Reklama

Gdy dostałam tę pracę, przez pierwszy tydzień chodziłam jak na skrzydłach. W poprzedniej firmie znałam wszystkich, każdy wiedział, że jeśli coś działało, to zazwyczaj miałam w tym swój udział. Ale tam nie było już miejsca na rozwój. Za długo byliśmy razem — ja i moje stanowisko. Zmieniałam się szybciej niż firma.

A potem przyszedł mail od headhunterki: „Nowa struktura w międzynarodowej korporacji. Możliwość szybkiego awansu. Szukamy ludzi, którzy widzą dalej”. Widziałam dalej. A przynajmniej tak mi się wydawało.

Pierwsze spotkanie z Adrianem pamiętam jak migawkę z filmu — on w idealnie skrojonym garniturze, nonszalancko oparty o brzeg stołu konferencyjnego, mówił do kogoś przez telefon, zanim jeszcze weszłam do środka. Gdy mnie zobaczył, spojrzał z uśmiechem, który był jednocześnie obezwładniający i chłodny jak metal. Podał mi rękę — mocny uścisk, dłuższe spojrzenie w oczy.

– Natalia, tak? Słyszałem dobre rzeczy. U nas będzie co robić. Chodź, pokażę ci, gdzie się tu zaczyna.

Zaczynało się od wspólnej kawy po spotkaniach. Od szybkich komentarzy na komunikatorze. Od tego, że wiedział, jak pokierować rozmową, żebym wśród sześciu menedżerów to właśnie ja powiedziała coś kluczowego. Dawał przestrzeń, ale jednocześnie było coś w jego obecności, co ją wypełniało po brzegi.

Nie było między nami flirtu. Przynajmniej nie wprost. Ale kiedy pewnego dnia podczas lunchu powiedział:

– Wiesz, lubię patrzeć, jak się rozwijasz. To przywilej.

Zawahałam się. Bo przecież takie rzeczy mówi się o projektach. Nie o ludziach. Jeszcze wtedy myślałam, że jestem po prostu ceniona. Ale zanim zaczęłam czuć, że się duszę — była rozmowa z Justyną z finansów. Starsza ode mnie o kilka lat, z ironicznym uśmiechem i detektorem bullshitów na kilometr. Złapała mnie w kuchni, kiedy zalewałam kawę.

Uważaj na Adriana – rzuciła, patrząc na mnie znad filiżanki.

– W jakim sensie?

– On lubi mieć „swoje osoby”. Na początku to komplement. Później trudno złapać oddech.

Spojrzałam na nią z niedowierzaniem, ale zapamiętałam każde słowo. Jeszcze wtedy nie wiedziałam, że wkrótce będę rozumieć je aż za dobrze.

Czułam się wyjątkowo

Zaczęło się od tego, że dawał mi głos, kiedy inni jeszcze nie zdążyli się odezwać. Wchodziliśmy na spotkania, on rozglądał się po sali i mówił: „Natalia, opowiedz, jak to widzisz”. Na początku brałam to za czystą strategię — miałam świeże spojrzenie, doświadczenie z mniejszej firmy, mówiłam konkretnie. Potrafiłam się wybić, ale on mi w tym pomagał. Czułam się przez chwilę jak ktoś wyjątkowy. Nie tylko nowa, ale potrzebna.

Lubił błyskotliwych ludzi. Wiem, bo obserwowałam, jak reaguje, kiedy ktoś przy nim kombinował z odpowiedzią. Znał odpowiedź zanim jeszcze padło pytanie. Mnie chyba lubił za to, że nie dawałam się łatwo przestraszyć. Ale lubienie przeszło w coś trudniejszego do zdefiniowania. On miał władzę i potrafił nią grać — nie groźbą, tylko uśmiechem. Żartem wypowiedzianym półgłosem, kiedy wszyscy wychodzili z sali.

Coraz częściej zapraszał mnie na zebrania, na które nie musiałam iść. Wysyłał wiadomości późnym wieczorem: „Zajrzyj do tych danych, jestem ciekaw, co o tym myślisz”. I zawsze dodawał, że nie muszę, że tylko jeśli mam ochotę. Miałam. Chciałam być dobra. I byłam. Zaczęłam dostawać tematy, które kiedyś rezerwowano dla ludzi z o wiele dłuższym stażem. Zaczęto mnie cytować. Szef działu marketingu podszedł kiedyś i powiedział: „Adrian mówi, że masz dobre oko do ryzyk. To rzadka cecha. Masz jego zaufanie”.

A potem coś się przesunęło. Kiedyś wracaliśmy razem z konferencji. Było późno, jechaliśmy jednym samochodem, bo logistycznie „tak było szybciej”. Rozmawialiśmy o wynikach, ale z każdą minutą cisza między kolejnymi zdaniami robiła się dłuższa. Na światłach spojrzał na mnie i powiedział:

– Wiesz, że jesteś najlepszą zmianą, jaka się tu pojawiła od lat?

Nie odwróciłam wzroku. Utrzymałam to spojrzenie z premedytacją.

– Dziękuję, ale mam nadzieję, że to nie znaczy, że mam być twoją własnością.

Zamilkł na resztę drogi. Ale nie dlatego, że go zawstydziłam. On po prostu... się zastanawiał.

Od tamtej pory wszystko było jakby bardziej napięte. Na spotkaniach był jeszcze bardziej uprzejmy niż zwykle. Poza nimi — jakby nie mógł się zdecydować, czy chce być blisko, czy mnie karać za to, że nie jestem bardziej uległa. Siedziałam w gabinecie, mówiłam o harmonogramach, a on patrzył na mnie długo, zbyt długo jak na szefa. Zaczęłam mieć poczucie, że ta przestrzeń, którą mi dawał — nie była za darmo. Ale nie wiedziałam jeszcze, ile dokładnie mnie kosztuje.

Dość telefonów po nocach

Któregoś dnia, tuż przed spotkaniem zespołu, podszedł do mnie, rzucił okiem na mój notatnik i bez pytania wziął go do ręki. Przerzucił kilka stron, po czym spojrzał na mnie z uśmiechem.

– Dużo tu rzeczy, o których mi nie mówisz.

– Nie wszystko wymaga twojej zgody – odpowiedziałam.

– To nie o zgodę chodzi – rzucił spokojnie. – Raczej o to, że dobrze wiedzieć, co się dzieje w głowie moich ludzi.

Zabolało mnie to słowo – „moich”. Powiedział je tonem, jakby chodziło o coś więcej niż pracę. Jakby nie interesowało go, co myślę jako specjalistka, tylko jako kobieta, której trzeba pilnować. Jeszcze tego samego dnia usunęłam jego numer z szybkiego wybierania. Nie było powodu, żeby pisał do mnie o dziewiątej wieczorem, czy coś przemyślałam. Nie był moim partnerem. Był szefem. Ale on jakby nie przyjmował tej granicy do wiadomości.

Zaczęłam unikać jego wzroku podczas zebrań. Nie odpisywałam od razu. Wiedziałam, co robię. Nie chciałam być wciągnięta w coś, czego nie rozumiem. Ale im bardziej się odsuwałam, tym bardziej on stawał się uważny. Przyszedł kiedyś, kiedy rozmawiałam w kuchni z Mariuszem z IT. Pożartowaliśmy chwilę, nic szczególnego. A potem, wracając do siebie, usłyszałam od Adriana:

– Lubię, jak się śmiejesz. Ale nie przy nim.

Stanęłam. Przez chwilę nie wiedziałam, czy dobrze usłyszałam.

– Adrian, to nie mentoring.

Nie od razu odpowiedział. Spuścił wzrok, jakby coś ważył.

Chcę cię chronić. Chcę być pewien, że nie zepsują cię ci ludzie.

– A może chcesz mieć pewność, że należę do ciebie?

To pytanie zawisło między nami jak dym. Przez kilka sekund nic nie powiedział. Widziałam, że walczy ze sobą, że coś w nim się przesuwa, ale nie wiedziałam jeszcze co.

Od tamtego momentu zaczął się dystansować. Ale nie w sposób, którego się spodziewałam. Nie przestał mnie wspierać. Przestał mi ufać. Zespół nadal widział nas jako zgrany duet. Tylko ja czułam, jak coś się zmienia. Zaczął przepuszczać moje projekty przez dodatkowe osoby. Podważał moje decyzje w subtelny sposób, rzucając: „A jesteś tego pewna?” przy każdej okazji.

Pewnego dnia wpadłam na niego, kiedy wychodził z sali konferencyjnej. Miałam prezentację, którą kiedyś poprosił, żebym mu pokazała. Teraz rzucił na nią okiem i powiedział:

– Zrobię to sam.

– Myślałam, że chcesz, żebym wzięła to na siebie.

– Chciałem. Ale nie wiem już, co naprawdę chcesz ty.

Poczułam zimno. Jakby ukarał mnie za to, że nie pozwoliłam się prowadzić na smyczy.

To „nic” wysysało ze mnie siłę

Pewnego poranka spojrzałam na siebie w lustrze i pomyślałam: nie tak ma wyglądać sukces. Miałam tytuł, wpływ, projekty, które decydowały o kierunkach firmy. I nie mogłam zasnąć bez tabletek. Nie z powodu stresu. Z powodu niego.

Kiedyś wychodziłam z pracy z poczuciem sprawczości. Teraz wychodziłam jak z pola minowego. Zdarzały się dni, gdy był ciepły, otwarty, zaangażowany w każdy szczegół mojej pracy. A potem bez słowa pomijał mnie na spotkaniu, delegował moje zadanie komuś innemu, ignorował moje maile. Niby nic, ale to „nic” wysysało ze mnie siłę.

Złożyłam wypowiedzenie w poniedziałek rano. Poszłam do działu kadr, wypełniłam wszystko spokojnie. Wiedziałam, co robię. To nie była ucieczka. To była decyzja. Oddanie sobie samej głosu. Powiedzenie: dość. Kiedy wysłałam mu maila z informacją, nie minęło pięć minut, zanim zjawił się przy moim biurku.

– Możemy porozmawiać?

Skinęłam głową. Weszliśmy do sali obok. Usiadł naprzeciwko i wpatrywał się we mnie przez chwilę, jakby chciał mnie przeszyć wzrokiem.

– Dlaczego?

– Bo nie mogę tak pracować – powiedziałam spokojnie. – Bo jestem dobra w tym, co robię, ale to przestało być o pracy.

– Przecież nigdy niczego od ciebie nie chciałem.

– Adrian, nie musiałeś chcieć. Wystarczyło, że nie pozwoliłeś mi być niezależną. Wszystko, co robiłam, przechodziło przez ciebie. Nawet moje decyzje, za które byłam odpowiedzialna.

Milczał. Patrzył na mnie długo, potem odchylił się do tyłu i zasłonił twarz dłońmi.

Nie odchodź – powiedział cicho. – Bo ja się w tobie zakochałem.

Nie zareagowałam od razu. Siedzieliśmy w ciszy. Czułam tylko, jak serce wali mi w klatce.

– Nie odchodź, bo stracę karierę – to bym zrozumiała – powiedziałam w końcu. – Ale miłość? Miłość to wolność, nie kontrola.

Zrobił taki ruch, jakby chciał mnie dotknąć, potem się rozmyślił. Oparł łokcie na kolanach i wpatrywał się w podłogę. Nie wiedział, co powiedzieć. I może pierwszy raz naprawdę nic nie miał do powiedzenia.

Nie pytałam, czy to przeze mnie

Nie zgodziłam się na pożegnalną kolację. Nie chciałam, żeby ta relacja rozmyła się w alkoholu i wspomnieniach, które wyretuszują to, co było trudne. Zamiast tego przyszłam do niego do gabinetu dzień przed końcem okresu wypowiedzenia. Chciałam powiedzieć to w cztery oczy.

Stał przy oknie, patrząc na miasto. Był skromnie ubrany, bez swojej zwyczajowej nonszalancji. Odwrócił się, jakby wiedział, że przyjdę.

– Jeśli naprawdę to, co powiedziałeś, jest prawdą – zaczęłam – to musisz coś zrobić. Nie dla mnie. Dla siebie.

Nie odpowiedział. Czekał.

– Jeśli chcesz być ze mną, musisz przestać być moim szefem.

To go poruszyło. Nie udawał zaskoczenia, ale wyglądał, jakby po raz pierwszy ktoś postawił mu granicę, której nie może obejść. Usiadł. Schował twarz w dłoniach, długo milczał.

– Próbujesz mnie ukarać?

– Nie. Po prostu nie chcę być z człowiekiem, który może mi przydzielać premię. Chcę być z kimś, kto nie musi mnie kontrolować, żeby czuć się kochanym.

– Nigdy nikogo nie kochałem – powiedział cicho. – Może dlatego wszystko robię źle.

Poczułam się przez chwilę jak ktoś, kto znalazł się w środku cudzego przebudzenia. Widziałam, że walczy. Ale to nie była już moja walka. Ja już ją stoczyłam. I przegrałby ją, gdyby próbował mnie jeszcze zatrzymać.

Wyszedł z gabinetu, nie mówiąc nic więcej. Następnego dnia przyszedł później niż zwykle. I wcale nie do swojego biura.

Spotkaliśmy się przypadkiem na korytarzu. Powiedział tylko:

– Złożę wypowiedzenie.

Nie zapytałam, czy to przez mnie. Nie chciałam wiedzieć. Nie wtedy. Chciałam zobaczyć, co zrobi, kiedy nie będzie miał nade mną władzy.

Nikt nie podejrzewał prawdy

Wieść o jego odejściu rozeszła się szybko, ale bez skandalu. Zespół szeptał po kątach, próbując zgadnąć, co się stało. Mówili, że to zaskoczenie, że może propozycja z zagranicy, że może konflikt z zarządem. Nikt nie podejrzewał prawdy. A może podejrzewał, ale nikt nie odważył się powiedzieć tego na głos.

Ja trzymałam się na uboczu. Nie komentowałam. Nie prostowałam. Nie byłam już jego podwładną, nie musiałam się tłumaczyć z jego decyzji. Kilka dni po jego oficjalnym pożegnaniu napisał do mnie. Krótko: „Możemy się spotkać? Już poza wszystkim”. Odpisałam: „Tak. Ale bez wspomnień. Bez analizy”. Umówiliśmy się na kawę niedaleko biura, w miejscu, gdzie kiedyś nigdy by się nie pojawił – zbyt zwyczajne, zbyt przeciętne.

Przyszedł w kurtce, bez garnituru, z torbą na ramieniu. Usiadł naprzeciwko mnie i przez chwilę nie wiedzieliśmy, od czego zacząć. W końcu powiedział:

– Nie wiem, czy mi wybaczysz. Ale przynajmniej nie będę twoim szefem. Tylko człowiekiem, który od czegoś zaczął się uczyć.

Spojrzałam na niego, próbując rozpoznać, czy mówi to naprawdę. Nie było w nim tej pewności, którą nosił jak drugą skórę. Teraz był po prostu mężczyzną, który nie wiedział, czy mu się uda. I pierwszy raz od dawna nie czułam się w jego obecności oceniana.

– Zobaczymy – odpowiedziałam. – Wiem tylko, że pierwszy raz nie czuję się częścią czyjejś gry.

Nie mówiłam mu, że wciąż nie wiem, co dalej. Nie planowałam niczego na siłę. Nie obiecywałam sobie niczego. Ale to spotkanie było ważne. Inne niż wszystkie poprzednie. Bo nie było już między nami hierarchii. Nie było struktur. Tylko dwie osoby, które może wreszcie mogły się spotkać naprawdę.

Natalia, 33 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama