Reklama

Nigdy nie uważałam się za osobę leniwą ani zmęczoną życiem. Miałam swoje przyzwyczajenia, rytuały i święty spokój. Rano kawa, potem spacer po gazetę, a wieczorem jakiś film lub książka. Tak wyglądała moja codzienność od kilku lat, odkąd przeszłam na emeryturę.

Czasem odwiedzałam córkę, czasem syn z wnukami wpadł na obiad. Dzieci i wnuki były moją radością – ale na krótką chwilę. Nie miałam pojęcia, że na dwa tygodnie zamienię się znowu w młodą matkę, karmiącą, przebierającą, usypiającą i marzącą tylko o tym, żeby przez pięć minut nikt nie krzyczał „babciaaaa!”.

Wszystko zaczęło się od jednego telefonu. I od tego, że nie umiem mówić „nie”.

No to się porobiło

– Mamo, ratuj. Serio, ratuj – powiedziała moja synowa Basia, zanim jeszcze zdążyłam odpowiedzieć „halo”.

– Co się dzieje?

– Mamy wyjazd z firmy, taki integracyjny, ale ważny, bo szefowa zabiera same kierowniczki, a ja dopiero co dostałam awans… – wyrzucała z siebie słowa jak karabin maszynowy. – Kacper nie może wziąć wolnego, a przedszkole zamknięte. Mogłabyś zostać z dzieciakami?

– A kiedy?

– Jutro je przywiozę. Na dwa tygodnie. Wrócimy w niedzielę za dwa tygodnie, obiecuję! – dodała z entuzjazmem, jakby mówiła o czymś cudownym.

Zanim zdążyłam zadać choćby jedno pytanie, już usłyszałam w słuchawce piskliwy głosik:

– Babciu, będę spała u ciebie! I weźmiemy moje klocki, i bajki, i ja chcę placki ziemniaczane!

– I ja! – wrzasnął młodszy, Mateuszek.

Zamarłam. Bo przecież kocham te dzieciaki… tylko że kochać je z doskoku to nie to samo, co zająć się nimi przez czternaście dni z rzędu.

– Basiu, ja nie wiem, czy dam radę…

– Mamusiu, ty jesteś najlepsza. Jutro będziemy rano. Buziaki! – i się rozłączyła.

Stałam z telefonem w ręku i czułam, jak opadają mi ręce. Zdążyłam tylko westchnąć: „No to się porobiło...”.

Miałam przedszkole zamiast domu

Pierwszy dzień minął w euforii. Dzieciaki zachwycone, ja jeszcze pełna dobrej woli. Zrobiłam na obiad rosół, choć wiedziałam, że i tak skończy się na plackach. I rzeczywiście – przez następne dni smażyłam ich całe patelnie. Z cukinią, z ziemniaków, z jabłkami. Byłam mistrzynią placków.

– Babciu, jeszcze! – wołała Zosia, pięciolatka z charakterkiem.

– Babciu, no nie ma! – jęczał Mateuszek, kiedy spóźniłam się z podaniem placka na jego plastikowy talerzyk z dinozaurem.

W międzyczasie pralka chodziła non stop, bo jedno ulało, drugie oblało się kakao, a na dokładkę pies sąsiadów wpadł do ogródka i zostawił po sobie pamiątkę na spodniach Zosi.

Na podłodze leżały porozrzucane klocki, kredki, na kanapie widniała plama z rozlanego mleka. W kuchni sterta garów, w łazience katastrofa, a ja... siedziałam wieczorem na brzegu łóżka i jadłam zimną kanapkę. Patrzyłam na swoje odbicie w lustrze i mówiłam do siebie szeptem:

– Na stare lata zamiast domu mam przedszkole

To było trudne do zniesienia

Trzeciego dnia zaczęli się kłócić. O nocnik.

– To mój! – wrzeszczał Mateusz.

– Wcale nie, byłam pierwsza! – Zosia odpychała brata.

– Ty zrobiłeś wczoraj siusiu na kanapie! – przypomniała mu z triumfem.

Nie wiedziałam, co gorsze – że dzieci wyrywają sobie nocnik, czy że dyskutują o siusianiu na kanapie jako o czymś najnormalniejszym w świecie. To jednak był dopiero początek. Potem była wojna o klocki. Leżały rozsypane na dywanie, a oni walczyli ze sobą jak lwy w klatce.

– Babciu, on mi rozwalił wieżę!

– Bo ona mi ukradła żółty klocek!

W końcu schowałam klocki, nocnik też. Mateusz popłakał się tak, że musiałam go tulić trzy kwadranse, a Zosia strzeliła focha i nie odzywała się do mnie do kolacji. Przynajmniej było cicho.

Wieczorem chciałam obejrzeć wiadomości. Zosia wpadła w histerię, że przecież o tej porze „zawsze jest dobranocka”. Mateuszek dołączył:

– Babciu, puść bajkę, proszę...

Oglądałam więc dobranockę. Siedząc między nimi, z lalką w jednej ręce, drugą przytrzymując pacynkę dinozaura. Sama do siebie szepnęłam, że tak to się kończy, jak się nie umie mówić „nie”.

Tęskniłam za dawną sobą

Minął tydzień. Miałam podkrążone oczy i poplamione ubrania. Nie miałam siły się malować. Kawa była zimna, herbata rozcieńczona, a obiad przygotowywałam w trzech turach – najpierw dla dzieci, potem dla siebie, a potem jeszcze raz, bo dzieci nagle jednak zgłodniały.

W lustrze zobaczyłam kobietę, której nie poznawałam. Moje ciało bolało od schylania się, dźwigania i ciągłego stania przy kuchni. Nogi miałam jak z ołowiu. Chciałam po prostu usiąść i nic nie robić. Ale nie było kiedy.

Ze sklepu zawsze wracałam z czymś dla dzieci – jogurty, kredki, puzzle, nowy kubek z pieskiem. Dla siebie nie kupowałam nic. Ani jednego batonika. Nawet kawy lepszej nie wzięłam. Po co? I tak wypiję ją zimną.

Któregoś ranka przeglądałam stare zdjęcia w telefonie. Zatrzymałam się na jednym – ja na wakacjach, w kapeluszu, z kieliszkiem wina. Uśmiechnięta. Bez zmarszczek zmęczenia, z lekko rozwianymi włosami i spojrzeniem, w którym było światło.

– Babciu, a co to? – zapytała Zosia, zaglądając mi przez ramię.

– To… ja – odpowiedziałam cicho.

– Ale kiedy?

– Dawno. Gdy jeszcze nie byłam babcią na pełen etat.

Zosia wzruszyła ramionami i pobiegła do pokoju. A ja poczułam gulę w gardle. Nie z żalu, tylko z tęsknoty za sobą. Za ciszą. Za tym, że mogłam zjeść śniadanie, słuchać muzyki, wyjść na spacer bez wózka i bez torebki z mokrymi chusteczkami.

Tęskniłam za tym, że nikt nie mówił do mnie „babciu” dziesięć razy na minutę. Nie miałam wyrzutów sumienia. Po prostu chciałam znowu poczuć, że też istnieję – nie tylko jako wsparcie, opieka i punkt ratunkowy.

Byłam u kresu sił

To był piątek, przedostatni dzień ferii. Zosia zaczęła się kręcić od rana, potem przyszła do mnie cała rozpalona. Mateuszek chwilę później zapłakał, że boli go brzuszek. Godzinę później już był chory. A ja... ja po prostu robiłam, co trzeba. Bez jęku, bez paniki.

W nocy budziłam się sześć razy. Najpierw Zosia, bo spociła się i chciała przebrać piżamę. Potem Mateuszek, bo znów trzeba było myć, przebierać, tulić. W międzyczasie przynosiłam herbatki, termometr, czystą bieliznę. Nie spałam dłużej niż trzydzieści minut jednym ciągiem.

Rano wyglądałam jak własna teściowa. Blada, z siwymi włosami sterczącymi na wszystkie strony i czerwonymi oczami od braku snu. Zadzwoniłam do Basi.

– Jak tam? – zapytała radośnie. – U nas cudownie! Hotel, śnieg, sauna… Dzieciaki tęsknią?

– Tak, bardzo. A ja już nie wiem, jak się nazywam – odpowiedziałam, nie siląc się na żarty.

– Jutro wracamy. Okej? Wytrzymasz jeszcze jeden dzień?

Nie odpowiedziałam od razu. Patrzyłam na śpiące dzieci. Zarumienione, wymęczone chorobą. Z jednej strony byłam u kresu sił. Z drugiej… jakoś się przecież trzymam.

Ciało już nie chciało mnie słuchać. Każdy ruch był wysiłkiem. Gdy próbowałam sięgnąć z szafki nocnej butelkę z wodą, rozlałam ją na podłogę. I wtedy pierwszy raz naprawdę się popłakałam. Cicho, bez dźwięku. Tylko łzy płynęły po policzkach.

– Dobrze. Jutro. Tylko jutro – powiedziałam w końcu do słuchawki i rozłączyłam się.

Opadłam na kanapę. Byłam zmęczona jak nigdy. Chciałam płakać, ale już nawet nie miałam na to siły.

Jednak wciąż potrafię

Kiedy Basia z Kacprem przyjechali po dzieci, prawie padłam im do stóp. Nie dlatego, że ich kocham – po prostu byłam wykończona. Fizycznie, psychicznie, emocjonalnie. Zabrali torby, przytulili dzieci, a ja stałam przy drzwiach, trzymając się futryny, jakbym właśnie przebiegła maraton.

– Mamusiu, jesteś wielka. Serio, nie wiem, co byśmy bez ciebie zrobili – powiedziała Basia i pierwszy raz w oczach miała prawdziwą wdzięczność.

Zosia przytuliła się do mnie tak mocno, że aż mnie zatkało.

– Babciu, najlepsze ferie w życiu! – szepnęła. – I zrób mi jeszcze kiedyś placki z cukinią!

Mateuszek wtulił się w moje nogi.

Ja kocham twoje placki – mruknął. – I bajki. I dobranockę. Ale bajki też!

Wieczorem, gdy w domu znowu zapanowała cisza, usiadłam z herbatą, ciepłą tym razem, i patrzyłam w okno. Zmęczona. Wyczerpana. I… spokojna. Przez dwa tygodnie przekraczałam własne granice. Smażyłam, tuliłam, przebierałam, uspokajałam. Byłam kucharką, pielęgniarką, terapeutką i animatorką w jednym. I nie oszalałam.

Zdałam sobie sprawę, że mimo zmarszczek, bólu pleców i wiecznego bałaganu – jeszcze potrafię. Mam w sobie siłę. Może już nie taką jak kiedyś, ale wystarczającą, by udźwignąć dwa małe światy.

I wiem jedno: ferie są raz do roku. A przez resztę roku będę celebrować ciszę, święty spokój, kawę z pianką i samotne wieczory z książką. A kiedy za rok znów zadzwoni Basia… odbiorę. Ale zanim się zgodzę, upewnię się, że mam w domu termos, zapas placków i ciepłe skarpetki.

Jadwiga, 62 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama