Reklama

Pierwszy raz byłam na świeckim pogrzebie. Nie było modlitw, nie było pieśni, nie było księdza. Cisza dźwięczała bardziej niż dzwony kościelne, a przemówienia zamiast kazań wydawały się obce, jakby ktoś pomylił ceremonię. Gdyby nie trumna i żałobnicy, mogłabym pomyśleć, że to nie pogrzeb.

Mój szwagier, zadeklarowany ateista, nie chciał Boga ani za życia, ani po śmierci. Tylko że nikt z nas nie przypuszczał, że jego ciało trafi do ziemi obok grobu mojego ojca i wykupionego miejsca mamy – ludzi głęboko wierzących, praktykujących, oddanych Kościołowi. A już najmniej spodziewaliśmy się, że sam ksiądz na to przystanie.

Bartek sam tak wybrał

Telefon zadzwonił o 6 rano. Spojrzałam na ekran – dzwoniła Elwira, moja siostra. Już samo to wydało mi się dziwne. Nie rozmawiałyśmy często, a jeśli już, to nigdy o takiej porze. Odebrałam, jeszcze nie do końca rozbudzona.

– Basia... on nie żyje – powiedziała cicho, prawie szeptem. – Bartek zmarł w nocy.

Usiadłam na łóżku, czując jak podłoga pod stopami robi się nagle zimna i twarda, jakby ktoś wyciągnął z niej życie razem z nim.

– Jak to? Przecież... wczoraj wrzucał jeszcze jakiegoś posta – wyjąkałam, próbując ogarnąć sens tych słów.

– No właśnie. Po meczu. Poszedł spać i już się nie obudził.

Nie umiałam nic powiedzieć. Milczałam, trzymając telefon przy uchu, choć już nie słyszałam, co Elwira mówiła dalej. Bartek był młodszy ode mnie o cztery lata. Zdrowy, wysportowany, zawsze z tym ironicznym uśmieszkiem, który potrafił doprowadzić mnie do szału. I nagle go nie ma?

Zaczęłam krzątać się po mieszkaniu bez sensu, odruchowo szykować kawę, jakby to miało mi pomóc zrozumieć, co się właśnie wydarzyło. Moje myśli błądziły między wspomnieniami, a tym, co należało teraz zrobić. Pogrzeb. Rodzina. Formalności.

Najgorsze miało jednak dopiero nadejść. Bo w tej rodzinie, gdzie Bóg był obecny w każdej niedzieli, modlitwie, znaku krzyża – śmierć bez księdza była jak wykluczenie. A Bartek sam to wybrał. I miał w tym być konsekwentny aż do końca.

To ostatnie miejsce, które przyszłoby mi do głowy

Kiedy przyjechaliśmy do Elwiry, atmosfera była gęsta jak dym kadzidła w kościele, którego Bartek tak nie znosił. Siedzieliśmy w milczeniu, popijając herbatę, każdy zatopiony we własnych myślach. Nikt nie płakał głośno. Elwira wyglądała, jakby nie spała od tygodnia, choć minęły dopiero dwie doby.

– On nie chciał księdza – powiedziała w końcu. – Wszystko zapisał. W testamencie.

Spojrzałam na nią uważnie. To nie był czas na osądy, ale wiedziałam, że reszta rodziny nie przyjmie tego spokojnie. Zwłaszcza mama. Nawet po śmierci ojca, który żył bardziej z obowiązku niż z wiary, mama zadbała, by ksiądz trzykrotnie pokropił trumnę i odprawił mszę z homilią o „człowieku, który może nie był idealny, ale zawsze miał otwarte serce na Boga”. Gdy usłyszy, że Bartek nie życzył sobie nawet krzyża na trumnie, a urna ma zostać pochowana bez jakiegokolwiek obrządku, to... nie chciałam nawet o tym myśleć.

– I co teraz? – spytałam cicho. – Gdzie go pochowasz?

– Na cmentarzu. W kwaterze rodziców. On nie miał nikogo bliższego.

Zaparło mi dech. Przez chwilę nie wiedziałam, czy dobrze słyszę. Nasza rodzina miała wykupioną kwaterę. Bartek miał spocząć z boku, ale to nadal była nasza ziemia – symboliczna i dosłowna. Teren poświęcony. Święty.

– Tam? Przecież... – urwałam. Nie chciałam brzmieć jak własna matka, ale czułam, jak coś mnie ściska w środku. – Ksiądz się zgodził?

Elwira kiwnęła głową.

– Jeszcze nie. Ale jutro idę z nim rozmawiać.

„Niech tak będzie”

Pojechałam z Elwirą na plebanię. Nie chciała iść sama, a ja – mimo własnych wątpliwości – uznałam, że to lepsze niż siedzenie w domu i słuchanie mamy, która powtarzała jak mantrę, że „pogrzeb bez księdza to nie pogrzeb, tylko wstyd”. Jej słowa rozbrzmiewały mi w głowie, gdy siedziałyśmy w ciasnym korytarzyku przed gabinetem proboszcza. Drewniana boazeria i obraz Jezusa Miłosiernego na ścianie przypominały mi dzieciństwo i nabożeństwa majowe, na które chodziliśmy całą rodziną. Bartek wtedy przewracał oczami i wymyślał wymówki.

Ksiądz przyjął nas chłodno. Znał Bartka. Pamiętał go jeszcze z bierzmowania – i dobrze pamiętał, że później więcej go w kościele nie widział.

– Pogrzeb świecki, mówicie... – powiedział z wyraźnym wahaniem. – A pochówek na naszym cmentarzu?

– Bartek miał grób wykupiony. Obok teściów. To była decyzja rodziny – odparła Elwira, zaskakująco spokojnym tonem. – On tylko nie chciał ceremonii religijnej.

Ksiądz westchnął. Przez chwilę patrzył przez okno, jakby szukał tam odpowiedzi, która nie chciała przyjść z nieba.

– Wiecie, że to wywoła burzę? Ludzie gadają. Zresztą... nawet niektórzy księża tego nie rozumieją.

Zapanowała cisza. Patrzyłam, jak Elwira nerwowo bawi się pierścionkiem na palcu. W końcu ksiądz wstał, podszedł do szafki, wyjął jakiś segregator, coś sprawdził.

Nie jestem od osądzania. Jeśli miejsce jest wykupione, a rodzina się zgadza... Niech tak będzie.

Elwira skinęła głową. A ja poczułam, że chociaż ksiądz pozwolił, to niebo nadal milczało.

Ateista obok ojca

Wieść o decyzji księdza rozeszła się po rodzinie szybciej niż zaproszenia na pogrzeb. Mama zareagowała przewidywalnie – z biadoleniem i łzami. Mówiła, że to profanacja, że to bezbożność, że „ten chłopak nawet się nie wyspowiadał”. Tato nie żył od pięciu lat, ale gdyby żył, byłby bardziej powściągliwy. Pewnie zamknąłby się w swoim warsztacie i udawał, że nic nie słyszy. Ale mama... ona musiała mówić za dwóch.

– I ty się na to godzisz?! – wrzeszczała do mnie w kuchni, trzaskając szklankami o blat. – Żeby ateista spoczął obok twojego ojca?! On się w grobie przewróci!

– Mamo, to był mąż Elwiry. Ona ma do tego prawo. A miejsce było jego.

– Miał wybór. Mógł chcieć księdza. Mógł się nawrócić.

– Ale nie chciał – odpowiedziałam cicho.

I właśnie to było najtrudniejsze. Bartek się nie bał śmierci. Nie szukał Boga nawet w chorobie, choć jego ojciec zmarł na raka i wielu ludzi wtedy wraca do wiary. On nie. Mówił, że nie potrzebuje opiekuna, tylko spokoju. I miał ten spokój teraz dostać – po swojemu.

Organizacja świeckiego pogrzebu nie była łatwa. Trzeba było znaleźć mistrza ceremonii, przygotować przemówienia, ustalić muzykę. Żadnych psalmów, tylko utwory, które Bartek lubił – jeden jazzowy, jeden rockowy. Elwira wybierała wszystko z troską, z jaką niektórzy dobierają słowa modlitwy.

Ja... milczałam. Bo czułam, że to, co się dzieje, wymyka się wszystkiemu, co dotąd znałam. Pogrzeb bez księdza. Ale z miłością.

Ostatnie pożegnanie bez modlitwy

Dzień pogrzebu był chłodny, choć świeciło słońce. Nikt nie miał odwagi założyć kolorów, ale i tak ten pochówek wyglądał inaczej. Nie było ministrantów, nie było dźwięku dzwonka ani krzyża niesionego przed trumną. Urna z prochami Bartka stała na prostym stoliku, ozdobiona bukietem białych róż. Obok stała Elwira, ubrana na czarno, z prostą, ale dumną postawą. W jej oczach nie było rozpaczy – raczej rodzaj ulgi, że spełniła jego ostatnią wolę.

Mistrz ceremonii mówił spokojnym głosem. Opowiadał o Bartku tak, jakby znał go od lat. Wspomniał jego pasję do muzyki, jego zamiłowanie do wspinaczek, jego humor i cięty język. I to, jak bardzo cenił wolność – także tę duchową.

Niektórzy z gości stali niezręcznie, jakby nie wiedzieli, co robić z rękami. Inni płakali. Ale nie z poczucia utraty wiary – tylko człowieka. Kiedy przyszła pora zejścia urny do grobu, Elwira skinęła głową, a grabarze wykonali swoją pracę w milczeniu. Nikt nie śpiewał „Wieczne odpoczywanie”, nikt nie szeptał pod nosem modlitw. Tylko ja, w duchu, powiedziałam jedno „Ojcze nasz” – nie dla niego, lecz dla siebie.

Urna spoczęła między dwoma nagrobkami – moich rodziców, bo mama miała już zaklepane miejsce. I chociaż mama się zarzekała, że nigdy tego nie zaakceptuje, to miejsce... wydawało się właściwe. Będzie blisko ludzi, których znał. Nawet jeśli nie dzielił ich wiary. Niebo nadal milczało. Ale ziemia przyjęła go spokojnie.

Teraz nic już nie ma znaczenia

Tydzień po pogrzebie wróciłam na cmentarz sama. Kupiłam świeczkę – zwykłą, białą, bez symboli – i położyłam ją na nagrobku Bartka. Z trudem odnalazłam właściwe słowa. Stałam chwilę w milczeniu, potem przeszłam do grobu taty. Mama miała już wyryte swoje imię obok ojca – miejsce czekało. I kiedyś, prędzej czy później, do nich dołączy.

Spojrzałam na kamienie – trzy nazwiska w jednej linii. Troje ludzi, tak różnych w wierze, ale teraz równie cicho śpiących. Zdałam sobie sprawę, że to, co najbardziej dzieliło nas za życia, po śmierci przestaje mieć znaczenie. Śmierć nie pyta o wyznanie, o wybory, o błędy. Po prostu przychodzi i zabiera. A potem zostaje pamięć.

Mama nadal nie odwiedziła grobu Bartka. Powiedziała, że nie może. Że to dla niej zbyt bolesne. Ale myślę, że kiedyś przyjdzie. Usiądzie między grobami, może zapłacze, może się pomodli. I może wtedy zrozumie, że jego decyzja nie była sprzeciwem wobec niej czy ojca, tylko formą szczerości wobec siebie.

Ja nie mam już wątpliwości. Choć wciąż trudno mi pogodzić świecki pogrzeb z tym, co wpajano mi od dziecka, wiem, że Bartek został pożegnany z miłością. A to chyba ważniejsze niż rytuał. Kamień między grobami nie oddziela – on łączy. Czasem tylko trzeba czasu, żeby to zauważyć.

Barbara, 42 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:

Reklama
Reklama
Reklama