Reklama

Nie pamiętam, kiedy ostatni raz budziłam się w całkowitej ciszy. Może to przez ten listopad – taki senny, ponury, bez słońca. Albo może przez pustkę, która została po moim mężu. Bo choć jeszcze kilka miesięcy temu oddychał, jadł, spał w naszym łóżku – to już od dawna znikał. Choroba najpierw zabrała mu nogi, potem apetyt, a potem głos.

Kiedy zmarł, telefon milczał przez cały dzień. Nasz syn Wojtek nie zadzwonił, nie napisał. Może nie wiedział, co powiedzieć, a może po prostu – jak zawsze – było coś ważniejszego. W tym roku Zaduszki miały być dla mnie szczególne, bo po raz pierwszy w to święto miałam odwiedzić grób męża. Przyszli też inni ludzie. Tak to jest – po śmierci każdy staje się święty. Nawet ci cisi, milczący, tacy jak mój mąż. On nie krzyczał, nie kłócił się. Czasem milczał tak długo, że człowiek miał ochotę potrząsnąć nim i zapytać: „Co ty czujesz, Stefan?”.

A jednak to on pierwszy powiedział, że mnie kocha. To jego rękę ściskałam, gdy konał. I to jego głos słyszę teraz w głowie, choć nie odzywa się już od tygodni. Cichy był do końca. Nawet w tej swojej śmierci – cichy, jakby nie chciał nikomu przeszkadzać.

Na cmentarz przyszła też kuzynka z Pabianic oraz sąsiedzi z parteru, którzy raz do roku zapraszali nas na opłatek. Pojawił się także mój syn, choć na pogrzebie ojca go nie było. W jednej ręce trzymał wieniec tak wielki, że musiał go przytrzymywać drugą. Wystrojony był jak na wesele – czarny płaszcz, eleganckie buty, świeżo przystrzyżona broda. Jakby chciał zrobić dobre wrażenie.

Chciał się pokazać

Stanął przede mną i przez chwilę patrzył, jakby nie wiedział, co powiedzieć. W końcu wyciągnął rękę, której nie podałam, i powiedział:

– Przyjechałem, mamo. Przyniosłem wieniec. Taki, jak trzeba.

Popatrzyłam na te róże i lilie, na połyskującą wstęgę, i w środku aż się we mnie zagotowało.

– Twój ojciec nie lubił takich gestów – powiedziałam chłodno.

Zmarszczył brwi. Od razu się obruszył. Zawsze miał cienką skórę.

– To był mój ojciec i mam prawo go żegnać po swojemu.

Odeszłam kilka kroków w bok. On stał jeszcze chwilę, po czym położył wieniec na grobie i odszedł w stronę ciotki. Stałam w miejscu, czując, jak coś we mnie narasta, choć z zewnątrz musiałam wyglądać spokojnie. Byłam jak głaz, jak ktoś, kto nie ma już siły ani ochoty na cokolwiek.

Podeszła do mnie sąsiadka, zaczęła szeptać coś o pogodzie, o tym, jak długo Stefan chorował. Kiwałam głową, ale nie słuchałam. Myślałam o tym, jak często siedziałam przy jego łóżku i jak długo czekałam, aż Wojtek zadzwoni, zapyta, czy tata coś jeszcze mówi. Ale telefon milczał. Teraz był tu, z tym swoim wieńcem i żalem na pokaz. I chociaż wiedziałam, że może naprawdę przeżywa, nie potrafiłam tego zobaczyć. Widziałam tylko te róże i jego spóźnione przyjście.

Miałam żal

Wróciliśmy do domu dopiero późnym popołudniem. Czułam się przezroczysta. Patrzyłam tylko, gdzie jest Wojtek. Nie odzywałam się do niego, on do mnie zresztą też nie próbował. W domu Wojtek usiadł naprzeciwko mnie, zdjął płaszcz, ale krawata nie ruszył.

– Myślałem o nim często – powiedział w końcu. – O ojcu. Nie sądź, że nie. Po prostu… trudno mi było przyjechać. Ciągle coś.

Słuchałam i nagle poczułam, że nie chciałam już grać grzeczności.

– Wolałabym, żebyś był przy nim, gdy chorował, nie teraz z kwiatami – powiedziałam stanowczo.

– Nie wiedziałem, że było tak źle… – szepnął w końcu.

Patrzyłam mu w oczy. Te same, które miał jego ojciec. Ciemne, poważne, czasem nieobecne.

– Nie chciałeś wiedzieć.

Nie dodałam już nic. Nie przeprosiłam, choć może powinnam. Wojtek milczał. Patrzył gdzieś obok mnie, jakby szukał czegoś na ścianie. I choć miał w oczach cień żalu, nie potrafił już nic powiedzieć. Jakby nie było już żadnych słów, które miałyby sens.

Tęsknił za nim

Wyszedł wieczorem. Zostałam przy kuchennym stole. Popatrzyłam na krzesło, na którym zawsze siadał mój mąż. Najpierw przysuwał je bliżej, potem poprawiał się, jakby nie mógł znaleźć wygodnej pozycji. Ostatnie miesiące już w ogóle przy nim nie siedział. Spał wtedy w salonie, leżał właściwie. A ja byłam obok – podawałam wodę, podnosiłam poduszki, myłam mu ręce. Czasami próbował coś powiedzieć, ale głos mu się załamywał. Tylko raz zapytał:

– A Wojtek? Dzwonił?

Powiedziałam wtedy, że pewnie zadzwoni jutro. Ale żadne jutro nie przyniosło telefonu.

Z kuchni poszłam do jego pokoju. Przesunęłam dłonią po wezgłowiu łóżka. Na komodzie stało zdjęcie – my dwoje na plaży, młodzi, uśmiechnięci, on trzymał małego Wojtka na rękach. Patrzyłam na to i próbowałam sobie przypomnieć, czy wtedy też myślałam, że pewnego dnia zostanę z tym wszystkim sama. Że będę siedzieć przy kuchennym stole i nie wiedzieć, jak z synem rozmawiać.

Przypomniałam sobie, jak Wojtek miał może pięć lat i biegł przez podwórko z rozdartymi spodniami, a Stefan, zamiast się rozzłościć, wziął go na ręce i powiedział: „No i dobrze. Przynajmniej się bawiłeś”. Taki był. Surowy na zewnątrz, ale łagodny tam, gdzie nikt nie patrzył.

Miał wyrzuty sumienia

Wojtek przyszedł do mnie następnego dnia. Nie zdjął butów. Przez chwilę stał w przedpokoju.

– Nie chciałem ci przeszkadzać – powiedział cicho.

– Nie przeszkadzasz. Siadaj – odpowiedziałam.

Usiadł, ale jakby nie mógł znaleźć sobie miejsca. Oparł łokcie na kolanach, pochylił się lekko do przodu. Przez chwilę nie mówił nic.

– Bałem się przyjechać. Bałem się, że nie zdążę… więc wolałem nie wiedzieć.

Odwróciłam wzrok, bo gdybym patrzyła na niego dłużej, mogłabym powiedzieć za dużo. Tyle razy płakałam przez jego nieobecność.

– Mówił: „może Wojtek jeszcze przyjedzie”. Nawet wtedy, kiedy już nic nie jadł, nie spał, tylko leżał i czekał.

Wojtek zasłonił twarz dłońmi. Było w tym coś bolesnego, ale też spokojnego. Jakbyśmy oboje wiedzieli, że na przebaczenie jest za późno, ale na żałobę jeszcze nie. Może tylko na tym potrafiliśmy się spotkać.

– Dzisiaj muszę już wracać. Lot mam po południu. Wiem, że ten wieniec nic nie znaczył. Chciałem tylko… coś naprawić.

– Nie wiem, czy da się naprawić. Ale dobrze, że byłeś chociaż teraz.

Nie uśmiechnął się, nie odpowiedział. Wiedział, że to nie jest przebaczenie. Może raczej przyznanie, że nie wszystko da się powiedzieć, wyjaśnić, odzyskać. Wstał, zaczął zbierać swoje rzeczy. Pomogłam mu z torbą, tak odruchowo, jakbym znowu pakowała go na kolonie. Otworzyłam drzwi, a on wyszedł. Nie obejrzał się.

Leokadia, 71 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:

Reklama
Reklama
Reklama