„Szukam księcia z bajki, choć nie ma ideałów. Z takim podejściem już zawsze będę świętować Dzień Singla, a nie walentynki”
„Kiedy zgodziłam się na randkę, nie poczułam dreszczu, raczej obowiązek odhaczenia kolejnego punktu z listy >>normalnego życia<<. Byłam przekonana, że wiem dokładnie, kogo szukam. I że ta wiedza mnie chroni. Nie przypuszczałam, że to właśnie ona stanie się największą przeszkodą”.

- Redakcja
Sama mówiłam, że tak mi dobrze. Że cisza w mieszkaniu to wybór, a nie brak. Kiedy zgodziłam się na randkę, nie poczułam dreszczu, raczej obowiązek odhaczenia kolejnego punktu z listy „normalnego życia”. Byłam przekonana, że wiem dokładnie, kogo szukam. I że ta wiedza mnie chroni. Nie przypuszczałam, że to właśnie ona stanie się największą przeszkodą.
Nie chcę tracić czasu
Zgodziłam się na tę randkę w poniedziałek wieczorem, między jednym mailem a drugim. Miłosz napisał coś prostego, bez prób błyszczenia. „Może kawa w środę?”. Odpisałam po dziesięciu minutach, choć widziałam wiadomość od razu. „Możemy spróbować”. Już to słowo brzmiało jak umowa warunkowa. W środę od rana byłam spięta. Stałam przed szafą dłużej niż zwykle, choć przecież wiedziałam, co założę. Granatowa sukienka, bezpieczna, neutralna. Taka, która nie obiecuje za dużo. W lustrze widziałam kobietę przygotowaną nie do spotkania, tylko do oceny. Jego oceny? Nie. Mojej. W głowie układałam listę. Stabilny emocjonalnie. Samodzielny. Ambitny, ale nie zarozumiały. Uważny. Bez skłonności do chaosu. Bez dram z przeszłości. Każdy punkt był ważny. Zadzwoniła Iga.
– I jak? Gotowa? – zapytała z tym swoim tonem, który zawsze sugerował, że wie więcej.
– Normalnie. Kawa, rozmowa, zobaczymy – odpowiedziałam, zapinając kolczyk.
– Brzmisz, jakbyś szła na rozmowę kwalifikacyjną.
– Przesadzasz. Po prostu wiem, czego nie chcę.
– Natalia… – westchnęła. – A wiesz, kogo chcesz poznać? Czy tylko kogo odrzucić?
Nie odpowiedziałam od razu.
– Nie chcę tracić czasu – ucięłam w końcu.
– Czasem trzeba go trochę stracić, żeby coś zyskać – rzuciła. – Daj mu szansę być człowiekiem, a nie projektem.
Rozłączyłam się szybciej, niż planowałam. Poczułam irytację. Przecież to ja znałam siebie najlepiej. To ja byłam tą ostrożną, rozsądną. Tą, która już raz się pomyliła i więcej nie zamierzała. W drodze do kawiarni łapałam się na tym, że bardziej martwi mnie to, czy nie będę musiała nikogo tłumaczyć z braku chemii, niż to, czy w ogóle ją poczuję. Jakby rozczarowanie było wpisane w plan.
Usiadłam przy stoliku wcześniej. Lubiłam mieć przewagę kilku minut. Mogłam się rozejrzeć, uporządkować myśli, przygotować pytania. Egzaminacyjne pytania. Kiedy zobaczyłam Miłosza wchodzącego do środka, pierwsze, co pomyślałam, nie miało nic wspólnego z ciekawością. Raczej z cichym sprawdzaniem: czy pasuje. Czy spełnia. Czy nie zawiedzie. I już wtedy, jeszcze zanim zdążył do mnie podejść, byłam bardziej zamknięta, niż chciałam to przed sobą przyznać.
Nie robił wrażenia
Miłosz uśmiechnął się, kiedy mnie zobaczył. Naturalnie, bez tej nerwowej przesady, którą często brałam za sztuczność. Usiadł naprzeciwko, odstawił plecak pod krzesło.
– Cześć, Natalia. Dobrze cię w końcu zobaczyć – powiedział spokojnie.
„Spokojnie” zapisałam w myślach jako pierwszą obserwację. Nie plus, nie minus. Fakt.
– Cześć – odpowiedziałam, odwzajemniając uśmiech. Taki sam jak zawsze. Kontrolowany.
Zamówił kawę czarną. Bez dodatków. Znowu fakt. Brak ekstrawagancji. Brak sygnałów ostrzegawczych. I brak czegokolwiek, co wywołałoby we mnie impuls. Złapałam się na tym, że czekam. Na moment, w którym „coś kliknie”. Minuty mijały, a ja coraz wyraźniej słyszałam własne myśli. Mówił o pracy. O tym, że lubi poranki i ciszę. Słuchałam uważnie, kiwałam głową, zadawałam pytania. Z zewnątrz wyglądałam na zaangażowaną. W środku odhaczenia same się dopisywały. Nie był szczególnie błyskotliwy. Nie próbował mnie rozbawić. Nie robił wrażenia. I to właśnie zaczęło mnie niepokoić najbardziej.
– A ty? – zapytał w pewnym momencie. – Co cię teraz najbardziej zajmuje?
Mogłam powiedzieć prawdę. Że od dawna zajmuje mnie głównie to, jak niczego nie zepsuć. Zamiast tego opowiedziałam o pracy, o projektach, o planach. Bez luk. Bez wahania.
– Brzmisz, jakbyś miała wszystko poukładane – zauważył.
– Staram się – odparłam szybko.
Zawiesił na mnie wzrok na ułamek sekundy dłużej, jakby chciał coś dodać, ale się powstrzymał. I ja znów to zapisałam. „Nie drąży”. Kolejny minus? A może plus? Sama już nie wiedziałam. Zaczęłam zwracać uwagę na drobiazgi. Na to, że gestykuluje oszczędnie. Że nie wchodzi mi w słowo. Że słucha, zamiast przejmować rozmowę. Każda z tych cech, która kiedyś wydawałaby mi się wartościowa, teraz brzmiała zbyt cicho.
Czułam rozczarowanie, choć nie potrafiłam wskazać, czym dokładnie zostało spowodowane. Niczego mi nie obiecywał. Niczego nie zabierał. Po prostu był. A ja coraz wyraźniej oddalałam się, siedząc tuż naprzeciwko. Kiedy zapadła krótka cisza, nie poczułam potrzeby, by ją wypełnić. To był ten moment, w którym zrozumiałam, że nie czekam już na poznanie go. Czekałam na koniec.
Po prostu nie ma między nami chemii
Po tej ciszy rozmowa wróciła, ale już inna. Jakbyśmy oboje to poczuli, tylko każde z nas nazwało to inaczej. Miłosz mówił dalej, spokojnie, bez pośpiechu. O tym, że kilka lat temu zmienił pracę, bo przestał się w niej odnajdywać. O tym, że nauczył się nie ignorować sygnałów, które wcześniej zagłuszał.
– Kiedyś myślałem, że trzeba się spinać i udowadniać – powiedział, mieszając kawę. – Teraz wolę mieć mniej, ale za to żyć w zgodzie ze sobą.
Pokiwałam głową. Rozsądne. Dojrzałe. I zupełnie mnie to nie poruszyło. Zamiast ciekawości pojawiło się zniecierpliwienie. Zaczęłam porównywać go do obrazów, które nosiłam w głowie. Do mężczyzn, którzy mówili szybciej, głośniej, intensywniej. Miłosz był bezpieczny, ułożony, ale mało ekscytujący.
– A nie brakuje ci czasem… czegoś więcej? – zapytałam, zanim zdążyłam to przemyśleć.
– Więcej czego? – uniósł brwi.
– Emocji. Ryzyka. Tego, że coś może się nie udać.
Uśmiechnął się lekko.
– Właśnie dlatego wolę mniej – odpowiedział. – Bo wiem, ile mnie to kosztuje, kiedy coś się nie udaje.
To zdanie powinno mnie zatrzymać. Zamiast tego poczułam irytację. Jakby swoją spokojną odpowiedzią odebrał mi prawo do znudzenia się nim. Zaczęłam się wycofywać. Odpowiadałam krócej. Zadawałam pytania z grzeczności, nie z potrzeby. W głowie coraz głośniej brzmiało jedno: „Nie czuję tego”. I nagle pojawiła się myśl, która mnie zaniepokoiła. A co, jeśli problemem nie jest brak emocji, tylko mój opór przed nimi? Co, jeśli nauczyłam się mylić intensywność z bliskością? Odrzuciłam ją szybko. To nie był moment na takie rozważania. Łatwiej było uznać, że po prostu nie ma między nami chemii. Miłosz spojrzał na mnie uważnie.
– Mam wrażenie, że gdzieś odpłynęłaś – powiedział cicho.
– Nie, wszystko w porządku – skłamałam automatycznie.
I w tej jednej chwili zrozumiałam, że nawet jeśli on mógłby mnie poznać, ja nie zamierzałam się odsłaniać. Siedziałam naprzeciwko człowieka gotowego do rozmowy, a mimo to byłam sama.
Nie poczułam niczego szczególnego
Pożegnaliśmy się krótko, bez niezręczności, ale też bez obietnic. Miłosz zaproponował, że się odezwie. Skinęłam głową, jakby to była formalność, a nie możliwość. Kiedy zamknęły się za mną drzwi kawiarni, poczułam ulgę. I coś jeszcze. Niepokój, który pojawił się dopiero wtedy, gdy zostałam sama. W mieszkaniu było chłodno. Zrzuciłam płaszcz na krzesło, zapaliłam lampę w salonie. Cisza, którą zwykle nazywałam komfortem, tym razem była zbyt wyraźna. Usiadłam na kanapie i niemal natychmiast zaczęłam analizować. Każde zdanie. Każdy gest. Wszystko układało się w logiczny ciąg: nie pasujemy. Za mało iskrzy. Brak tego „czegoś”. Napisałam do Igi.
– Było ok, ale to chyba nie to.
Odpisała szybciej, niż się spodziewałam.
– „Ok” to u ciebie zazwyczaj wyrok.
– Po prostu nie poczułam niczego szczególnego.
– A w ogóle chciałaś go lepiej poznać, czy może z góry założyłaś, że nie ma po co? – zapytała.
Zamknęłam oczy. Złość pojawiła się natychmiast.
– Nie przesadzaj. Wiem, kiedy coś ma sens.
– Właśnie nie jestem pewna – odpisała. – Ty wszystko wiesz, zanim zdąży się wydarzyć.
Odłożyłam telefon, ale po chwili znów go wzięłam. Tym razem zadzwoniła Monika.
– I jak randka? – wyrzuciła z siebie bez wstępu.
– Normalna.
– To źle – stwierdziła. – Ty się boisz normalności.
– Słucham?
– Zawsze wybierasz bezpieczną pozycję obserwatorki. Jak coś nie porywa od razu, uznajesz, że nie warto. A może ty po prostu nie pozwalasz się porwać?
Poczułam, jak coś we mnie pęka. Chciałam zaprzeczyć, obronić się, wyliczyć argumenty. Zamiast tego zapadła cisza. Po raz pierwszy dopuściłam myśl, że moja lista nie była narzędziem wyboru, tylko tarczą. Dzięki niej nie musiałam ryzykować. Nie musiałam być widziana naprawdę. Odrzucałam ludzi, zanim zdążyli zobaczyć moje wahanie, mój strach, moją niepewność. Pomyślałam o Miłoszu. O jego spokojnym spojrzeniu. O tym, że niczego ode mnie nie żądał. I że właśnie to mogło mnie przerazić najbardziej.
Nie byłam już tą samą osobą
Zrozumienie nie przyszło nagle, jak olśnienie. Raczej sączyło się powoli, niewygodnie, nie dając zasnąć. Leżałam w łóżku, patrząc w sufit, i po raz pierwszy nie próbowałam zagłuszyć myśli argumentami. Lista, którą tak pieczołowicie budowałam przez lata, nagle wydała mi się podejrzanie szczelna. Idealna do tego, by nikt się przez nią nie przedostał.
Sięgnęłam po telefon kilka razy. Za każdym razem odkładałam go z powrotem. W końcu usiadłam i spojrzałam na ekran bez tej zwyczajowej chłodnej kalkulacji. Nie dlatego, że nagle poczułam euforię. Tylko dlatego, że poczułam stratę. Nie jego konkretnie, lecz tej wersji siebie, która nawet nie spróbowała być obecna. Napisałam krótką wiadomość. Bez strategii. „Jeśli masz ochotę, możemy się jeszcze spotkać. Tym razem postaram się być mniej gotowa, a bardziej ciekawa.”
Kiedy wysłałam, poczułam strach. Prawdziwy, niekontrolowany. Ale obok niego pojawiło się coś nowego – ulga. Niezależnie od tego, czy Miłosz odpisze, wiedziałam już jedno: nie mogę dłużej chować się za wymaganiami i udawać, że to dojrzałość. To był mur, który sama zbudowałam, a potem narzekałam, że jestem po niewłaściwej stronie.
Odpowiedź przyszła po kilkunastu minutach. „Chętnie. Doceniam szczerość.” Uśmiechnęłam się słabo. Nie dlatego, że wszystko nagle stało się jasne. Tylko dlatego, że po raz pierwszy od dawna zrobiłam coś bez gwarancji bezpieczeństwa. I to wystarczyło, żeby zamknąć ten etap. Nie byłam już tą samą osobą, która poszła na randkę z listą zamiast ciekawości.
Natalia, 32 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Przygotowałam mężowi wyjątkową kolację na walentynki. Razem z jego kochanką zaserwowałyśmy mu słodko-gorzką zemstę”
- „Narzeczony nie obchodzi walentynek, bo to marnowanie pieniędzy. Nie spodziewa się, co dla niego szykuję na 14 lutego”
- „Na walentynki dostałam od męża 4 róże. Cieszyłam się, bo nie wiedziałam, co to znaczy. Ale pech dał o sobie znać”