„Synowa żałuje na mnie kasy, bo kupiła mi perfumy za mniej niż 150 zł. Niech zapomni, że będę jej pomagać przy dzieciach”
„Karolina jeszcze coś trajkotała, ale ja już przestałam słuchać. Siedziałam z kamienną twarzą i czułam, jak mi rośnie gula w gardle”.

- Redakcja
Nie jestem zrzędą, nie jestem też zazdrosna. A przynajmniej tak o sobie myślałam. Ale wiecie co? Od kiedy mój syn się ożenił, coraz częściej łapię się na tym, że coś mnie zżera od środka. Że czuję się jak taka... gorsza wersja teściowej z dowcipów. Zawsze mówiłam: „ja będę inna”. Taka, co to pomoże, zrozumie, nie wtrąca się, nie ocenia. I trzymałam się tego. Gotowałam im obiady, wpadałam do wnuków, kiedy tylko mnie prosili. Dawałam z siebie więcej, niż trzeba. Ale jak człowiek raz poczuje, że ktoś go nie szanuje... Że się z niego robi darmową niańkę... No to już tak łatwo nie odpuszcza.
Siedziałam z kamienną twarzą
Zaprosiłam syna z rodziną na imieniny. Zrobiłam rosół, pieczone udka i sernik z brzoskwiniami. Ulubione menu Pawła. Nie narzekam, gotować lubię. Ale żeby ktoś chociaż docenił…? Po obiedzie synowa wręczyła mi prezent.
– Mamo, wszystkiego najlepszego – powiedziała słodko, podając mi paczuszkę owiniętą w błyszczący papier.
Uśmiechnęłam się, choć już po jej minie czułam, że to nie będzie nic specjalnego. Jednak nie chciałam robić scen przy dzieciach. Otworzyłam powoli. Perfumy. Nazwy nie znałam, ale flakonik ładny.
– Dziękuję – powiedziałam, próbując się uśmiechnąć. – Ładnie wygląda.
– Pachną też ładnie! Sprawdzałam w drogerii. Promocja była, to mówię – biorę! – zaśmiała się Karolina. – Normalnie kosztują ponad dwie stówy. Fuks!
No i wtedy mnie tknęło. Dla własnej matki to by kupiła coś porządnego, ale dla teściowej wystarczy coś z kosza promocyjnego?
– Aha – mruknęłam, chowając flakonik do torebki. – No tak, promocje teraz wszędzie…
Karolina jeszcze coś trajkotała, ale ja już przestałam słuchać. Siedziałam z kamienną twarzą i czułam, jak mi rośnie gula w gardle. Jak im trzeba dzieci przypilnować, to „mamusiu, pomożesz, mamo, jesteś niezastąpiona”. A jak mają okazać wdzięczność, to już „fuks” z drogerii.
Wygarnęłam jej
W poniedziałek zadzwonił Paweł.
– Mamo, Karolina w środę ma ważne spotkanie, mogłabyś przyjść do dzieci na dziewiątą? Tylko na trzy godzinki, do południa.
Zamknęłam oczy i westchnęłam ciężko. Już miałam się zgodzić, ale w głowie natychmiast stanął mi przed oczami ten flakonik i ta mina synowej.
– W środę nie dam rady – powiedziałam sucho.
– Aha… – zdziwił się. – Wszystko w porządku?
– W porządku. Tylko też mam swoje sprawy. Może poproście jej mamę?
Zapadła chwila ciszy. Po chwili odezwała się Karolina. Syn musiał podać jej telefon.
– Mamo, coś się stało? Bo Paweł mówi, że nie możesz pomóc. Myślałam, że zawsze...
– No właśnie, zawsze. Czyli za często.
– Jeśli to przez prezent, to… – zaczęła, zaskoczona – Przecież to fajne perfumy. Sama bym sobie takie kupiła.
– No właśnie – przerwałam jej. – Sobie byś kupiła. Ale czy matce? Za stówkę z hakiem, w promocji? Jakbyś mi przyniosła czekoladę z kiosku, wyszłoby na to samo.
– Mamo, ale... to tylko drobiazg, liczy się gest.
– Gest? Gest to byłby, jakbyś kupiła coś od serca, a nie coś, co akurat leżało na półce z przecenami. Dla mnie. Dla osoby, która ci dzieci za darmo pilnuje.
Nie odpowiedziała. Po prostu się rozłączyła.
Musiałam się z nią rozmówić
Minęły dwa dni. Żadnego telefonu. Ani od Karoliny, ani od Pawła. Cisza jak makiem zasiał. Aż się dziwiłam, bo zwykle już we wtorek wieczorem przychodziła wiadomość typu „Mamo, możesz w czwartek odebrać dzieci?”. Ale tym razem — nic. W czwartek po południu usłyszałam dzwonek do drzwi. Zerknęłam przez wizjer — Karolina, z torbą przewieszoną przez ramię i dziećmi u boku. Otworzyłam powoli, z miną pokerzystki.
– Mamo, ja tylko na chwilkę – zaczęła z tym swoim zmęczonym uśmiechem. – Idę po coś do apteki, zostawię ci dzieci na godzinkę, dobrze?
– Nie, nie zostawisz – powiedziałam spokojnie.
Zmarszczyła brwi.
– Mamo, co się dzieje? Gniewasz się o te perfumy? Przecież nie o to chodziło…
Przerwałam jej.
– Poczekajcie tu na chwilkę, mamusia z babcią chwilę porozmawia.
Spojrzała na mnie zaskoczona, ale posłuchała. Weszła do środka. Zamknęłam drzwi.
– Mnie nie chodzi o perfumy, dziecko. Chodzi o to, że jak czegoś potrzebujecie, to ja jestem „mamo, najukochańsza”, ale jak trzeba okazać trochę wdzięczności, to kupujesz pierwszy lepszy flakonik z przeceny i opowiadasz, jaki to „fuks”.
– Nie miałam nic złego na myśli...
– Wiem. I może właśnie to mnie najbardziej zabolało. Że ty nie widzisz, że to było przykre. Że wszystko robisz automatycznie. „Bo babcia musi pomóc, przecież i tak nie ma co robić”. Otóż ma. Swoją godność.
Karolina zbladła. Spojrzała na drzwi.
– Dobrze, zabiorę dzieci. Przepraszam.
Tęskniłam za nimi
Minął tydzień. Cisza. Dzieci nie przyszły, telefon milczał, nawet Paweł się nie odezwał. Trochę mnie to ruszało, nie powiem. Tęskniłam za nimi. Jednak duma nie pozwalała pierwsza zadzwonić. Aż w końcu w sobotę po południu — znowu dzwonek do drzwi. Tym razem stał za nimi Paweł. Sam.
– Cześć, mamo. Masz chwilę?
Skinęłam głową i wpuściłam go do środka. Usiadł w kuchni, patrzył na mnie przez chwilę, jakby nie wiedział, od czego zacząć.
– Karolina mocno przeżyła waszą rozmowę – rzucił w końcu. – Powiedziała, że jej się nigdy nie zdarzyło dostać takiej lekcji od własnej mamy. I że cię rozumie, tylko... no wiesz.
– Tylko co?
– No, że to głupio wyszło. Że nie chciała cię urazić. Że nie myślała. A ja, mamo, też nie myślałem. Że tak cię wciągnęliśmy w nasze życie, w dzieci, we wszystko… Jakbyś była na etacie. Bez wynagrodzenia.
– Dziękuję, że to mówisz – odpowiedziałam cicho.
– Naprawdę cię doceniamy. Tylko w tym biegu… zapomnieliśmy mówić „dziękuję”.
– Dziękować to jedno – odparłam. – A okazywać szacunek, to drugie.
Paweł wziął głęboki oddech, jakby się do czegoś zbierał.
– Karolina chce się z tobą spotkać. Sama. Bez dzieci. Może we wtorek?
Zgodziłam się.
Dałam się przeprosić
Przyszła punktualnie. Otworzyłam drzwi i tylko skinęłam głową.
– Dzień dobry, mamo – powiedziała cicho, zdejmując buty jak uczennica, którą wezwano do dyrektorki.
– Dzień dobry – odpowiedziałam, wskazując jej miejsce przy stole.
Postawiłam herbatę, usiadłam naprzeciwko. Milczenie trwało chwilę.
– Mamo... przepraszam – zaczęła w końcu. – Nie powinnam tak tego powiedzieć. Ani tak... tego zrobić. Wiem, że się poczułaś potraktowana jak darmowa niania, jak...
– Jak ktoś, komu się nie należy nic więcej niż resztka z promocji – dokończyłam za nią spokojnie.
Karolina pokiwała głową.
– Może i głupie, ale naprawdę nie myślałam. Naprawdę chciałam dać ci coś fajnego. A potem zobaczyłam te perfumy na promocji. A przecież robisz dla nas więcej niż niejedna matka dla własnych dzieci.
Popatrzyłam na nią. Nie było w niej udawania. Ani miny skruszonej tylko po to, żeby znów coś załatwić.
– Nie obraziłam na flakonik. Zaczęłam się czuć jak ktoś, kto się przydaje tylko wtedy, gdy trzeba odebrać z przedszkola albo podać zupę. A ja nie jestem przedmiotem użytkowym.
– Wiem. I bardzo chciałabym to naprawić. Nie tylko słowem. Czynem też. Możemy... zacząć od nowa?
– Możemy. Tylko tym razem, niech wszystko będzie od serca. Nie od przeceny.
– Obiecuję, mamo.
Odzyskałam siebie
Minęły dwa tygodnie. Nie rozmawiałyśmy o tamtej sytuacji, ale coś się zmieniło. Karolina dzwonił, żeby zapytać, co u mnie. Raz nawet wpadła z ciastem — nie sklepowym, tylko upieczonym przez siebie.
– Mamo, robiłam pierwszy raz w życiu pleśniaka. Sprawdź, czy w ogóle jadalny – zaśmiała się, podając mi kawałek na talerzyku.
– No… nie taki zły – powiedziałam po pierwszym kęsie, a ona się rozpromieniła. – Trochę za mało cukru, ale z sercem. A to się liczy.
Uśmiechnęła się z ulgą.
– Cieszę się, że przyszłam wtedy. I że mnie nie wyrzuciłaś.
– Wiesz, nie chodziło mi o to, żeby cię zranić. Tylko żebyś zobaczyła, że ja też mam swoje granice.
– Już to widzę, mamo. I… dziękuję. Naprawdę. Gdyby nie tamta rozmowa, pewnie dalej bym biegła z klapkami na oczach. I z flakonikami z promocji.
Pokiwałam głową. Mądra dziewczyna z niej, tylko czasem musi się potknąć, żeby coś zrozumieć. Jak każdy z nas. Od tamtej pory pomaganie stało się czymś innym. Nie obowiązkiem. Nie przymusem. Czasem mówię: „dziś nie mogę, mam swoje plany”. I nie ma fochów. A jak pomogę — wiem, że to jest naprawdę docenione. Nie wiem, czy się zmieniła Karolina, czy ja. Może obie. Jednak teraz, kiedy dzieci przybiegają do mnie z torbą klocków, a Karolina całuje mnie w policzek z tym swoim „mamo, jesteś niezastąpiona” – czuję, że to nie z automatu. Tylko z serca. I to wystarczy.
Irena, 68 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Mąż wzdychał do koleżanki z pracy i robił maślane oczy. Przestał, gdy pokazałam mu 1 zdjęcie w moim telefonie”
- „Teściowa dała nam dach nad głową, ale zabrała prywatność. Grzebała w koszu z brudną bielizną, jakby szukała skarbu”
- „Nie sądziłam, że Ania mogłaby mnie oszukać. 1 przypadkowe spotkanie w sklepie obnażyło całą prawdę”