„Szef mówił mi, że nasz romans źle się skończy, ale nie słuchałam. Brnęłam w tę miłość jak w zaspy śniegu”
„Marek – mój szef – jest człowiekiem, którego boi się pół firmy. Chłodny, zdystansowany, zawsze w granatowym garniturze i z zegarkiem wartym więcej niż moja roczna pensja. Niewielu rozmawia z nim swobodnie. Ja też nie rozmawiam. Ale od kilku miesięcy coraz częściej zostajemy razem po godzinach”.

- Redakcja
Nie mam jeszcze trzydziestki i pracuję jako asystentka zarządu w jednej z największych firm technologicznych w kraju. Brzmi dumnie, prawda? Tak też się czuję, kiedy codziennie rano zakładam żakiet, spinam włosy i wchodzę do biura z miną, która mówi: „Wiem, po co tu jestem”. I naprawdę wiem. Znam swoją wartość. Niczego nie dostałam za darmo. Moje życie jest poukładane, wypolerowane jak biurowe szkło w gabinecie prezesa.
Mam wyćwiczoną uprzejmość, opanowaną mimikę i cierpliwość, której nauczyły mnie lata siedzenia w open space. Kiedyś myślałam, że sukces przyjdzie razem z miłością. Dziś wiem, że jedno niekoniecznie idzie w parze z drugim. Mam piękne CV, ale puste serce. Od lat nie byłam w związku. Kiedyś ktoś mnie zranił, a potem już po prostu... nie było nikogo, kto by mnie zatrzymał. Praca stała się moją bezpieczną przestrzenią. Tam miałam wpływ na wszystko: na kalendarz prezesa, na decyzje o spotkaniach, na priorytety dnia. Tam byłam ważna. I tylko tam.
Marek – mój szef – jest człowiekiem, którego boi się pół firmy. Chłodny, zdystansowany, zawsze w granatowym garniturze i z zegarkiem wartym więcej niż moja roczna pensja. Niewielu rozmawia z nim swobodnie. Ja też nie rozmawiam. Ale od kilku miesięcy coraz częściej zostajemy razem po godzinach. Ja udaję, że mam coś jeszcze do skończenia. On... nie wiem. Może też udaje. Cisza między nami jest jak napięta struna. Nie dotykamy jej, ale oboje słyszymy, jak drży. Marek nie mówi wiele, ale czasem rzuca mi spojrzenie, które sprawia, że serce bije mi mocniej. Nigdy nie próbował się do mnie zbliżyć. A jednak wiem, że coś się dzieje. Zmienia. Narasta. I ta cisza... Ta cisza mówi więcej niż tysiące słów.
Powiedział, że to się źle skończy
Zostaliśmy w biurze dłużej niż zwykle. Marek siedział przy swoim biurku, ja przy moim, każde wpatrzone w ekran, ale od dawna nic nie pisaliśmy. Usłyszałam, jak odsuwa krzesło. Wstał i przez chwilę stał przy oknie, potem odwrócił się w moją stronę.
– Wiem, że to się źle skończy – powiedział cicho, jakby nie chciał, żeby te słowa wybrzmiały zbyt mocno.
Spojrzałam na niego. Nie uśmiechnęłam się. Nie odwróciłam wzroku. Po prostu powiedziałam:
– Nie musi.
Zapanowała cisza, ale tym razem zupełnie inna niż zwykle. On podszedł bliżej, a ja nie zrobiłam nic, żeby go zatrzymać. Nie musiał mnie dotknąć, nie musiał mówić nic więcej. Wiedziałam, co się wydarzy. I wiedziałam, że nic już nie będzie takie samo. Zamknęłam komputer i zaczęłam zbierać swoje rzeczy. Ręce trochę mi drżały. Wiedziałam, że nie powinnam, że to nieprofesjonalne, niewłaściwe, niemądre. Ale nie umiałam się wycofać. Nie chciałam się wycofać. Wyszliśmy razem z budynku. On prowadził, ja szłam pół kroku za nim. Nie dotykaliśmy się, nie rozmawialiśmy. I dopiero w windzie, kiedy drzwi się zamknęły, spojrzeliśmy na siebie inaczej niż zwykle. Nie było żadnych słów, nie było żadnych deklaracji. Było tylko napięcie, które w końcu znalazło ujście.
Tamtej nocy nie wróciłam do swojego mieszkania. Leżąc później obok niego, nie zasnęłam od razu. Patrzyłam w sufit i myślałam, że przecież od dawna coś do niego czułam. Tylko tłumiłam to w sobie, bo tak było bezpieczniej. Teraz strach mieszał się z czymś, co nie dawało mi spokoju – z pragnieniem, które przestało być tylko wyobrażeniem. Nie wiedziałam, czy się z tego wycofam. Nie wiedziałam nawet, czy tego chcę.
Nie chodziliśmy do kina
Nasze spotkania nie miały ustalonego rytmu. Nie pisaliśmy do siebie, nie dzwoniliśmy, a jednak oboje wiedzieliśmy, kiedy trzeba zostać dłużej w biurze. Czasem jechaliśmy jego samochodem do hotelu. Czasem tylko siedzieliśmy razem w jego gabinecie, zamykając drzwi, by nikomu nie przyszło do głowy wchodzić. Były wieczory, kiedy całowaliśmy się pośpiesznie na parkingu, nie spuszczając wzroku z bramy wjazdowej. Inne, kiedy leżeliśmy w ciszy, słuchając własnego oddechu, jakby to miało być ostatnie, co można było powiedzieć. To nie były randki. Nie chodziliśmy do kina, nie zamawialiśmy wspólnie kolacji. Wszystko działo się między czwartą a ósmą wieczorem, czasem krócej, czasem dłużej. Ukradzione minuty – tak o tym myślałam. Nie chodziłam na niepewnych nogach, nie zamykałam się w toalecie, by poprawić makijaż. Ale w środku czułam napięcie, które nie chciało odejść.
W pracy byliśmy dla siebie zupełnie obcy. Tak przynajmniej miało to wyglądać. Ja unikałam jego spojrzenia, a kiedy nie dało się już dłużej grać roli, patrzyłam prosto przed siebie, udając, że nic mnie nie rusza. On był bardziej opanowany. Zawsze taki sam, zamknięty, chłodny. Tylko raz, kiedy podałam mu dokumenty, dotknął przez przypadek mojej dłoni i spojrzał na mnie z czymś, co wyglądało jak wyrzut. Wtedy zapytałam go, później, po pracy:
– Czy boisz się bardziej o mnie czy o siebie?
Nie odpowiedział od razu. Zaciągnął się papierosem, choć zwykle przy mnie nie palił. Patrzył przed siebie, jakby nie chciał zobaczyć mojej twarzy. A potem powiedział:
– Boję się, że przestaniemy się kontrolować.
To był jego sposób na przyznanie, że też się pogubił. W tamtym tygodniu przez chwilę pomyślałam, że to coś więcej niż namiętność. Nie potrafiłam już powiedzieć, kiedy dokładnie zaczęłam się w nim zakochiwać. Może wtedy, gdy pierwszy raz został dłużej i nie zapytał, po co tu jeszcze siedzę. Może wtedy, kiedy odsunął mi krzesło, jakbyśmy byli w restauracji, a nie przy stole konferencyjnym. Nie wiedziałam, czy on czuje to samo. Wiem tylko, że ja coraz rzadziej potrafiłam o nim nie myśleć.
Pojawił się donos i wzruszenie
Wszystko posypało się w środę. Najpierw dostałam maila z działu HR z prośbą o pilne stawienie się na spotkanie. Bez szczegółów, bez nazwisk, tylko suchy komunikat. Serce zaczęło mi bić mocniej, ale jeszcze łudziłam się, że może chodzi o coś innego. Może zmiana stanowiska, może audyt. W gabinecie czekały dwie osoby: kierowniczka działu kadr i ktoś z compliance. Dokument leżał na stole. Poinformowano mnie, że do firmy wpłynął anonimowy donos na temat mojego „nieetycznego zaangażowania emocjonalnego” z jednym z członków zarządu. Nie padło nazwisko Marka. Ale nie musiało. Wszyscy wiedzieli o kogo chodzi.
Pytali, czy to prawda. Czy łączy mnie prywatna relacja z przełożonym. Odpowiedziałam zgodnie z prawdą, że nie zamierzam komentować spraw osobistych. Spisali notatkę i podziękowali. Wyszłam stamtąd z pustką w głowie. Marek czekał na mnie na dziesiątym piętrze. Jakimś cudem dowiedział się o spotkaniu. Gdy tylko mnie zobaczył, od razu zapytał, czy wszystko w porządku. Powiedziałam tylko, że mieli pytania. Nic więcej. Zamknął drzwi swojego gabinetu i opadł ciężko na fotel.
– Jeśli cię zwolnią, ja też odchodzę – powiedział spokojnie, jakby to była zwykła decyzja.
– Nie chcę, żebyś coś dla mnie poświęcał – odpowiedziałam.
Nie chciałam, żeby to wyglądało na szantaż albo próbę wpływu. Nie chciałam też, żeby przeze mnie zrujnował swoją karierę.
– Już to zrobiłem – powiedział i spojrzał na mnie tak, jakby mówił: teraz to już nie ma znaczenia.
Po raz pierwszy od dawna poczułam coś więcej niż napięcie. Pojawiło się wzruszenie. Ale też niepokój. Może to wszystko wymknęło się spod kontroli. Może powinnam była to przerwać, zanim się zaczęło. Teraz było za późno. Nie wiedziałam, czy to, co Marek zrobił, było gestem miłości czy lojalności. Nie wiedziałam, czy umiem odróżnić jedno od drugiego.
Dla mnie coś się skończyło
Nie zwolnili mnie. Sprawa została zawieszona – brak dowodów, brak konkretów, brak jasnych oświadczeń. Ale od tamtej rozmowy wiedziałam, że coś się skończyło. Nie dało się już wrócić do wcześniejszego układu. Każde spojrzenie, każde wejście do gabinetu było teraz inne. Czułam się jak aktorka, która udaje, że wszystko jest w porządku, choć za kulisami wszystko się wali. Marek nie rozmawiał ze mną przez dwa dni. Nie pisał, nie dzwonił. Widziałam go na zebraniach – jak zwykle spokojny, pewny siebie, niezmiennie profesjonalny. Ale jego spojrzenie było nieobecne.
W piątek rano, kiedy przyszłam do pracy, sekretarka prezesa miała dziwną minę. Powiedziała, że Marek zostawił na biurku prezesa list i wyszedł z budynku przed dziewiątą. Bez słowa. Bez spotkania. Weszłam do jego gabinetu. Biurko było puste. Dokumenty zniknęły, laptop był wylogowany. Na fotelu wisiał garnitur, którego nigdy nie nosił na spotkania z zarządem. Nie zostawił mi nic. Nie zadzwonił. Zamknęłam się w toalecie i przez kilka minut po prostu siedziałam na zimnej posadzce. Bez łez. Bez ruchu. Pustka była zbyt ciężka, żeby ją wypłakać. Wieczorem Marek napisał wiadomość. Tylko adres i godzina. Nic więcej. Pojechałam. Drzwi otworzył sam. W jeansach, bez krawata, bez tej swojej maski.
– Dlaczego to zrobiłeś? – zapytałam, kiedy usiedliśmy naprzeciwko siebie w kuchni.
– Bo nie chciałem być człowiekiem, który cię zostawia – odpowiedział.
Nie miał planu. Nie miał nowej pracy. Powiedział, że zbyt długo milczał. Że myślał, że to tylko coś, co można zatrzymać w granicach biura. Ale kiedy usłyszał, że mogliby mnie zwolnić, poczuł coś, czego się po sobie nie spodziewał. Że mnie nie puści. Nawet jeśli to nie było rozsądne. Siedzieliśmy do późna. On mówił niewiele, ja prawie wcale. I choć było to najbardziej intymne spotkanie, jakie kiedykolwiek przeżyłam, coś we mnie już się nie odzywało.
Nie wiem, czy to była miłość
Nie wróciłam do niego następnego dnia. Ani tydzień później. Nie dlatego, że nie chciałam. Po prostu nie wiedziałam, kim teraz jestem. Praca była całym moim światem, a on był jej częścią. Kiedy zniknął, wszystko się zachwiało. Przychodziłam do biura, wykonywałam swoje obowiązki, rozmawiałam z ludźmi, ale czułam się jak obserwatorka własnego życia. W piątek napisał. Zapytał, czy mogę przyjechać. Pojechałam. Siedział na kanapie w szarym swetrze, wyglądał na zmęczonego. W mieszkaniu panował porządek, ale jakiś wymuszony, jakby próbował uporządkować przestrzeń, której nie rozumie.
– Czy teraz, kiedy nie jesteś już moim szefem… to coś znaczy? – zapytałam.
Spojrzał na mnie bez wahania.
– Teraz może wreszcie znaczy wszystko.
Nie potrafiłam sobie odpowiedzieć, czy to była miłość. A jeśli tak – czy to była ta, o którą się walczy. Wiedziałam tylko, że coś się skończyło i nie umiałam wrócić do tamtej siebie. Do tej, która siedziała w jego gabinecie i czekała na kolejne spotkanie po godzinach.
Karolina, 28 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Żona zdradziła mnie z moim bratem, a w sylwestra usiedliśmy przy 1 stole. Robiło mi się niedobrze na ich widok”
- „Mąż kazał mi się wynosić, gdy wyszło na jaw, co zrobiłam w sylwestra. To nie była tylko moja wina”
- „Mąż stale podbiera pieniądze z mojego portfela. Jeśli myślał, że całe życie będę go sponsorować, to się przeliczył"