„Syn zawsze pamiętał o mnie w walentynki. Przyszła synowa tak zawróciła mu w głowie, że mamę zrzucił na 2 plan”
„Po rozmowie poczułam ulgę, ale i smutek. Zrozumiałam, że mój syn nie zrobił niczego złego. Po prostu poszedł dalej. A ja zostałam w miejscu”.

- Redakcja
Walentynki przez lata miały dla mnie prosty, ciepły smak. Mały gest, krótka wiadomość, czasem bukiet kwiatów. Nie potrzebowałam niczego więcej, żeby poczuć, że jestem dla niego ważna. Dopiero kiedy w życiu mojego syna pojawiła się Lena, zrozumiałam, jak łatwo coś, co wydawało się pewne, może zniknąć bez słowa wyjaśnienia.
W sercu czułam żal
Za oknem było jeszcze szaro, a ja już krzątałam się po kuchni, choć nie było po co. Czajnik zagotował wodę, zanim zdążyłam nasypać kawy. Walentynki. Zawsze wtedy serce biło mi trochę szybciej, nawet jeśli udawałam przed sobą, że to tylko kolejny zwykły dzień. Przez lata Michał miał swój mały rytuał. Czasem dzwonił jeszcze przed pracą, czasem pisał krótką wiadomość. Bywało, że wpadał po południu z czekoladą i uśmiechem. Nie oczekiwałam wielkich słów. Wystarczało jedno zdanie: „Mamo, miłego dnia”. Tego ranka telefon leżał na stole jak wyrzut sumienia. Zerkałam na niego co kilka minut, udając, że sprawdzam godzinę.
– Spokojnie – powiedziałam do siebie na głos. – Przecież ma swoje życie.
Około dziesiątej zadzwoniła sąsiadka, pani Krystyna.
– Idziesz dziś na spacer? Taka ładna pogoda się robi.
– Może później – odpowiedziałam wymijająco. – Dzisiaj… mam trochę spraw.
Nie miałam żadnych. Odkładałam wyjście, jakby siedzenie w domu zwiększało szanse, że telefon w końcu zadzwoni. W południe nie wytrzymałam. Napisałam do Michała krótką wiadomość:
„Miłego dnia”.
Bez serduszek, bez aluzji. Patrzyłam, jak komunikator pokazuje, że przeczytał. Odpowiedź nie przyszła. Przypomniałam sobie naszą ostatnią rozmowę sprzed tygodnia.
– Mamo, wpadniemy w weekend – rzucił wtedy szybko.
– Wpadniecie? – zapytałam. – Ty i… Lena?
– No tak, przecież jesteśmy razem – odpowiedział, jakby to było oczywiste.
Było. Tylko że od tamtej pory coraz częściej słyszałam „my”, a coraz rzadziej „ja i ty”. Wieczorem usiadłam na kanapie z książką, której nie byłam w stanie czytać. O dziewiętnastej telefon w końcu zawibrował. Serce podskoczyło mi do gardła. To była reklama. Zgasiłam lampkę i pomyślałam, że pierwszy raz od wielu lat walentynki minęły, jakby mnie w nich w ogóle nie było.
Zrobiło mi się gorąco
Weekend w końcu nadszedł. W sobotę od rana sprzątałam mieszkanie, choć nie było tu bałaganu. Przesuwałam drobiazgi, poprawiałam poduszki, jakbym w ten sposób mogła przygotować się na coś więcej niż zwykłą wizytę syna. Kiedy zadzwonił domofon, poczułam znajome ukłucie w żołądku.
– To my – odezwał się głos Michała.
Otworzyłam drzwi z uśmiechem, który ćwiczyłam przed lustrem. Stał obok Leny, trzymając ją za rękę. Była drobna, schludnie ubrana, z tym spokojem w oczach, który od razu mówił, że wie, kim jest i czego chce.
– Dzień dobry – powiedziała. – Miło panią w końcu poznać.
– Wzajemnie – odpowiedziałam, choć głos zadrżał mi lekko.
Usiedliśmy przy stole. Postawiłam sernik, który piekłam pół nocy. Michał jadł w pośpiechu, co chwila, zerkając na Lenę.
– Mamo, Lena nie przepada za słodkim – rzucił nagle. – Może następnym razem zrobimy coś innego.
„Następnym razem”. Zabrałam talerz, zanim zdążyłam powiedzieć coś złośliwego.
– Michał mówił mi, że zawsze o pani pamiętał w walentynki – odezwała się Lena z uśmiechem. – To takie miłe.
Spojrzałam na syna. Przez chwilę udawał, że poprawia rękaw.
– Kiedyś – odpowiedział za mnie. – Teraz mamy inne priorytety.
Słowo „inne” zawisło w powietrzu jak coś ciężkiego. Poczułam, że robi mi się gorąco.
– Rozumiem – powiedziałam cicho. – Każdy dorasta.
Po chwili rozmowa zeszła na ich plany, wyjazdy, wspólne mieszkanie. Słuchałam, kiwając głową, ale czułam się jak gość we własnym domu. Gdy wychodzili, Michał pocałował mnie szybko w policzek.
– Zadzwonimy – rzucił już z klatki schodowej.
Drzwi zamknęły się za nimi z cichym kliknięciem. Usiadłam przy stole, patrząc na niedojedzony sernik. Dotarło do mnie, że nie chodziło tylko o walentynki. Chodziło o to, że ktoś inny zajął miejsce, które zawsze wydawało mi się nienaruszalne.
Stałam się dla niego niewidzialna
Po ich wyjściu przez kilka dni chodziłam jak we mgle. Odkładałam telefon ekranem do dołu, ale i tak co chwilę po niego sięgałam. W środę zadzwonił Michał. Odebrałam od razu.
– Mamo, wszystko w porządku? – zapytał. – Lena mówi, że ostatnio byłaś jakaś zamyślona.
– Byłam zmęczona – odpowiedziałam zbyt szybko. – To nic takiego.
Zapadła krótka cisza, w której usłyszałam jego oddech.
– Wiesz… – zaczął – Lena uważa, że trochę za bardzo się o mnie martwisz.
To zdanie zabolało bardziej, niż chciałam przyznać.
– Martwię się, bo jesteś moim synem – powiedziałam spokojnie. – To chyba naturalne.
– Jasne, ale… – zawahał się. – Teraz mam swoje życie. Nie chciałbym, żebyś czuła się pomijana, ale nie wszystko już kręci się wokół ciebie i mnie.
Poczułam, jak w środku narasta we mnie coś, czego nie potrafiłam nazwać.
– Nie oczekuję, że będzie – odpowiedziałam. – Chciałabym tylko czasem poczuć, że jeszcze jestem ważna.
Po drugiej stronie zapadła długa cisza.
– Mamo, nie przesadzaj – powiedział w końcu. – Przecież dzwonimy, odwiedzamy cię. Lena mówi, że powinnaś znaleźć sobie więcej zajęć.
Zacisnęłam palce na telefonie.
– Lena dużo mówi w moim imieniu – zauważyłam.
– Bo widzi to z boku – odparł. – I chce dla mnie dobrze.
Nie odpowiedziałam od razu. Dotarło do mnie, że granica przesunęła się niepostrzeżenie. Kiedyś to ja byłam tą, która wiedziała, co jest dla niego dobre. Teraz słuchał kogoś innego.
– Rozumiem – powiedziałam w końcu. – Postaram się nie wtrącać.
Rozłączyliśmy się w pośpiechu. Usiadłam przy oknie, patrząc na ludzi przechodzących pod blokiem. Każdy gdzieś szedł, do kogoś. Ja pierwszy raz od dawna poczułam, że stoję po drugiej stronie niewidzialnej granicy.
Uśmiechnęłam się blado
Po tamtej rozmowie przestałam się odzywać do syna. Nie z przekory, raczej z potrzeby sprawdzenia, czy ktoś zauważy moją ciszę. Dni mijały spokojnie, aż nazbyt spokojnie. Rano zakupy, po południu krótki spacer, wieczorem telewizor grający w tle. Telefon milczał. W czwartek spotkałam panią Krystynę na klatce schodowej.
– Coś pani taka przygaszona – zauważyła. – Syn nie wpada?
– Ma swoje sprawy – odpowiedziałam automatycznie.
– Młodzi tak mają – westchnęła. – Ale matka zawsze zostaje matką.
Uśmiechnęłam się blado. Wieczorem długo patrzyłam na zdjęcie Michała sprzed lat. Stał na nim z krzywym uśmiechem, trzymając dyplom szkolny. Pamiętałam, jak wtedy powiedział: „Bez ciebie nie dałbym rady”. Teraz te słowa brzmiały jak coś z innego życia.
W niedzielę zadzwonił. Odebrałam po trzecim sygnale.
– Mamo, czemu się nie odzywasz? – zapytał z lekkim pretensją.
– A czemu miałabym? – odpowiedziałam spokojnie. – Myślałam, że teraz wy dzwonicie.
– Lena mówi, że się obraziłaś – westchnął. – To niepotrzebne.
– To nie obraza – poprawiłam go. – To zmęczenie. Ciągłym udawaniem, że wszystko jest w porządku.
Zamilkł. Po chwili odezwał się ciszej.
– Nie chcieliśmy cię zranić.
– Wiem – odpowiedziałam. – Ale to się stało.
Po rozmowie poczułam ulgę, ale i smutek. Zrozumiałam, że mój syn nie zrobił niczego złego. Po prostu poszedł dalej. A ja zostałam w miejscu, w którym nikt już nie czekał na moje gesty. Usiadłam przy stole i po raz pierwszy pomyślałam nie o tym, co straciłam, ale o tym, kim jestem bez tej roli, która przez lata definiowała całe moje życie.
Poczułam spokój
Kilka dni później wyszłam z domu bez konkretnego powodu. Aż w końcu doszłam pobliskiego parku. Usiadłam na ławce i pozwoliłam myślom płynąć. Po raz pierwszy od dawna nie kręciły się wyłącznie wokół Michała. Zrozumiałam, że przez lata byłam centrum jego świata, a on – mojego. Nie zauważyłam momentu, w którym to się zaczęło zmieniać. Nie było jednego dnia, jednej decyzji. Była Lena, wspólne plany, słowo „my”, które stopniowo wypychało mnie na bok. Bolało, ale nie było w tym złej woli. Było życie. Wieczorem dostałam wiadomość od syna:
„Mamo, myślałem dziś o tobie. Może wpadniesz do nas na herbatę w przyszłym tygodniu?”.
Przeczytałam ją kilka razy. Nie było przeprosin ani wielkich deklaracji. Było zaproszenie. Odpisałam:
„Chętnie. Daj znać, kiedy”.
Odłożyłam telefon i poczułam spokój. Wiedziałam, że już nie wrócą walentynki takie jak kiedyś. Jednak zrozumiałam też, że moje miejsce nie zniknęło. Po prostu się zmieniło. A ja musiałam nauczyć się w nim być, nie czekając na gesty, które należały do przeszłości.
Elżbieta, 61 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Wiedziałam, że na walentynki mąż coś szykuje. Nie sądziłam, że ta niespodzianka ma 3 lata i mówi do niego »tato«”
- „Zadłużyłam się, by zabrać synów na ferie w górach. Chciałam zafundować im wspomnienia i słono przepłaciłam”
- „Tajemniczy Walenty rozpalił moje zmysły na czacie. Gdy zobaczyłam go na żywo, miałam ochotę wiać”