„Syn przyjechał na święta z dziewczyną. Przy opłatku wyznał, że rzuca studia i wyjeżdża z nią do Norwegii”
„Tomasz żuł rybę bez słowa, Lena z przesadną swobodą opowiadała o jakimś festiwalu sztuki w Norwegii, a Jakub… Jakub wyglądał na spiętego. Jakby coś go gryzło. Wiedziałam, że coś się kroi. Matka czuje takie rzeczy”.

Zawsze kochałam święta. Te kilka dni, kiedy dom pachnie piernikami, a podłoga skrzypi pod skarpetkami domowników. Kiedy czas się zatrzymuje, a przy stole wszyscy są tacy, jacy powinni być – razem. Przez lata przygotowania do Wigilii były moim rytuałem, małą celebracją tego, że mam rodzinę, dom, sens. Zresztą… Jakub zawsze mówił, że u nas święta „pachną inaczej”. Chyba to odziedziczył po mnie – wrażliwość na rzeczy niematerialne.
Miałam poznać dziewczynę syna
W tym roku coś było inaczej. Przede wszystkim – miał przyjechać z dziewczyną. Pierwszy raz. Lena. Nawet nie zapytał, czy może. Po prostu oznajmił przez telefon:
– Mamo, będziemy u was 23. Z Leną.
Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Przytaknęłam. Głos mi się złamał, ale nie sądzę, żeby to zauważył. Całe życie żyłam dla rodziny. Nie mam siostry, nie mam brata. Jakub był moim jedynym dzieckiem. Kiedy zaszłam w ciążę, wiedziałam, że to będzie moja najważniejsza rola. Tomasz – mój mąż – był dobrym ojcem, choć raczej biernym. To ja chodziłam na zebrania, ja uczyłam Kubę czytać, ja siedziałam po nocach, kiedy miał gorączkę i ja płakałam ze szczęścia, gdy dostał się na informatykę. I teraz... miałam poznać Lenę.
Wyobrażałam ją sobie jakoś inaczej. Może bardziej... zwyczajnie? A ona – z tego, co zobaczyłam na zdjęciach w mediach społecznościowych – wyglądała jak ktoś z innego świata. Artystka, performansy, tatuaże, kolczyk w nosie. I jeszcze ten sposób, w jaki Jakub o niej mówił – jakby od kiedy ją poznał, wszystko inne przestało istnieć. W kuchni gotował się barszcz, a ja zamieszałam łyżką, nie mogąc się pozbyć uczucia, że zbliża się coś, czego nie będę w stanie zatrzymać.
Kolacja była dziwna
Siedzieliśmy przy stole wigilijnym jak w teatrze – każdy na swoim miejscu, każdy z inną rolą do odegrania. Tomasz żuł rybę bez słowa, Lena z przesadną swobodą opowiadała o jakimś festiwalu sztuki w Norwegii, a Jakub… Jakub wyglądał na spiętego. Jakby coś go gryzło. Wiedziałam, że coś się kroi. Matka czuje takie rzeczy. A może po prostu czekałam na cios?
– A więc… – zaczął Jakub, odkładając widelec. – Mamo, tato. Musimy wam coś powiedzieć.
Wszystko zamarło. Nawet Lena przestała się uśmiechać.
– Postanowiłem rzucić studia i wyjechać z Leną do Norwegii. Za dwa tygodnie wylatujemy.
– Co ty mówisz?! – jęknęłam, czując, jak serce wpada mi do żołądka. – Jak to rzucasz studia?! Jak to „wyjeżdżacie”?
– To przemyślana decyzja – powiedział spokojnie. – Mamy plan. Lena dostała propozycję pracy, a ja chcę spróbować czegoś nowego.
– Czego nowego?! – głos mi zadrżał. – Nowego?! Przyszłość stawiasz na pastwę losu? A te lata nauki? Te wszystkie pieniądze, czas, nasze poświęcenie?
Tomasz jak zwykle próbował łagodzić:
– Może nie panikujmy od razu…
Ale ja już czułam, że ziemia usuwa mi się spod nóg. Jakub nie patrzył mi w oczy. Lena trzymała go za rękę pod stołem. Nie mogłam dłużej udawać, że nic się nie dzieje. Coś się rozpadło. Pękło.
Syn wstał od stołu.
– Przepraszam, mamo. Ale ja nie chcę żyć według twojego planu.
I wyszedł. Zostałam wśród talerzy. I kolęd, które leciały w tle, jakby w jakimś ironicznym filmie.
Pokłóciłam się z synem
Gdy wrócił, emocje wzięły górę i pokłóciliśmy się.
– Poświęciliśmy wszystko, żebyś mógł studiować. A ty to tak po prostu rzucasz? Dla jakiejś dziewczyny?! – syknęłam, zamykając za sobą drzwi kuchni.
Była noc. Cały dom spał, ale we mnie buzowała wściekłość. Prawdziwa, gorąca, jakiej nie czułam od lat.
– To nie jest jakaś dziewczyna – odpowiedział cicho, ale twardo. Oparł się o blat, skrzyżował ramiona. – Lena daje mi więcej wsparcia niż wy przez ostatnie dwa lata.
Poczułam, jak mnie zatkało. Jakby ktoś dał mi w twarz.
– My cię nie wspieraliśmy?! Przypomnij mi, kto cię woził na olimpiady? Kto zarwał pół nocy, żebyś zdążył z projektem? Kto gotował ci do słoików, jak byłeś chory, a ty nie miałeś czasu pójść po chleb?!
– Mamo, to nie o to chodzi! Nie rozumiesz… – Jakub wzdychnął. – Ja się w tym duszę. Informatyka, uczelnia, ten sam schemat – wszyscy oczekują, że będę „kimś”. Ale ja nie chcę tego życia!
– A czego chcesz?! – łzy napłynęły mi do oczu. – Życia w drewnianej chacie w Norwegii?! Na garnuszku tej twojej Leny?
– Ona ma propozycję pracy w Oslo. Ja znajdę coś dla siebie. Zacznę od zera. Wreszcie będę wolny.
– A my? Ja? Co ze mną?
Jakub milczał. Odwrócił wzrok. Moje łzy wreszcie popłynęły.
– Nawet się nie zastanowisz?
– Zastanowiłem się. I dlatego wyjeżdżam.
Po tych słowach wyszedł. Zostawił mnie w pustej kuchni, a ja się rozpłakałam.
Mąż się nie przejął
Siedziałam przy stole, owinięta w koc. W domu panowała cisza. Nawet zegar w salonie przestał tykać. Tomasz wyjął z szafki dwie filiżanki i wstawił wodę. Nie pytał, czy chcę. Wiedział, że nie chcę. Ale zrobił herbatę z cytryną. Jak zawsze.
– Anka... – zaczął łagodnie, siadając naprzeciwko. – Wiem, że ci ciężko.
– Ciężko? – zaśmiałam się gorzko. – Ja chyba właśnie straciłam syna, Tomek. A ty mówisz, że ciężko?
Wzruszył ramionami. Patrzył gdzieś w bok. Jakby na ścianie było coś bardziej wartego uwagi niż kobieta, z którą przeżył trzydzieści lat.
– On jest dorosły – powiedział w końcu. – Ma prawo wybierać.
– A ja nie mam prawa się wściekać? Nie po to wszystko układałam… Nie po to robiłam wszystko, żeby miał lepiej niż my.
– Może właśnie ma lepiej. Tylko nie tak, jak ty chciałaś – odpowiedział cicho.
Zamilkłam. Wiedziałam, że ma rację. Ale nie umiałam tego przełknąć. To było jak klucha w gardle – nie do przełknięcia, nie do wyplucia.
– On miał być kimś. Miał mieć dyplom, pracę, stabilność.
– Może będzie miał. Tylko inną. – Tomasz wziął łyk herbaty. – Anka… może my go po prostu nie widzieliśmy takim, jakim był naprawdę?
Spojrzałam na niego ze złością.
– A może on po prostu nie docenia tego, co miał?
Nie odpowiedział. Siedzieliśmy w milczeniu, tylko łyżeczka stuknęła o filiżankę. Pomyślałam: on zawsze potrafił akceptować rzeczy, których ja nie byłam w stanie znieść. I może dlatego jeszcze jakoś się trzymaliśmy razem. Ale teraz? Teraz czułam się sama. Strasznie sama.
Pogadałam z Leną
Zeszłam do kuchni wcześnie. Święta czy nie, organizm matki budzi się o szóstej. Włączyłam ekspres, nie zapalając światła – nie chciałam nikogo budzić. Ale ona już tam była. Lena. Siedziała przy stole w moim szlafroku. W moim. I czytała książkę, jakby była u siebie.
– Nie mogłaś spać? – zapytałam szorstko.
– Mhm. Kawa mi pomoże – uśmiechnęła się jakby nigdy nic.
Nie odpowiedziałam. Zalałam dwie filiżanki, postawiłam jedną przed nią.
– Powiedz mi jedno – zaczęłam po chwili. – Co mu obiecałaś, że zostawia wszystko?
Lena uniosła wzrok. Usta jej się lekko rozchyliły, ale odpowiedziała spokojnie:
– Nic mu nie obiecywałam. On po prostu chce żyć po swojemu.
Parsknęłam.
– Żyć po swojemu? A myśmy co robili przez dwadzieścia dwa lata? Nie żyliśmy dla niego? Nie budowaliśmy mu życia?
– Może właśnie to jest problem – odpowiedziała miękko. – Może budowaliście mu życie, którego on nigdy nie chciał.
– Zabrałaś mi syna – powiedziałam cicho, ale twardo. – Wciągnęłaś go w jakąś... fantazję.
Lena odstawiła filiżankę. Nie odwróciła wzroku.
– On nie należy do pani. Nie może pani decydować, jak ma żyć.
Poczułam, jak łzy zbierają mi się pod powiekami. Nie chciałam płakać. Nie przy niej. Ale te słowa... trafiły tam, gdzie najbardziej bolało.
– Ja... wszystko dla niego. Całe życie. A on po prostu odchodzi.
– Nie odchodzi. Idzie swoją drogą. – Lena wstała. – A pani musi zdecydować, czy chce zostać w miejscu i się złościć, czy iść dalej.
Zostałam sama z pytaniem, którego bałam się najbardziej: kim ja jestem, kiedy już nie jestem tylko matką Jakuba?
Nie było odwrotu
Samolot miał wylecieć o 11. Stałam z rękami w kieszeniach płaszcza, który Jakub sam mi kiedyś wybrał. Było zimno, ale nie czułam nic. Ani mrozu, ani świątecznego zapachu z pobliskiej kawiarni. Tylko pustkę. Jakub niósł jedną walizkę. Drugą miała Lena. Szli przodem. Tomasz trzymał się z boku, jakby nie chciał nikomu przeszkadzać.
– Zostawiliśmy klucze w kuchni – powiedział Jakub, zatrzymując się przy mnie. – I listę, gdzie co schowaliśmy. Nie chcieliśmy robić bałaganu.
Nie odpowiedziałam. Patrzyłam na niego. Mój syn. Mój mały chłopiec, który teraz wyglądał jak ktoś obcy.
– Nie wiem, czy to właściwe – wyszeptałam. – Ale kocham cię. Pamiętaj o tym.
Jakub zamarł. Po chwili skinął głową. Głos mu się załamał.
– Też cię kocham. Ale… muszę to zrobić, mamo.
Lena spojrzała na niego i ruszyła pierwsza. On jeszcze raz popatrzył mi w oczy – ten sam błękit, co u mnie – i poszedł za nią. Tomasz podszedł i położył mi rękę na ramieniu.
– Chodź, Anka.
Nie ruszyłam się. Było mi smutno, bo nie wiedziałam, kiedy zobaczę znów syna i czy w ogóle.
Anna, 60 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „W Wigilię otworzyłem drzwi zupełnie obcej kobiecie i nie żałowałem. Rano przygotowała mi cudowne świąteczne śniadanie”
- „Wigilia to nie drogie prezenty i uginające się stoły. Łzy w oczach kuzynki, przypomniały mi, co jest najważniejsze”
- „Chciałam pomóc w domu przed świętami, ale matka ględzi, że do niczego się nie nadaję. Ma mnie za życiową niedorajdę”