„Synowa udawała miłą, ale miała swoje za uszami. Wolę, żeby syn był rozwodnikiem, niż budował przyszłość na kłamstwie”
„Patrzyłam na nich i milczałam. Miałam wrażenie, że patrzę na spektakl, nie na zakochaną parę. Jeszcze nie wiedziałam, co się kryje pod tą jej cukierkową maską, ale już wtedy czułam, że to nie będzie bajka”.

- Redakcja
Na początku byłam szczęśliwa, że mój syn wreszcie się zakochał. Pamiętam, jak przez lata narzekał, że wszystkie „fajne dziewczyny” są już zajęte albo szukają przygód, a nie stałego związku. Kiedy więc przyprowadził ją do domu i przedstawił jako swoją narzeczoną, nie miałam serca, by kręcić nosem. Uśmiechnięta, elokwentna, taka… poukładana. Ktoś mógłby pomyśleć, że ideał. Ja też przez chwilę tak myślałam. Wiadomo, matki mają swoje przeczucia, ale czasem potrafią je stłumić, żeby nie wyjść na zazdrosne czarownice. Tak właśnie zrobiłam. Wolałam nie słuchać wewnętrznego głosu, który mówił mi, że coś mi w tej dziewczynie nie gra. Może za bardzo się starała? Może to spojrzenie pełne uwielbienia dla mojego syna było jak z reklamy, a nie z życia?
Z czasem drobne sygnały zaczęły się mnożyć. Nic wielkiego, ot, niedopowiedziane zdania, ukradkowe spojrzenia, jakieś dziwne rozmowy zasłyszane przypadkiem. Nadal nie miałam dowodów, ale wewnętrzne napięcie rosło. Nie chciałam mu zatruwać głowy, więc milczałam. Do czasu. Przyszedł taki moment, że nie dało się już udawać, że wszystko jest w porządku. Nie mogłam siedzieć z założonymi rękami, kiedy widziałam, że syn brnie w coś, co nie ma nic wspólnego z miłością, a tym bardziej z uczciwością. Nie po to wychowywałam go na porządnego człowieka, żeby teraz patrzeć, jak ktoś robi z niego głupca.
Miałam złe przeczucia
– Mamo, poznaj Kasię – powiedział z uśmiechem mój syn, a obok niego stanęła filigranowa brunetka w beżowym płaszczu, z ciastem w rękach i nienaturalnym uśmiechem, który bardziej pasował do hostessy na targach motoryzacyjnych niż do przyszłej synowej.
– Dzień dobry, pani Zosiu, tyle o pani słyszałam!
– Oby same dobre rzeczy – odparłam z lekkim uśmiechem, przyglądając się jej dyskretnie.
Paznokcie długie, czerwone, biżuteria delikatna, ale droga. Nie wyglądała na dziewczynę, która w wolnych chwilach piecze szarlotki, choć właśnie taką przyniosła.
– No pewnie! Michał mówi, że jest pani najlepszą kucharką i że u pani zawsze pachnie ciastem – dodała, rozglądając się po kuchni.
– Cieszę się. A ty nie wspominałeś, że kogoś masz – zagaiłam, choć w głowie miałam już dziesięć innych pytań.
– No bo… to świeża sprawa. Poznaliśmy się dwa miesiące temu i coś kliknęło. Kasia jest cudowna.
– Tak – zaśmiała się dziewczyna, poprawiając włosy. – I wcale nie tak świeża, bo ja od razu wiedziałam, że Michał to ten jedyny.
Patrzyłam na nich i milczałam. Miałam wrażenie, że patrzę na spektakl, nie na zakochaną parę. Jeszcze nie wiedziałam, co się kryje pod tą jej cukierkową maską, ale już wtedy czułam, że to nie będzie bajka.
Nie miałam złudzeń
Szybko się pobrali, a ja z czasem zaczęłam zauważać drobiazgi. Z pozoru nic wielkiego – a to zostawiła u nas płaszcz za ponad tysiąc złotych, a to mimochodem wspomniała, że „ten stary samochód Michała” powinien w końcu iść do wymiany, bo „jej koleżanki to już hybrydami jeżdżą”.
– A gdzie pracujesz, jeśli mogę zapytać? – zagadnęłam kiedyś przy obiedzie, gdy znów narzekała na „straszny tłok na siłowni”.
– Pracuję… właściwie to… trochę robię marketingu w internecie – rzuciła, wyraźnie zadowolona z własnej odpowiedzi. – No i czasem pomagam koleżance w salonie fryzjerskim, ale to bardziej dla zabawy niż z potrzeby.
– To fajnie – rzuciłam oszczędnie.
Micha spojrzał na nią, jakby właśnie ogłosiła, że dostała Nobla.
– Mamo, Kasia ma świetne wyczucie stylu. Ostatnio doradziła mi, jak się ubierać, żeby wyglądać bardziej „z klasą”. Mówi, że powinienem zadbać o wizerunek.
– O wizerunek… – powtórzyłam cicho i upiłam łyk herbaty.
– No tak! – podchwyciła Kasia. – Michał to taki typowy facet, a przecież stać go na więcej! Pracujesz w korporacji, kochanie, musisz wyglądać na faceta sukcesu.
Nie odezwałam się jednak. Czekałam. Bo wiedziałam, że takie maski długo się nie trzymają. Prędzej czy później zawsze spadają.
Ręce mi się trzęsły
To była sobota. Michał miał z Kasią pojechać na działkę pomóc ojcu z przycinaniem drzewek, ale zadzwonił rano, że nie przyjadą.
– Kasia źle się czuje, mówi, że chyba grypa. Zrobię jej rosół i przyjadę sam pomóc tacie – usłyszałam w słuchawce.
– Dobrze. Zdrowia życzę – odpowiedziałam krótko, choć coś mnie tknęło. Może intuicja, może lata doświadczeń.
Dwie godziny później zobaczyłam ją w centrum handlowym. Uśmiechniętą, energicznie wbijającą kod w bankomacie. W krótkiej spódnicy i butach na obcasie. Raczej nie wyglądała na chorą. Podeszłam. Nie zawołałam jej od razu. Zatrzymałam się przy kwiaciarni obok i udawałam, że przeglądam bukiety. Obserwowałam. Po wypłacie pieniędzy Kasia szybko schowała portfel, rozejrzała się i niemal biegiem wbiegła do sklepu z markową odzieżą. Zdążyłam jeszcze zobaczyć, jak rzuca się do ekspedientki z szerokim uśmiechem.
– Mówiłam, że wrócę! – rzuciła radośnie. – Macie jeszcze tę kamizelkę z alpaki?
Wróciłam do domu i usiadłam w kuchni z kubkiem herbaty. Ręce mi się trzęsły. Nie wiedziałam, jak to rozegrać. Czułam, że muszę coś zrobić. Syn zadzwonił wieczorem.
– Jak tam, mamo? Co u was?
– W porządku. A Kasia już lepiej?
– Tak, lepiej. Cały dzień spała, chyba to było tylko przesilenie.
– No proszę… przesilenie – mruknęłam. – To chyba cudowne przesilenie, skoro dało jej siłę na zakupy.
Po drugiej stronie zapadła cisza.
Powiedziałam, co myślę
– Mamo, co to miało znaczyć? – zadzwonił Michał jeszcze tego samego wieczoru.
Głos miał napięty, nerwowy.
– Widziałam ją dzisiaj w galerii handlowej. O dziesiątej rano, jak wypłacała pieniądze z bankomatu i biegła po kamizelkę do butiku. Nie wyglądała na chorą.
– Może… wyszła tylko na chwilę – próbował się ratować. – Może źle się czuła rano, a potem poczuła się lepiej?
– Na tyle lepiej, żeby nosić szpilki i wydawać pieniądze jakby to była gra w „Monopoly”? Przestań ją usprawiedliwiać – warknęłam, zanim zdążyłam się ugryźć w język.
– Mamo, nie możesz oceniać kogoś po jednym przypadku. Kasia jest… no, może trochę impulsywna, ale to nie znaczy, że od razu...
– Nie oceniam po jednym przypadku. Od dłuższego czasu coś mi w niej nie pasuje. I nie chodzi o to, że wydaje twoje pieniądze. Chodzi o to, że kłamie.
– Może nie chciała cię martwić... może bała się, że jej nie polubisz...
– Nie bądź dzieckiem. To nie było jakieś „białe kłamstewko”. Powiedziała, że jest chora, żeby nie jechać z tobą do ojca, a potem poszła na zakupy jakby nigdy nic. A ty ją jeszcze usprawiedliwiasz. Co będzie dalej? Jak zacznie znikać z domu i mówić, że to joga, a będzie w hotelu z jakimś facetem, też to nazwiesz „impulsywnością”?
Znowu ta sama cisza. Znałam ten jego brak słów – był rozdarty. Nie chciał przyznać, że coś jest nie tak. Bo to by znaczyło, że się pomylił. A przecież nikt nie lubi przyznawać, że dał się nabrać.
– Daj mi czas, mamo – powiedział w końcu. – Muszę to przemyśleć.
Spojrzał mi prosto w oczy
Minął tydzień, zanim znów się odezwał. Tym razem syn przyszedł sam. Bez niej.
– Kasia ma jakieś sprawy – rzucił, zdejmując kurtkę. – Chciałem pogadać.
– Siadaj. Herbaty? – zapytałam, ale już nalewałam do kubka.
Usiadł przy kuchennym stole i przez chwilę patrzył, jak para unosi się znad filiżanki.
– Sprawdziłem jej konto. Kiedyś sama mi podała hasło, „na wszelki wypadek”. I… chyba nie sądziła, że kiedykolwiek z niego skorzystam.
– I?
– Osiemset złotych w ciągu jednego dnia. Butik, kosmetyczka, jakiś sklep z biżuterią… A potem kolacja dla jednej osoby.
– Może miała wyjątkowo dobry dzień – rzuciłam sucho, opierając się o blat.
– To nie wszystko – ciągnął. – Dowiedziałem się, że flirtuje z jakimś gościem.
Spojrzał na mnie. W jego oczach była mieszanka złości, wstydu i… ulgi?
– I co zamierzasz?
– Rozmawiałem z nią wczoraj. Najpierw się wypierała. Potem stwierdziła, że „to nic takiego”. Że nie zdradzała, tylko „flirtowała dla zabawy”. Na końcu zaczęła płakać. Twierdzi, że ją osaczam. Że mnie buntujesz.
– Oczywiście. Klasyka. Winna zawsze ta trzecia – pokiwałam głową. – I co? Przekonała cię?
Michał spojrzał mi prosto w oczy.
– Nie. Wiesz co, mamo? Chyba masz rację. Wolę być rozwodnikiem niż idiotą.
Pokiwałam głową, ale w duchu aż chciało mi się klaskać.
Byłam z niego dumna
Rozwód był szybki. Kasia nie walczyła. W zasadzie sama zaproponowała, żeby się „kulturalnie rozstać” i „nie robić sobie nawzajem krzywdy”. Wzięła torebki, kosmetyki, kilka sukienek – wszystko, co dało się wynieść w dwóch walizkach.
– I dobrze – skwitował syn, gdy wpadł do mnie na obiad. – Nie mam żalu. Może tylko do siebie, że tak się nabrałem.
– Każdy z nas kiedyś się nabiera. Najważniejsze to umieć z tego wyjść, zanim stracisz coś więcej niż pieniądze – powiedziałam, podając mu talerz z rosołem. – Wiesz, Michał… jesteś lepszy, niż myślałam.
Uśmiechnął się blado.
– Serio, mamo? Myślałaś, że będę ją sponsorował do emerytury?
– Przez chwilę tak. Ty się tak łatwo zakochujesz. A ona wiedziała, jak to wykorzystać.
– Wiem. I wiesz, co mnie najbardziej boli? Że jak się okazało, że nie jestem taki naiwny, to ona się zwyczajnie wycofała. Bez walki. Jakby już mnie skreśliła.
– Bo tacy ludzie nie kochają. Oni polują.
Michał spojrzał na mnie i pokiwał głową.
– Dzięki, mamo. Serio. Za to, że byłaś uparta. Gdyby nie ty, pewnie wciąż bym siedział obok niej i próbował udowodnić, że nie jestem maminsynkiem.
– I płacił za kolejną kamizelkę z alpaki.
Parsknął śmiechem.
– No właśnie.
Wzięłam jego dłoń w swoje. Mój syn – dorosły facet, który się nie dał. I to był najpiękniejszy prezent, jaki mogłam dostać.
Zofia, 62 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Myślałam, że z teściową nadajemy na tych samych falach. Wystarczyło 1 zdanie, abym szybko odkryła jej prawdziwą twarz”
- „Po śmierci rodziców brat chciał mnie wykiwać jak dzieciaka i zostawić z niczym. Moja zemsta spadła na niego znienacka”
- „Siostra zerwała ze mną kontakt na długie lata. Gdy znienacka zapukała do mych drzwi, od razu zwęszyłam podstęp”