Reklama

Jeszcze pół roku wcześniej byłam żoną z trzydziestoletnim stażem. Przez te wszystkie lata, zbudowałam wspólne życie z mężem, które wydawało się nie do ruszenia. Codzienność wypełniały te same rytuały, rozmowy przy kolacji, wspólne plany na przyszłość. Byłam „tą” żoną, tą, która znała każde słowo partnera, każdy kąt domu, która miała swoje miejsce w tym życiu, które wydawało się niezmienne. A potem zostałam „tą po rozwodzie”. Dwa słowa, które brzmią jak wyrok, jak obce imię, jak pustka, której nie potrafiłam wypełnić.

Cisza w mieszkaniu dźwięczała mi w uszach, była nie do zniesienia. Każdy kubek w kuchni przypominał mi, że ktoś, kto kiedyś współtworzył to wszystko, po prostu odszedł, nie oglądając się za siebie, zostawiając tylko przestrzeń, którą trudno było wypełnić. Tygodniami chodziłam w poczuciu braku, jakby część mnie została gdzieś poza domem, za zamkniętymi drzwiami, których nie mogłam ponownie otworzyć.

Mój syn, widząc jak powoli gasnę, uznał, że potrzebuję zmiany powietrza. „Mamo, pojedź gdzieś. Zrób coś dla siebie”. Nie wiedział, że razem z walizką spakuję także coś, czego nie zauważyłam przez te wszystkie lata – odwagę, której wcześniej mi brakowało. Odwagę, by zacząć od nowa, by wyrwać się z cienia przeszłości i wreszcie pomyśleć o sobie. To miała być podróż nie tylko w inne miejsce, ale przede wszystkim w głąb siebie, w poszukiwaniu tego, czego zapomniałam pragnąć. Nie wiedziałam wtedy jeszcze, że to, co miało być tylko kilkudniowym wypadkiem, stanie się początkiem mojej nowej drogi.

Bilet w jedną stronę do spokoju

– Mamo, nie będziesz siedzieć sama w czterech ścianach – oznajmił stanowczo Kacper, kładąc przede mną kopertę. – To dwa tygodnie w sanatorium nad morzem. Już opłacone. Krynica Morska czeka!

Spojrzałam na niego z niedowierzaniem.

– Zwariowałeś? To kosztuje majątek.

– Pieniądze są po to, żeby je wydawać na ważne rzeczy. A ty jesteś ważna.

Odwróciłam wzrok, bo łzy same napłynęły mi do oczu. Od rozwodu minęły cztery miesiące. Cztery miesiące odkąd mój były mąż oznajmił, że „chce jeszcze czegoś od życia”. Nie krzyczałam wtedy. Stałam przy zlewie i patrzyłam na pianę w wodzie, jakby to była najistotniejsza rzecz na świecie.

– W sanatorium poznasz ludzi, wyjdziesz do nich – kontynuował Kacper. – Przestaniesz analizować każdy szczegół.

Uśmiechnęłam się blado.

– A jeśli nie chcę nikogo poznawać?

– To przynajmniej odpoczniesz.

Był może odrobinę starszy

Wyjechałam tydzień później. Zimowe morze przywitało mnie ostrym wiatrem i zapachem soli. Budynek sanatorium był jasny, przestronny, pełen starszych i młodszych kuracjuszy snujących się korytarzami w szlafrokach. Czułam się obco. Jakbym trafiła do miejsca przejściowego między dawnym życiem a czymś, czego jeszcze nie umiałam nazwać. Pierwszego dnia zeszłam na kolację wcześniej, żeby uniknąć tłoku. Usiadłam przy stoliku pod oknem. Patrzyłam na ciemne fale, kiedy ktoś odsunął krzesło naprzeciwko.

– Wolne? – zapytał mężczyzna o spokojnym, niskim głosie.

– Tak – odpowiedziałam odruchowo.

Był w moim wieku, może odrobinę starszy. Siwiejące włosy, uważne spojrzenie.

– Paweł – przedstawił się.

– Teresa.

Przez chwilę jedliśmy w milczeniu. Potem zagadnął o pogodę, o zabiegi, o to, skąd przyjechałam. Odpowiadałam zdawkowo, przyzwyczajona do tego, że rozmowy z obcymi szybko się kończą.

– Też świeżo po zmianach? – zapytał nagle, wskazując na moją obrączkę, której już nie nosiłam, ale ślad na palcu wciąż był widoczny.

Zawahałam się.

– Rozwód – powiedziałam krótko.

Skinął głową.

– U mnie to samo. Dwadzieścia osiem lat. Człowiek myślał, że to już na zawsze.

Spojrzałam na niego uważniej. W jego głosie nie było goryczy. Raczej zmęczenie.

– I co teraz? – zapytałam.

– Teraz uczę się żyć bez planu, który ktoś inny ze mną ustalił.

To zdanie poruszyło coś we mnie. Przez lata żyłam według wspólnego grafiku, wspólnych decyzji, wspólnych kompromisów. Nawet rozwód był bardziej jego decyzją niż moją.

Smutek zastąpiła ciekawość

Kolejne dni zaczęliśmy spędzać razem – najpierw przypadkiem w kolejce na zabiegi, potem już całkiem świadomie na spacerach brzegiem morza. Zimny wiatr szczypał w policzki, ale rozmowy rozgrzewały.

– Czego się boisz najbardziej? – zapytał mnie któregoś popołudnia, gdy szliśmy pustą plażą.

Zaskoczył mnie.

Że zostanę sama na zawsze – odpowiedziałam po chwili szczerości. – A ty?

– Że przyzwyczaję się do samotności i przestanę potrzebować kogokolwiek.

Zatrzymaliśmy się. Fale rozbijały się o brzeg z jednostajnym szumem.

– Mój syn wysłał mnie tutaj, żebym doszła do siebie – powiedziałam z lekkim uśmiechem. – Pewnie wyobrażał sobie, że będę chodzić na gimnastykę i pić herbatę z innymi paniami.

Paweł zaśmiał się cicho.

– Mój brat twierdził, że wrócę stąd z nową energią. Nie sądził, że w ogóle będę chciał z kimś rozmawiać.

Patrzyliśmy na siebie chwilę za długo jak na dwoje przypadkowych ludzi. Poczułam, że pod warstwą smutku pojawia się coś jeszcze. Ciekawość. Iskra. Wieczorem zadzwonił Kacper.

– I jak, mamo? Lepszy nastrój?

– Jest… inaczej – odpowiedziałam wymijająco.

– Tylko nie mów, że już chcesz wracać.

Spojrzałam przez okno na oświetlone alejki.

– Nie. Na razie nie.

Nie powiedziałam mu o Pawle. Sama jeszcze nie wiedziałam, czym jest ta znajomość. Wiedziałam tylko, że po raz pierwszy od miesięcy czekałam na kolejny dzień.

Zima przestała być zimna

Z każdym dniem przestawałam liczyć zabiegi, a zaczynałam liczyć rozmowy. Paweł miał zwyczaj czekać na mnie przy wejściu do jadalni. Udawał, że to przypadek, ale kiedy któregoś ranka spóźniłam się kilka minut, stał przy oknie i zerkał na zegarek.

– Już myślałem, że zmieniłaś stolik – rzucił z udawaną obojętnością.

– Nie tak łatwo się mnie pozbędziesz – odpowiedziałam, zaskoczona własną swobodą.

Śmiałam się częściej. Zaczęłam zakładać kolorowe szaliki zamiast ciemnych swetrów, które wybierałam od rozwodu. W lustrze widziałam kobietę zmęczoną przejściami, ale nie złamaną. Pewnego wieczoru w sali kominkowej zorganizowano koncert. Usiedliśmy obok siebie w półmroku.

– Teresa – odezwał się cicho – zastanawiałaś się, co zrobisz po powrocie?

Westchnęłam.

– Wrócę do mieszkania, które nagle stało się za duże. Będę udawać przed synem, że wszystko jest w porządku.

– A czego chcesz naprawdę?

To pytanie powracało jak echo.

– Chcę przestać żyć z rozpędu – powiedziałam w końcu. – Chcę mieć wpływ na własne decyzje.

Paweł milczał chwilę, a potem dodał:

– Ja planuję sprzedać dom. Za dużo wspomnień, za mało radości. Myślę o przeprowadzce nad morze. Zawsze o tym marzyłem.

Spojrzałam na niego zaskoczona.

– Sam?

– Nie wiem – odpowiedział spokojnie. – To zależy.

Serce zabiło mi mocniej. Nie powiedział wprost, o co mu chodzi, ale poczułam, że ta rozmowa nie jest przypadkowa.

Nie miałam ochoty wracać

Następnego dnia zadzwonił Kacper.

– Mamo, brzmisz inaczej – zauważył. – Lepiej.

– Bo jest lepiej.

– Cieszę się. Wiesz, może jak wrócisz, zapiszesz się na jakieś zajęcia? Albo… – zawahał się – poznasz kogoś?

Uśmiechnęłam się do słuchawki.

A jeśli już kogoś poznałam?

Po drugiej stronie zapadła cisza.

– Słucham?

– Niczego nie planowałam – zaczęłam ostrożnie. – Po prostu rozmawiam. Spaceruję. Czuję się ważna.

– Mamo, to sanatorium. Ludzie tam się spotykają, a potem każdy wraca do swojego życia – powiedział z nutą niepokoju.

A jeśli ja nie chcę wracać do starego życia?

Te słowa zawisły między nami ciężko.

– Chcesz powiedzieć, że… – urwał.

– Chcę powiedzieć, że myślę o zmianie. O prawdziwej zmianie.

Po rozmowie długo siedziałam na łóżku, patrząc na walizkę stojącą w kącie. Po raz pierwszy pomyślałam, że mogłabym ją rozpakować nie tylko na dwa tygodnie.

Nie chciałam już żyć ze strachu

Ostatniego wieczoru Paweł zaprosił mnie na spacer po molo. Mróz szczypał w policzki, a pod nami skrzypiały deski.

Nie będę udawał – zaczął bez wstępów. – Chciałbym, żebyś była częścią moich planów. Nie jako przelotna znajomość z sanatorium. Jako ktoś, z kim mogę zacząć od nowa.

Zatrzymałam się. Fale uderzały o pale pod nami.

– To brzmi jak szaleństwo – wyszeptałam.

– Może, ale po rozwodzie obiecałem sobie jedno, że jeśli jeszcze kiedyś coś poczuję, nie zignoruję tego ze strachu.

Patrzyłam na niego, a w głowie słyszałam głos syna, rozsądek, wszystkie „co będzie, jeśli”. A jednak gdzieś głębiej czułam spokój.

– Ja też nie chcę już żyć ze strachu – powiedziałam w końcu.

Nie składaliśmy wielkich obietnic. Ustaliliśmy, że po powrocie spotkamy się ponownie, spokojnie, bez sanatoryjnej otoczki, ale w mojej głowie decyzja dojrzewała szybciej, niż się spodziewałam. W drodze powrotnej do domu patrzyłam przez okno pociągu i wiedziałam, że jadę tam tylko na chwilę.

Rozwód obudził coś we mnie

Kiedy wróciłam do mieszkania, cisza już mnie nie przytłoczyła. Rozejrzałam się spokojnie, jakby to było miejsce tymczasowe, nie przystanek na resztę życia. Zdjęłam płaszcz, zaparzyłam herbatę i usiadłam przy stole. Po raz pierwszy od rozwodu nie czułam pustki. Czułam, że będzie dobrze. Dwa dni później Paweł przyjechał do mojego miasta. Umówiliśmy się w małej kawiarni niedaleko parku. Bez szlafroków, bez widoku na morze, bez zimowego wiatru. Chciałam sprawdzić, czy to, co między nami było, przetrwa zwyczajność.

– Bałem się, że wszystko wyparuje – przyznał, kiedy usiadł naprzeciwko mnie.

– Ja też – odpowiedziałam szczerze.

Rozmawialiśmy trzy godziny. O rachunkach, o dzieciach, o przyziemnych sprawach. I wciąż było nam ze sobą dobrze. Bez fajerwerków. Z uważnością. Tydzień później pojechałam zobaczyć miasteczko nad morzem, do którego planował się przenieść. Pokazał mi niewielkie mieszkanie z widokiem na port.

– Nic wielkiego – powiedział, otwierając okno. – Ale jest światło. I przestrzeń.

Stanęłam przy parapecie. W oddali kołysały się łodzie. Pomyślałam o swoim dotychczasowym życiu, o latach podporządkowanych czyimś decyzjom. O rozwodzie, który mnie złamał, ale też obudził.

– Teresa? – usłyszałam jego cichy głos.

Odwróciłam się.

– Chcę spróbować – powiedziałam, zanim zdążyłam się rozmyślić. – Ale nie jako ktoś, kto ucieka. Tylko jako ktoś, kto wybiera.

Musiał zobaczyć we mnie kobietę

Najtrudniejsza była rozmowa z Kacprem. Zaprosiłam go zwyczajnie na obiad. Nie wiem czy spodziewał się tego, co nastąpi, ale przyszedł już jakis poddenerwowany.

– Mamo, coś się stało? – zapytał, widząc moją powagę.

Tak. Coś dobrego.

Opowiedziałam mu o Pawle. O planach przeprowadzki. O tym, że chcę sprzedać mieszkanie i zacząć od nowa.

– Chcesz wyjechać? Na stałe? – jego głos zadrżał.

– Tak. Nie dlatego, że uciekam przed przeszłością. Tylko dlatego, że chcę mieć przyszłość.

Wstał od stołu i podszedł do okna, dokładnie tak jak kiedyś jego ojciec. Przez chwilę milczał.

– Myślałem, że ten wyjazd do sanatorium to tylko odpoczynek – powiedział w końcu.

– Też tak myślałam.

Odwrócił się do mnie.

– Boję się, że znowu ktoś cię zrani.

Podeszłam i ujęłam jego dłoń.

– Ja też się boję. Ale większym strachem jest zostać tu i nigdy nie spróbować.

Długo patrzył mi w oczy. W końcu westchnął.

– Jeśli jesteś szczęśliwa… to nie mam prawa cię zatrzymywać.

Przytulił mnie mocno. Poczułam, że nie tracę syna. On po prostu musi nauczyć się widzieć we mnie kobietę, nie tylko matkę. Trzy miesiące później stałam na balkonie nowego mieszkania nad morzem. Wiatr rozwiewał mi włosy, a z kuchni dochodził zapach świeżo parzonej kawy.

– Teresa, chodź zobaczyć zachód słońca! – zawołał Paweł.

Weszłam do środka. Uśmiechnął się do mnie tak, jak wtedy w sanatorium – spokojnie, bez pośpiechu. Nie wiem, co przyniesie przyszłość. Wiem jedno, że wróciłam z zimowego pobytu zakochana. I z planem wyprowadzki, który zrealizowałam nie z buntu, lecz z odwagi. A to największa zmiana w moim życiu.

Teresa, 56 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama