam, bo chcę porozmawiać – odpowiedziałam i weszłam, zanim zdążyła się zastanowić.

W salonie Kuba siedział przy komputerze. Spojrzał na mnie zaskoczony, a potem jego twarz się spiąła.

– Serio? Naprawdę przyjechałaś tu bez zapowiedzi?

– Tak. Bo rozmowy się nie kończy się w środku zdania – powiedziałam i usiadłam na krześle przy stole.

– Mamo, nie mam siły z tobą rozmawiać. Znowu będziesz płakać, wyciągać stare historie, rzucać wyrzuty.

– Bo może tylko to mi zostało – parsknęłam. – Tylko wspomnienia. Tylko pamięć o tym, ile ci dałam, zanim zacząłeś mnie traktować jak zbędny mebel.

– Ja cię nie traktuję jak mebel, tylko jak dorosłego człowieka, który powinien żyć swoim życiem. Ja nie jestem twoim opiekunem!

Wstał od biurka. Magda stanęła obok niego i objęła go za ramię. Spojrzała na mnie tak, jakby oceniała mnie w milczeniu. Mierzyła wzrokiem – moje tanie buty, stary płaszcz, spracowane ręce.

– Ty nie jesteś moim opiekunem – powiedziałam cicho – ale jesteś moim synem. I chyba mam prawo liczyć na ciebie, kiedy nie mam już nikogo.

– Masz prawo żyć samodzielnie. I nie wmawiaj mi poczucia winy i odpowiedzialności za twoje porażki. Jeśli chcesz się widywać, to ustalmy jasne granice. Żadnych próśb o pieniądze. Żadnych emocjonalnych szantaży. Inaczej... nie będę utrzymywał kontaktu.

Siedziałam w ciszy. Wiedziałam, że przegrałam. Wstałam, wzięłam torebkę i powiedziałam:

– W porządku. Skoro miłość to szantaż, to chyba faktycznie lepiej, żebyśmy się nie widywali.

I wyszłam, zanim znowu zaczęłam płakać.

Czułam się taka samotna

Wróciłam do domu późnym popołudniem. W torbie miałam tylko chusteczki i pognieciony paragon z dworca. Położyłam się na wersalce w ubraniu, nie miałam siły nic z siebie zdjąć. Gapiłam się w sufit, a właściwie – w pęknięcie, które biegnie przez środek. Jak moje życie. Rozchodzące się w dwóch kierunkach, które już nigdy się nie zejdą.

W kuchni kapała woda z kranu. Tik... tik... tik... jak zegar, który odlicza, ile jeszcze zostało mi do samotnej starości. Zrobiłam sobie herbatę. Sypnęłam dwie łyżeczki cukru – chociaż lekarz mówił, żeby unikać. Ale jak unikać, kiedy wszystko inne ma gorzki smak?

Usiadłam przy stole. Ten sam stół, przy którym siedział Kuba, jak był mały. Jak pierwszy raz przyniósł świadectwo. Jak płakał, bo pokłócił się z kolegą. Jak jadł kanapkę z dżemem, śmiejąc się w głos. Teraz ten stół stał pusty. A jedyne, co tu dziś usłyszałam, to własne westchnienie.

Włączyłam telewizor, żeby coś grało. Nie interesowało mnie, co leci. Byle coś zagluszało ciszę. Nawet głupi serial był lepszy niż samotne milczenie. Ale po chwili i to mnie zmęczyło. Wyłączyłam i zadzwoniłam do Wiesi.

– Nie odbiera – mruknęłam do siebie, jakby to miało coś zmienić.

Spojrzałam na telefon. Na liście połączeń wciąż on – Kuba. Ostatnie połączenie sprzed trzech dni. Żadnego SMS-a. Żadnego „dojechałaś?”. Żadnego: „mamo, przepraszam”.

– Może on już naprawdę nie potrzebuje matki – powiedziałam na głos. – Może teraz ma tylko partnerkę. I siebie.

Usiadłam znowu przy stole. Spojrzałam na pustą filiżankę.

– Nawet herbaty nie ma z kim wypić – westchnęłam.

Tylko kran dalej kapał. Tik... tik... tik...

Wróciły do mnie wspomnienia

Wzięłam się za porządki. Nie dlatego, że miałam siłę. Ale kiedy człowiek coś robi, to nie myśli. Przynajmniej przez chwilę. Otworzyłam szufladę pod łóżkiem i znalazłam stary album. Już dawno miałam go uporządkować, ale bałam się. Bałam się wspomnień, które wrzeszczą głośniej niż obecna cisza. Usiadłam na podłodze, wzięłam pierwszy z brzegu.

Mały Kuba na sankach. Ma zaczerwieniony nos i śmieje się, jakby świat nie miał żadnych trosk. Kolejne – z pierwszego dnia szkoły. Biała koszula, za duża teczka, ja obok niego, w garsonce z taniego second-handu, ale dumnie wyprostowana. Przecież wtedy byłam kimś – matką, przewodniczką, całym jego światem. A teraz?

Zatrzymałam się na zdjęciu z komunii. Widać, że Kuba marudził, pewnie było mu niewygodnie w garniturze. A ja trzymałam go za ramię i mówiłam do ucha, żeby chociaż na chwilę przestał się wiercić. Patrzyłam na siebie sprzed lat – zmęczona, ale zadowolona. Nie miałam nic, ale miałam jego. A teraz mam wszystko, co zostało po tamtym – czajnik, pożółkłe firanki, niedziałające radio i album, który boli bardziej niż migrena.

Przysunęłam zdjęcie do twarzy.

– Kiedy ty się ode mnie odwróciłeś, synku? – szepnęłam. – Bo ja... ja wciąż tu jestem. W tym samym mieszkaniu. Z tym samym kubkiem. Tylko ty jesteś gdzieś daleko, w jakimś innym świecie. Takim, w którym nie ma już miejsca na mnie.

Album zsunął mi się z kolan. Zdjęcia rozsypały się po podłodze jak kartki z podartej książki, której nikt już nie chce czytać. Uklękłam i zaczęłam je zbierać, jedno po drugim. Jak wspomnienia, które tak bardzo chciałabym jeszcze raz poczuć, ale nie mam już z kim.

Joanna, 56 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama