„Synowa nie prasuje pościeli i daje pietruszkę do kotletów mielonych. Nie wiem, co mój syn myślał, gdy brał z nią ślub”
„Pochyliłam się nad talerzem i zamarłam. Złocista skórka skrywała w sobie coś, co nie miało prawa tam się znaleźć. Wszędzie, dosłownie w każdym centymetrze kwadratowym mięsa, widoczne były zielone drobiny”.

Pamiętam dzień, w którym Paweł przyprowadził ją do nas po raz pierwszy. Aneta wydawała się miła, choć nieco zbyt chaotyczna jak na mój gust. Miała rozwiane włosy, głośno się śmiała i nosiła buty, które moim zdaniem nie pasowały do eleganckiej sukienki. Ale mój syn patrzył na nią jak w obrazek, więc zagryzłam zęby.
Nie chciałam oceniać
Pomyślałam wtedy, że miłość rządzi się swoimi prawami, a braki w ogładzie czy domowym wychowaniu da się nadrobić. Przecież ja też kiedyś byłam młoda i niedoświadczona, choć – rękę na sercu kładę – nigdy nie podałam gościom ciasta z zakalcem.
Sygnały ostrzegawcze pojawiały się powoli, niczym pęknięcia na suficie, które z czasem zwiastują katastrofę. Najpierw dowiedziałam się, że Aneta nie prasuje pościeli. Uznała to za stratę czasu. Przełknęłam tę informację, tłumacząc sobie, że młodzi teraz żyją w biegu. Potem, podczas świąt Bożego Narodzenia, przyznała się bez cienia wstydu, że barszcz kupiła w kartonie, bo nie chciało jej się obierać buraków.
Wtedy po raz pierwszy poczułam ukłucie niepokoju. Czy ta dziewczyna w ogóle potrafi zadbać o ognisko domowe? Czy mój Paweł, przyzwyczajony do dwudaniowych obiadów i domowego ciepła, nie będzie przy niej po prostu nieszczęśliwy?
Miała dwie lewe ręce
Mój mąż, świętej pamięci Janusz, zawsze powtarzał: „Jak kobieta dobrze gotuje, to chłop do innej nie pójdzie”. Janusz był człowiekiem prostym, ale mądrym. Nasze małżeństwo przetrwało czterdzieści lat, a ja dbałam o to, by na stole zawsze parowało to, co lubił najbardziej. Schabowy musiał być cienki jak papier i chrupiący, rosół złocisty i klarowny, a mielone puszyste, soczyste, z idealną proporcją cebulki i namoczonej w mleku bułki. Bez udziwnień.
Kiedy więc zaprosili mnie na pierwszy poważny obiadem po ślubie do ich nowego mieszkania, szłam tam z nadzieją, ale i z duszą na ramieniu. Miałam nadzieję, że Aneta wzięła sobie do serca moje dyskretne rady, które sączyłam jej do ucha przez ostatnie miesiące.
Zasiedliśmy do stołu. Paweł wyglądał na zadowolonego, nalewał napoje, żartował. Aneta krzątała się w kuchni, rzucając jakieś uwagi o tym, że „eksperymentowała” i ma nadzieję, że nam posmakuje. Słowo „eksperyment” w kontekście kuchni tradycyjnej zawsze budzi we mnie lęk. Kuchnia polska to nie laboratorium chemiczne, tu nie ma miejsca na fanaberie. Tu liczy się receptura przekazywana z pokolenia na pokolenie.
Byłam pełna obaw
W końcu wjechał półmisek. Ziemniaki posypane koperkiem – to akceptowałam. Surówka z marchewki – wyglądała poprawnie. I kotlety mielone. Pochyliłam się nad talerzem i zamarłam. Złocista skórka skrywała w sobie coś, co nie miało prawa tam się znaleźć. Wszędzie, dosłownie w każdym centymetrze kwadratowym mięsa, widoczne były zielone drobiny.
– Co to jest? – zapytałam, wskazując widelcem na zielony punkt w kotlecie.
Aneta uśmiechnęła się promiennie, zupełnie nieświadoma profanacji, której się dopuściła.
– A, to pietruszka! I trochę świeżej kolendry. Dodałam też odrobinę startej cukinii, żeby były bardziej wilgotne i zdrowsze. Pawełek musi dbać o cholesterol.
Zrobiło mi się słabo. Pietruszka? W mielonym? Kolendra? To smakuje jak mydło! A cukinia? To woda, która sprawia, że mięso traci swoją strukturę. To był zamach na klasykę. Spojrzałam na Pawła, oczekując, że wybuchnie śmiechem i powie, że to żart, albo przynajmniej skrzywi się z niesmakiem.
– Są pyszne, mamo, spróbuj – powiedział mój syn, krojąc kawałek i wkładając go do ust. Przeżuwał z uśmiechem. – Aneta świetnie gotuje. To taka nowoczesna wersja.
Byłam przerażona
Poczułam się zdradzona. Mój syn, który wychował się na moich idealnych mielonych, teraz zachwycał się czymś, co przypominało ziołową papkę w panierce.
– Pietruszka zabija smak mięsa – powiedziałam chłodno, odkładając widelec. – Mielony powinien smakować wieprzowiną, cebulą, pieprzem i solą. Niczym więcej.
– Mamo, czasy się zmieniają – Aneta nie traciła rezonu, choć uśmiech nieco jej zbladł. – Teraz je się lżej, bardziej aromatycznie. Pietruszka ma mnóstwo witaminy C.
– Witaminę C to ja mam w cytrynie do herbaty – ucięłam. – A do mielonych pietruszki się nie dodaje. To zasada stara jak świat.
Atmosfera przy stole zgęstniała natychmiast. Zjadłam ziemniaki, skubnęłam surówkę, ale kotleta nie byłam w stanie przełknąć. Czułam, że jeśli to zrobię, zdradzę samą siebie i pamięć o kuchni mojej matki. Wróciłam do domu głodna i wściekła.
Postanowiłam działać. Nie mogłam pozwolić, by mój jedyny syn marniał w oczach, żywiąc się jak królik. Zaczęła się moja cicha misja ratunkowa. Gotowałam w domu podwójne porcje. Gulasz wołowy na winie, bitki w sosie własnym, gołąbki z sosem pomidorowym na śmietanie trzydziestce. Pakowałam wszystko w słoiki i zawoziłam im pod byle pretekstem.
– Przejeżdżałam akurat w pobliżu – kłamałam, stojąc w ich progu z torbą pełną wałówki. – Zostało mi trochę obiadu z wczoraj, szkoda wyrzucić, a wiem, że wy zapracowani jesteście.
Dokarmiałam go
Paweł przyjmował słoiki z wdzięcznością, co tylko utwierdzało mnie w przekonaniu, że w domu nie dojada. Aneta dziękowała, ale widziałam w jej oczach rezerwę. Czułam, że to gra o dominację. O to, kto lepiej zadba o stado. A w tej grze ja miałam czterdzieści lat doświadczenia, ona zaś – przepisy z Instagrama. Pewnego razu, gdy wpadłam do nich z pierogami ruskimi, zastałam Anetę w kuchni. Robiła coś w wielkim garnku.
– O, mama! – zawołała, nieco zaskoczona moją wizytą.
– Przyniosłam pierogi – postawiłam ciężką torbę na blacie. – Co tam pichcisz?
Zajrzałam do garnka. Pływały w nim jakieś pomarańczowe kawałki, soczewica i… mleko kokosowe?
– Curry z dyni – wyjaśniła. – Bardzo rozgrzewające.
– Paweł nie lubi dyni – stwierdziłam kategorycznie. – Jak był mały, to pluł zupą dyniową na odległość metra.
– Ale to mu smakuje. Lubi ostre przyprawy – odparła Aneta, mieszając w garnku drewnianą łyżką. – Poza tym, ograniczamy trochę mięso. Dla zdrowia.
– Ograniczacie mięso? – powtórzyłam powoli, jakby mówiła w obcym języku. – Chłop musi zjeść mięso, żeby mieć siłę do pracy. On pracuje umysłowo, mózg potrzebuje białka. Zwierzęcego.
– W roślinach też jest białko.
Eksperymentowała w kuchni
Wiedziałam, że ta dyskusja nie ma sensu. Zostawiłam pierogi, instruując dokładnie, jak je odgrzać i wyszłam. Czułam, że tracę kontrolę. Moja kuchnia, moje zasady, mój wpływ na życie syna – to wszystko wymykało mi się z rąk przez jakąś modę na bycie „eko” i „fit”. Kulminacja nastąpiła w urodziny Pawła. Zaprosili mnie, brata Pawła z żoną oraz rodziców Anety. Postanowiłam, że tym razem nie pozwolę na kulinarną katastrofę. Zaoferowałam, że przygotuję główne danie.
– Mamo, naprawdę nie trzeba, wszystko mam zaplanowane – protestowała Aneta przez telefon.
– Daj spokój, dziecko. Napracujesz się, a ja mam czas. Zrobię zrazy zawijane. Paweł je uwielbia. To jego ulubione danie z dzieciństwa.
– Mamo, ale ja już kupiłam łososia…
– Łosoś to ryba, rybą się chłop nie naje. Zrobię zrazy. Koniec dyskusji.
Przyjechałam do nich dwie godziny przed gośćmi, wioząc wielki gar zrazów w sosie borowikowym. Byłam z siebie dumna. To było arcydzieło. Pachniało w całym bloku. Weszłam do kuchni i stanęłam jak wryta. Na blacie stały miski z jakimiś sałatkami z komosą ryżową, humusy i inne wynalazki. Ale najgorsze było to, co Aneta wyciągała z piekarnika.
– Co to jest? – zapytałam, stawiając mój garnek na stole z hukiem.
– Tarta ze szpinakiem i serem feta na spodzie z mąki pełnoziarnistej – odpowiedziała z dumą. – I pieczony łosoś z ziołami.
Nie smakowało im
– Przecież mówiłam, że przywiozę zrazy! – mój głos poszybował o oktawę wyżej. – Umówiłyśmy się!
– Mamo, powiedziałaś, że przywieziesz, a ja powiedziałam, że mam już plan. Zrazy są ciężkostrawne. Moi rodzice mają dietę, Paweł też ostatnio narzekał na zgagę po twoich gołąbkach.
Zamarłam. Paweł narzekał na moje gołąbki? To musiało być kłamstwo wymyślone przez nią, żeby mnie upokorzyć.
– Paweł nigdy nie narzekał na moją kuchnię – wycedziłam przez zęby. – To ty go nastawiasz przeciwko mnie. To ty wymyślasz te diety, te pietruszki, te trawy w jedzeniu. Chcesz go zmienić w kogoś, kim nie jest.
W tym momencie do kuchni wszedł Paweł. Zobaczył moją czerwoną twarz i Anetę, która z trudem powstrzymywała łzy.
– Co tu się dzieje? – zapytał ostro.
– Twoja żona twierdzi, że masz zgagę po moim jedzeniu – rzuciłam oskarżycielsko. – Przywiozłam ci zrazy, twoje ulubione, a ona chce nas karmić tartą ze szpinakiem. Jak króliki!
Paweł westchnął głęboko, przecierając twarz dłonią. Wyglądał na zmęczonego.
– Mamo… – zaczął powoli. – Aneta ma rację. Ostatnio po tłustym jedzeniu źle się czuję. Mam wysoki cholesterol, lekarz kazał mi uważać.
Było mi przykro
Poczułam, jak ziemia usuwa mi się spod nóg.
– Ale to domowe jedzenie. Na smalcu, na maśle. To samo zdrowie – broniłam się słabo.
– To nie są lata dziewięćdziesiąte, mamo. Ja mam czterdzieści lat, siedzącą pracę i nie mogę jeść tak, jak tata, który pracował fizycznie na budowie. Kocham twoją kuchnię, to smaki mojego dzieciństwa, ale na co dzień wolę to, co gotuje Aneta. Lubię pietruszkę w mielonych. Lubię te jej tarty.
Te słowa zabolały bardziej niż jakikolwiek policzek. Mój syn, moja krew, odrzucił moje dziedzictwo na rzecz szpinaku i pełnoziarnistej mąki.
– Skoro tak… – zabrałam garnek ze stołu. Ręce mi drżały. – Skoro moje jedzenie ci szkodzi, to nie będę was truć.
Wyszłam z kuchni, ignorując wołanie Pawła. Włożyłam płaszcz i wyszłam z mieszkania, zostawiając ich samych z gośćmi, którzy właśnie wchodzili na klatkę schodową. Wróciłam do domu taksówką, trzymając na kolanach wciąż ciepły garnek ze zrazami. Płakałam całą drogę.
Nie odzywałam się
Przez następne dwa tygodnie panowała cisza. Nie dzwoniłam do nich, oni też się nie odzywali. Siedziałam w swoim pustym mieszkaniu, otoczona pamiątkami po Januszu i zastanawiałam się, gdzie popełniłam błąd. Czy to, że chciałam dla niego dobrze, było zbrodnią? Zjadłam zrazy sama. Nie smakowały tak dobrze, jak wtedy, gdy gotowałam je dla rodziny. Były gorzkie od moich łez i żalu.
Zaczęłam analizować słowa Pawła. Lekarz kazał mu uważać. Przypomniałam sobie Janusza. Zmarł na zawał, mając zaledwie sześćdziesiąt dwa lata. Kochał tłuste jedzenie, nigdy nie odmawiał dokładki skwarków. Nigdy nie jadł warzyw innych niż kapusta i ogórek kiszony. Czy moja kuchnia, którą tak gloryfikowałam, faktycznie mogła się do tego przyczynić?
Ta myśl była przerażająca. Odpychałam ją od siebie przez lata, ale teraz, w ciszy mojego mieszkania, wróciła ze zdwojoną siłą. Może Aneta nie chciała mi zrobić na złość? Może ona po prostu chciała, żeby Paweł żył dłużej niż jego ojciec? To odkrycie było bolesne. Musiałam przyznać przed samą sobą, że świat poszedł do przodu, a ja zostałam w miejscu, kurczowo trzymając się przepisu na zasmażkę. Moja miłość objawiała się w karmieniu, ale może ta forma miłości stała się toksyczna?
Wyciągnęli rękę
Minął miesiąc. Zadzwonił telefon. Wyświetliło się imię „Paweł”. Zawahałam się, ale odebrałam.
– Cześć, mamo – jego głos był niepewny.
– Cześć, synku.
– Wpadniesz w niedzielę? Aneta robi obiad. Będzie… – zawiesił głos. – Będzie rosół. Taki, jak lubisz.
Wiedziałam, co to znaczy. To była wyciągnięta ręka. Aneta postanowiła zrobić ukłon w moją stronę. W niedzielę ubrałam swoją najlepszą garsonkę. Przed wyjściem weszłam do kuchni. Długo patrzyłam na słoik z suszoną pietruszką, którą sama zbierałam na działce. Potem sięgnęłam do lodówki i wyjęłam pęczek świeżej, zielonej natki, którą kupiłam wczoraj na bazarku. Kiedy dotarłam do nich, zapach rosołu unosił się w powietrzu. Był piękny, złocisty, pachniał lubczykiem. Na stole stały talerze.
– Zrobiłam tradycyjny – powiedziała Aneta, stawiając wazę. Uśmiechała się nieśmiało. – Bez udziwnień. Specjalnie dla ciebie, mamo.
Usiadłam. Spojrzałam na nią, potem na Pawła, który patrzył na nas z nadzieją.
– Dziękuję, dziecko – powiedziałam, a gardło ścisnęło mi wzruszenie. Sięgnęłam do torebki i wyjęłam pęczek świeżej natki pietruszki.
– Ale wiesz… – dodałam, posypując obficie swój talerz zielonymi listkami. – Trochę witamin nie zaszkodzi. Pawełek musi dbać o zdrowie.
Doceniłam ją
Zapadła cisza, która trwała sekundę, a potem wszyscy wybuchnęliśmy śmiechem. Zjadłam ten rosół. Był pyszny. Może trochę inny niż mój, może mniej słony, ale smakował miłością i troską. Zrozumiałam, że nie muszę być jedyną kobietą, która karmi mojego syna. Ważne, że jest karmiony dobrze i że jest szczęśliwy.
A ja wciąż mogę robić najlepsze zrazy na świecie, ale może następnym razem zrobię je z indyka. Albo chociaż nie dodam tyle smalcu. Świat się zmienia. Mielone też mogą się zmienić. Najważniejsze, żeby rodzina trzymała się razem, nawet jeśli na talerzu ląduje coś zielonego, co kiedyś uważałam za chwast.
Teresa, 64 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Mąż dał mi na walentynki kule do kąpieli, choć nawet nie mamy wanny. Za ignorancję będzie pokutował do Wielkanocy”
- „W Dzień Singla udawałem, że bycie samemu to mój wybór. W głębi serca umierałem z tęsknoty za prawdziwą bliskością”
- „W walentynki błagałem moją dziewczynę o 2. szansę. Przez swoją głupotę już zawsze będę świętował Dzień Singla”