Reklama

Odkąd przeszłam na emeryturę, mój dom przestał być tylko moją twierdzą. Stał się, chcąc nie chcąc, miejscem rodzinnych spotkań, zapleczem do przechowywania wózków, zabawek i pudeł po butach, magazynem świątecznych dekoracji i niekończących się zapasów pieluch, którymi moje córki i synowa hojnie obdarowywały mnie przy każdej wizycie. Tyle że, w przeciwieństwie do moich koleżanek z klubu seniora, nie miałam się czym pochwalić.

One miały zięciów złote rączki – a to odmalują pokój, a to podłączą pralkę, przywiozą wnuki, a przy okazji zrobią zakupy i jeszcze przyniosą świeże bułki. A u mnie? Cóż... Mój jedyny zięć nie dość, że w kuchni porusza się jak słoń w składzie porcelany, to jeszcze zachowuje się, jakby mi łaskę robił, że w ogóle istnieje. A synowa? Lepiej nie mówić. Przyszła raz na Sylwestra. I byłoby lepiej, gdyby nie przyszła.

Miałam złe przeczucia

Kiedy 30 grudnia zadzwoniła do mnie synowa, miałam złe przeczucia. Rzadko dzwoniła.

– Mamo, a może byśmy wpadli do ciebie na sylwestra? Będzie tak rodzinnie… – zaproponowała z takim entuzjazmem, że aż mi się kawa ulała na fartuch.

– My? – zapytałam z podejrzliwością.

– No ja, Krzysiek i Staś. Jak dzieciak zaśnie, to sobie razem usiądziemy, pośmiejemy się. Co ty na to?

Wiedziałam, że to znaczy „czy mogę się wprosić i nie kiwnąć palcem przez cały wieczór”. Ale co miałam zrobić? Odmówić?

– No dobrze – westchnęłam. – Tylko coś ze sobą przywieźcie, bo ja przecież nie będę do nocy w garach siedzieć.

– Jasne, jasne! – zapewniła mnie z radością. – A ja zrobię bigos! Specjalny, z mojego przepisu.

Z jej przepisu, dobre sobie. Pamiętałam jej pierogi na Wigilię dwa lata temu – wyglądały jak rozdeptane kapcie. Wieczorem 31 grudnia zjawili się punktualnie, jak na zaproszenie królowej angielskiej. Krzysiek z torbą pełną napojów i ciastem z cukierni. Synowa dumnie niosła garnek z bigosem, jakby to był jakiś puchar kulinarny.

To ten słynny bigos? – zapytałam, odbierając naczynie.

– Palce lizać. Grzyby leśne, kiełbaska swojska, suszone śliwki…

– Śliwki? – uniosłam brew. – Do bigosu?

– Taka nowoczesna wersja. W internecie było napisane, że dodaje głębi smaku.

No to zapowiadała się sylwestrowa głębia… żołądkowa.

Wszystko było na mojej głowie

Zanim jeszcze rozpakowali kurtki, wnuczek już pruł po mieszkaniu jak wariat. Staś miał trzy lata, ale hałasował jak pluton wojska. Zrzucił moje ozdoby z parapetu, przewrócił figurkę aniołka, którą miałam od komunii Hanki. A jego matka? Nawet nie mrugnęła.

– Staś, nie rusz! – rzuciła tylko od niechcenia i zaczęła robić selfie w lustrze.

– Może to go trochę zajmie – mruknęłam, zbierając połamane skrzydło aniołka. – Mam nowy zestaw kredek w kuchni, niech sobie porysuje.

– Mamo, no daj mu się wyszaleć. Tyle siedzi w przedszkolu, niech tu poczuje się swobodnie.

Swobodnie?! Mój dom to nie sala zabaw! Syn wszedł do kuchni i postawił torbę na stole.

– Mamo, coś pomóc? – zapytał, ale jak tylko zobaczył, że musiałby pokroić ogórki, to nagle „przypomniało mu się” coś ważnego. – A nie, sorry, obiecałem Stasiowi, że poczytam mu bajkę. Dokończysz sama?

– No jasne – mruknęłam pod nosem. – Jak zwykle.

W międzyczasie synowa przyniosła bigos. Postawiła go na stole, otworzyła pokrywkę z takim triumfem, jakby odkryła nową planetę.

– I jak? Pachnie? – zapytała z dumą.

– No… pachnie. Czymś na pewno – odparłam dyplomatycznie, zerkając na brunatną breję.

Zaczęłam nakładać. Pierwszy kęs i aż mnie cofnęło.

– Boże święty… – mruknęłam, przełykając z trudem. – Mówiłaś, że to z grzybami?

– Tak! Leśne, od sąsiadki! Ma męża grzybiarza.

Cudownie. Oby to nie były muchomory.

Bałam się efektów końcowych

– A może spróbuj jeszcze raz, tylko nałóż sobie więcej kapusty z dołu – zaproponowała synowa, widząc moją minę.

– A może później – odparłam i ukradkiem przesunęłam talerz z bigosem w stronę parapetu.

Z kuchni dobiegł wrzask.

– Mamo! Pilot nie działa! – Staś darł się, jakby go ze skóry obdzierali.

– Zaraz ci przyniosę tablet – westchnęła synowa, wstając z fotela jak męczennica.

Zniknęła w przedpokoju, a ja spojrzałam na Krzyśka.

– Naprawdę nie mogłeś jej delikatnie zasugerować, żeby tego nie gotowała?

– Mamo, przecież chciała się wykazać. Niech ma, to tylko bigos…

– Tylko bigos?! Chłopie, jakbyś czuł to, co ja teraz w żołądku, to byś się nie śmiał.

Po chwili synowa wróciła z winem.

– Winko owocowe, domowe! Dostałam od koleżanki z pracy – oznajmiła radośnie.

Zakręciła zakrętką, polała każdemu po kieliszku.

– No to za Nowy Rok! I za naszą kochaną mamusię! – dodała słodko, szturchając mnie łokciem.

Wypiłam jeden łyk. Nie wiem, co to było, ale miało posmak kompotu i spirytusu.

– Mocne… – wymamrotałam, czując, jak mi język drętwieje.

– To dobrze! – zaśmiała się synowa. – Chcesz może dokładkę bigosu?

– Daj Stasiowi. Mnie wystarczy.

– Staś nie je bigosu – odparła z dumą. – On tylko kluseczki.

– Czyli gotowałaś specjalnie dla mnie?

– No i dla Krzyśka. On lubi, prawda, kochanie?

Syn tylko chrząknął.

– Bardzo… oryginalny smak – mruknął i popił winem.

– No! Wiedziałam, że wam zasmakuje!

Oryginalny to było mało powiedziane. Prędzej czy później ktoś po tym wyląduje w łazience.

Byłam wściekła

O pół do jedenastej zaczęłam zmywać naczynia, bo już nie mogłam patrzeć na to, co wyczynia moja synowa. I na plamy z barszczu na moim nowym obrusie.

– Mamo, siadaj, to przecież sylwester! – zawołał Krzysiek z kanapy. – Co cię tak pochłonęło w kuchni?

– Nie, no jasne – mruknęłam. – Bigos sam z siebie zniknie, a talerze magicznie wskoczą do zmywarki.

Synowa nawet się nie ruszyła. Przeglądała coś w telefonie, chichocząc pod nosem.

– Co tam takiego śmiesznego? – zapytałam złośliwie.

– A nie, taka głupotka. Ktoś wrzucił tekst: „Teściowa – jedyna kobieta, która potrafi zatruć sylwestrową noc bez alkoholu”. Fajne, nie?

Zaśmiała się jeszcze głośniej, a ja poczułam, że wino jednak trochę uderza mi do głowy.

– No faktycznie. Umrzeć ze śmiechu – powiedziałam przez zaciśnięte zęby.

Staś przyszedł i zaczął się gramolić na stół.

– Złaź! – zawołałam, ale synowa tylko spojrzała znad telefonu.

Daj mu się pobawić. To przecież dziecko.

– To niech się bawi w pokoju. Tu są szklanki, butelki, świeczki...

– No ale on chce być z nami.

Tak. Szczególnie z lampą, którą właśnie przewrócił.

– Krzysiek! – wrzasnęłam. – Zajmij się synem, zanim coś jeszcze rozwali!

– Oj dobra, już dobra – burknął i podniósł lampę. – Nic się nie stało.

Nie, nic oprócz mojego świętego spokoju. Ten wieczór coraz bardziej przypominał mi Wigilię, na której wszyscy udają, a nikt nie ma ochoty być razem. A północ była jeszcze przed nami.

Czułam pustkę

Pięć minut przed północą zaczęli się rozglądać za szampanem. Oczywiście nikt nie pomyślał, żeby go wcześniej schłodzić. Wyciągnęli flaszkę z siatki i podali mi, żebym otworzyła.

– A co ja, kelnerka? – spojrzałam na nich ostro. – Sama się przebrałam, sama ugotowałam, sama posprzątałam. Może jeszcze mam zatańczyć?

– Oj, mamo… – jęknął Krzysiek. – Nie psuj nastroju, zaraz Nowy Rok…

– Właśnie. Może zamiast narzekać, po prostu powinnaś się cieszyć, że wszyscy jesteśmy razem? – rzuciła synowa z uśmiechem, ale głos miała jak papier ścierny.

– Cieszę się – odpowiedziałam sucho. – Że jeszcze nikt nie zwymiotował po tym bigosie.

Staś zaczął podskakiwać z zegarkiem w ręce.

– Będzie bum! Będzie bum! – wrzeszczał.

W końcu odliczyliśmy – dziesięć, dziewięć… aż do jednego. Krzysiek odkręcił korek, szampan wystrzelił pod sufit i ochlapał żyrandol. Staś piszczał z radości. Synowa zrobiła dziesięć zdjęć. Pocałowała się z Krzyśkiem na pokaz, a mnie uściskali z takim entuzjazmem, jakby mi właśnie złożyli kondolencje.

No to zdrowia! – rzucił syn.

– I więcej luzu w Nowym Roku! – dodała synowa, stukając kieliszkiem o mój.

Nie odpowiedziałam. Wypiłam łyk. Szampan był ciepły i kwaśny jak ocet. Po piętnastu minutach Staś zaczął marudzić, że jest zmęczony. Synowa od razu wstała.

– No to my będziemy się zbierać. I tak się zasiedzieliśmy, co nie Krzyś?

– No, rzeczywiście, już po pierwszej – przytaknął, jakby siedzieli tu za karę.

Jeszcze tylko pospieszne „dziękujemy” i całus w policzek, po czym zniknęli za drzwiami. A ja zostałam sama w kuchni, z resztką bigosu, brudnymi talerzami i kłującą pustką.

Było mi siebie żal

W Nowy Rok siedziałam przy kuchennym stole, patrząc na plamy po szampanie i rozdeptanego chipsa na dywanie. Nagle przypomniało mi się, jak kiedyś wyprawiałam Wigilię – siostra pomogła w kuchni, dzieciaki śpiewały kolędy, a mąż tańczył ze mną w salonie do świątecznych piosenek z radia. Takie proste rzeczy, a człowiek nawet nie wiedział, że były to tak szczęśliwe chwile.

– Przydałby mi się pomocny zięć… – mruknęłam do siebie. – Taki, co sam powie „usiądź, mamo, ja wszystko zrobię”.

Wzięłam do ręki telefon i napisałam do Teresy, sąsiadki.

„I jak Sylwester?”

Odpisała niemal od razu.

„Cudownie. Zięć zrobił kolację, a rano pozmywał i zabrał dzieciaki na spacer, żebym mogła pospać. Anioł, nie zięć!”

Wpatrywałam się w ekran, z zazdrością gryząc skórkę od chleba.

I po co było się tak męczyć? – zapytałam sama siebie. – Żeby się poczuć jak niepotrzebny balast?

Wstałam i zaczęłam sprzątać. Szklanki, papierki, talerze. Bigos wyrzuciłam. Tylko aniołek z urwanym skrzydłem został na parapecie. Posklejam go. Jak wszystko w życiu – byle trzymało się do kupy. Włączyłam radio. Leciała jakaś stara piosenka. Usiadłam i nalałam sobie kieliszek tego ich „domowego wina”.

– Za Nowy Rok. Bez złudzeń – powiedziałam cicho i uniosłam kieliszek do samotnego toastu.

Iwona, 64 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama