Reklama

To miał być dzień, w którym jedynym grzechem jest nadmiar kalorii, a jedynym zmartwieniem plama z konfitury na białej bluzce. Kiedy kurier wniósł do biura to gigantyczne, pudrowo-różowe pudełko, poczułam się jak bohaterka komedii romantycznej. Wszystkie oczy były zwrócone na mnie. Czułam triumf, ekscytację i to przyjemne łaskotanie w brzuchu, które towarzyszy tajemnicy. Myślałam, że to początek pięknej miłości. Kilka godzin później, patrząc na resztki lukru, czułam już tylko mdłości i przerażenie, które nie miało nic wspólnego z przejedzeniem.

Moje policzki zapłonęły

Tłusty czwartek w naszej firmie to zawsze był stan wyjątkowy. Już od ósmej rano powietrze w open space gęstniało od zapachu smażonego ciasta, taniej kawy i zbiorowego przyzwolenia na obżarstwo. Pracuję w dziale marketingu, więc teoretycznie powinnam być odporna na chwyty reklamowe, ale kiedy widzę pączka z różą, mój profesjonalizm znika szybciej niż premia kwartalna. Tego dnia przyszłam do pracy z dziwnym nastawieniem.

Byłam singielką od ponad roku. Moje życie uczuciowe przypominało czerstwy chleb – suche, mało interesujące i z każdym dniem coraz trudniejsze do przełknięcia. Moja młodsza siostra, Kinga, właśnie planowała ślub, moja najlepsza przyjaciółka spodziewała się drugiego dziecka. A ja? Ja miałam kota, seriale i coraz większą kolekcję herbat ziołowych. Może dlatego tak bardzo pragnęłam, żeby wydarzyło się coś niezwykłego. Coś, co sprawi, że nie będę tylko „tą fajną Magdą z działu kreatywnego”, ale kobietą, o którą ktoś zabiega.

– Magda, zjesz jeszcze jednego? Zostały te z adwokatem – zapytała Anka, wychylając się zza swojego monitora. Miała usta umazane cukrem pudrem i wyglądała na najszczęśliwszą osobę na świecie.

– Nie, dzięki. Już po dwóch czuję, że moje tętnice błagają o litość – zaśmiałam się, choć w głębi duszy miałam ochotę na trzeciego.

Zajadałam stres. Projekt dla klienta z branży budowlanej szedł jak po grudzie, a szef od rana krążył nad nami jak sęp. I wtedy to się stało. Drzwi do biura otworzyły się z impetem, wpuszczając do środka zziębniętego kuriera z pudełkiem. Wielkie, eleganckie, przewiązane atłasową wstążką w kolorze głębokiej czerwieni. Nie wyglądało jak standardowe zamówienie z pobliskiej cukierni, które szef rzucał na stół w kuchni. To wyglądało jak prezent.

– Przesyłka dla Pani Magdaleny... – kurier zerknął na tablet – ...Magdaleny K.

W biurze zapadła cisza. Nawet Kaśka z księgowości, która zwykle nie odrywa wzroku od tabelek, zdjęła okulary.

– To ja – wstałam, czując, jak policzki momentalnie robią mi się gorące.

To były małe dzieła sztuki

Odebrałam paczkę drżącymi rękami. Była ciężka. Kurier mrugnął do mnie porozumiewawczo i zniknął, zostawiając mnie na środku biura z tym tajemniczym ładunkiem.

– Otwieraj! – pisnęła Anka, podbiegając do mnie. – Ale czad! Kto to przysłał?

– Nie mam pojęcia – szepnęłam szczerze.

Postawiłam pudełko na biurku. Wszyscy patrzyli. Czułam na sobie wzrok zazdrości (Kaśka), ciekawości (stażyści) i czegoś, co chciałam interpretować jako podziw (Marek z IT, do którego wzdychałam od trzech miesięcy). Rozwiązałam wstążkę. W środku znajdowało się sześć pączków. Ale nie byle jakich. To były małe dzieła sztuki. Jeden posypany płatkami jadalnego złota, inny z kandyzowaną skórką pomarańczy, kolejny oblany belgijską czekoladą. Wyglądały na obłędnie drogie. Z renomowanej cukierni na drugim końcu miasta, do której trzeba się zapisywać w kolejce dwa dni wcześniej.

W środku nie było bileciku. Żadnego „Kocham Cię”, żadnego „Smacznego”. Tylko mała, kremowa koperta wsunięta za wyściółkę pudełka. Wyjęłam ją, czując, jak serce wali mi jak młotem pneumatycznym. W środku, na sztywnym kartoniku, ktoś napisał piórem tylko jedno zdanie: „Słodkości dla kogoś, kto zasługuje na to, by każdy jego dzień był tłustym czwartkiem. Twój Cichy Wielbiciel”.

– O mój Boże! – krzyknęła Anka, zaglądając mi przez ramię. – „Twój Cichy Wielbiciel”? Magda, to jest jak z filmu! Kto to może być?!

Nie miałam pojęcia od kogo

No właśnie. Kto? Mój mózg zaczął pracować na najwyższych obrotach. Analizowałam każde spojrzenie, każdy uśmiech, każdą dwuznaczną sytuację z ostatnich tygodni. Pierwsza myśl: Marek z IT. Ten sam, który teraz zerkał na mnie znad monitora, uśmiechając się lekko. Od dawna mieliśmy się ku sobie, te wszystkie „przypadkowe” spotkania przy ekspresie do kawy, te długie wymiany maili na tematy wcale niezwiązane z awarią serwera. Czyżby w końcu się przełamał? Czyżby wybrał ten dzień, żeby zrobić pierwszy krok? To by do niego pasowało – jest trochę nieśmiały, więc anonimowy gest byłby w jego stylu.

Druga myśl: Filip, mój były. Rozstaliśmy się w zgodzie pół roku temu, ale ostatnio lajkował moje zdjęcia. Może zrozumiał, co stracił? Może to próba powrotu w wielkim stylu? Chociaż, znając skąpstwo Filipa, prędzej upiekłby mi pączki sam (i spalił je), niż wydał fortunę w ekskluzywnej cukierni. Trzecia myśl, bardziej niepokojąca: klient. Ten starszy pan z firmy deweloperskiej, który zawsze zbyt długo trzymał moją dłoń na powitanie i prawił komplementy, które balansowały na granicy dobrego smaku. Wzdrygnęłam się. Mam nadzieję, że to nie on.

– Stawiam na Marka – szepnęła mi do ucha Anka, biorąc gryza swojego zwykłego pączka z dyskontu. – Widziałaś, jak na ciebie patrzył, kiedy to odbierałaś? Jest zazdrosny, że to nie on, albo dumny, że to on.

– Myślisz? – zapytałam z nadzieją.

– Jestem pewna. Zjedz tego ze złotem. Wygląda jak milion dolarów.

Zjadłam. Smakował wybornie. Krem pistacjowy był idealnie gładki, ciasto puszyste jak chmurka. Czułam się wyjątkowo. Przez następne dwie godziny byłam królową biura. Dziewczyny przychodziły oglądać pączki, faceci rzucali głupie żarty, a ja siedziałam i promieniałam. Czułam, że wreszcie los się do mnie uśmiechnął. Że jestem zauważona. Że jestem pożądana.

Kinga wygrała los na loterii

Około czternastej zadzwoniła moja siostra, Kinga.

– Cześć, pączuszku! – zawołała w słuchawkę. – Ile już zjadłaś? Bo ja cztery i chyba pęknę w sukni ślubnej.

– Tylko dwa, ale za to jakie! – pochwaliłam się. – Słuchaj, nie uwierzysz. Dostałam przesyłkę. Anonimową. Pączki z tej rzemieślniczej cukierni na Mokotowie.

– Co ty gadasz?! – Kinga aż się zachłysnęła. – Od kogo?

– Nie wiem! Podpisane „Twój Cichy Wielbiciel”.

– O żesz ty! Ale czad! Magda, to musi być ten informatyk, o którym mi mówiłaś. Jak on ma na imię? Marek?

Też mam taką nadzieję – przyznałam, bawiąc się wstążką od pudełka. – Chociaż...

– Co chociaż? Nie doszukuj się dziury w całym. Ktoś cię adoruje, ciesz się tym! Zasługujesz na to. A przy okazji, widziałaś się może ostatnio z Pawłem?

Paweł. Narzeczony Kingi. Mój przyszły szwagier.

– Nie, a co? – zapytałam, marszcząc brwi.

– A, nic. Miał dzisiaj jakieś spotkania w centrum i myślałam, że może wpadł do ciebie na kawę, bo nie odbiera telefonu. Ostatnio jest jakiś taki... nieobecny. Stres przedślubny, tak myślę.

– Pewnie tak. Faceci tak mają. Nie martw się, na pewno zaraz oddzwoni.

Rozłączyłyśmy się. Przez chwilę słowa Kingi wisiały w powietrzu. Paweł był „nieobecny”. Cóż, przygotowania do ślubu potrafią wykończyć każdego. Paweł był idealnym kandydatem na męża – przystojny, zaradny, z własną firmą. Kinga wygrała los na loterii. Zawsze jej trochę zazdrościłam, ale w taki zdrowy, siostrzany sposób. Paweł zawsze był dla mnie miły, czasem może nawet zbyt szarmancki, ale zrzucałam to na karb jego wychowania.

Serce podeszło mi do gardła

Godzina 15:30. Zbliżał się koniec pracy. Pudełko było już puste – podzieliłam się z Anką i Markiem z IT (żeby sprawdzić jego reakcję). Marek zjadł pączka z malinami, podziękował grzecznie, ale w jego oczach nie widziałam tego błysku „autora niespodzianki”. Raczej lekkie rozczarowanie, że to nie on na to wpadł. Więc to nie Marek. Mój entuzjazm zaczął powoli opadać, ustępując miejsca niepokojowi. Jeśli nie Marek, to kto?

Wtedy mój telefon zawibrował. Powiadomienie. Wiadomość od osoby, z którą nie pisałam od miesięcy, a jeśli już, to w sprawach organizacyjnych dotyczących wesela. Paweł. Serce podeszło mi do gardła. Otworzyłam wiadomość: „Mam nadzieję, że pistacjowy smakował Ci najbardziej. Pamiętam, że pistacje uwielbiasz pasjami”. Zastygłam. Świat wokół mnie zwolnił. Dźwięki biura – stukot klawiatur, śmiech Kaśki, szum ekspresu – zlały się w jeden monotonny szum.

Pistacjowy. Ten, który zjadłam jako pierwszy. Spojrzałam na telefon, jakby był jadowitym wężem. Paweł? Narzeczony mojej siostry? Przyszły mąż Kingi, który za trzy miesiące ma jej przysięgać wierność przed ołtarzem? To musiał być żart. Głupi, niestosowny żart. Może Kinga mu powiedziała, a on chciał być miły? Odpisałam drżącymi palcami: „Haha, bardzo śmieszne Paweł. Kinga Ci powiedziała? Pączki były super, dzięki, jeśli to od Was”. Chciałam dać mu furtkę. Chciałam, żeby napisał: „Tak, chcieliśmy ci zrobić niespodziankę z Kingą!”. Błagałam w duchu, żeby tak odpisał. Trzy kropki falowały na ekranie przez nieskończoność. W końcu przyszła odpowiedź: Kinga o niczym nie wie. I nie musi wiedzieć. To było tylko dla Ciebie, Magda. Od dawna chciałem to zrobić. Jesteś dla mnie kimś więcej niż tylko przyszłą szwagierką”.

Lukier stał się gorzki

Poczułam, jak treść żołądka podchodzi mi do gardła. Słodki smak pączków, który jeszcze przed chwilą był wspomnieniem luksusu, teraz stał się obrzydliwy, mdły i duszący. Odłożyłam telefon na biurko, jakby parzył. To nie było „miłe”. To nie było „niewinne”. To była zdrada. Premedytacja. Paweł, ten idealny Paweł, wysłał mi pączki jako „Cichy Wielbiciel”. Ukrywał to przed moją siostrą. Nagle wszystkie te sytuacje z przeszłości zaczęły układać się w inną całość.

Wigilia dwa lata temu – jego ręka na moich plecach, nieco za nisko, kiedy pozowaliśmy do zdjęcia. Imieniny taty – jak nalewał mi wino i patrzył głęboko w oczy, ignorując Kingę siedzącą obok. Komplementy na temat mojej nowej fryzury, podczas gdy nie zauważył, że Kinga ścięła włosy o dziesięć centymetrów. Zawsze tłumaczyłam to sobie: „On taki jest, otwarty, wylewny”. Ale teraz? Teraz maska opadła. Siedziałam przy biurku, patrząc na puste pudełko z atłasową wstążką. Przed chwilą było trofeum. Teraz było dowodem przestępstwa. Dowodem na to, że facet, którego moja siostra kocha nad życie, jest... jest świnią. Anka podeszła do mnie, widząc moją bladą twarz.

– Magda? Wszystko okej? Wyglądasz, jakbyś zobaczyła ducha. To po tych pączkach? Mówiłam, że sześć to za dużo...

– To nie pączki – wydukałam, starając się nie rozpłakać. – Dowiedziałam się, kto je wysłał.

– No co ty?! Kto?! Marek?! – Anka aż podskoczyła z ekscytacji.

Spojrzałam na nią tępym wzrokiem. Nie mogłam jej powiedzieć. Nie mogłam powiedzieć nikomu. To byłby koniec świata. Koniec ślubu. Koniec przyjaźni z siostrą, bo przecież posłaniec złej nowiny zawsze obrywa najbardziej.

– Nie... To pomyłka. Ktoś pomylił adresy. To nie było do mnie – skłamałam gładko, choć w środku wyłam.

Nie wiedziałam, co robić

Wyszłam z biura wcześniej, tłumacząc się bólem brzucha. Co w sumie nie było kłamstwem. Wróciłam do domu, zamknęłam drzwi i usiadłam na podłodze w przedpokoju. Telefon wibrował. Kolejna wiadomość od Pawła. Nie odczytałam jej. Zablokowałam ekran. Patrzyłam w lustro i widziałam w nim kogoś innego. Już nie byłam tą wesołą dziewczyną, która cieszyła się z pączków. Byłam strażniczką brudnego sekretu. Co mam teraz zrobić?

Jeśli powiem Kindze, złamię jej serce. Ślub jest za trzy miesiące. Wszystko zapłacone, goście zaproszeni, ona jest taka szczęśliwa. Może mi nie uwierzyć. Może pomyśleć, że jestem zazdrosna, że próbuję jej to zepsuć. Paweł na pewno by się wyparł, powiedziałby, że źle zinterpretowałam jego gest, że to był żart, a ja jestem histeryczką. Jeśli nie powiem... pozwolę jej wyjść za człowieka, który w tłusty czwartek wysyła anonimowe prezenty i dwuznaczne wiadomości jej siostrze. Za człowieka, który planuje zdradę, zanim jeszcze założył obrączkę.

Poczucie winy zalewało mnie falami, choć przecież nic nie zrobiłam. To on wysłał pączki. To on napisał tę wiadomość. Ale to ja czułam się brudna. Przypomniałam sobie smak pistacjowego kremu. Był wyśmienity. Ale teraz, na samo wspomnienie, miałam ochotę zwymiotować. Tłusty czwartek miał być dniem słodkiej rozpusty. Dla mnie stał się dniem, w którym straciłam naiwność. Wieczorem zadzwoniła Kinga.

– I jak tam, tajemniczy wielbiciel się ujawnił? – zapytała wesoło.

Zacisnęłam dłoń na telefonie tak mocno, że aż zbielały mi kostki. Słyszałam w tle głos Pawła, który pytał ją, co oglądają. Brzmiał tak normalnie. Tak spokojnie. Jakby przed chwilą nie zrzucił bomby na moje życie.

– Nie – powiedziałam cicho, a mój głos zadrżał. – Okazało się, że to pomyłka kuriera. To było do innej Magdaleny z piętra wyżej.

– Ojej... Ale szkoda! Biedna ty. Ale przynajmniej pączki były dobre, co?

– Tak – odparłam, czując łzę spływającą po policzku. – Były bardzo słodkie. Za słodkie.

Rozłączyłam się.

Siedzę teraz w ciemnym pokoju. Na stole leży karta z numerem telefonu do terapeuty, którą dostałam kiedyś od znajomej. Chyba będę jej potrzebować. Paweł wysłał mi przed chwilą kolejną wiadomość: „Dlaczego milczysz? Nie udawaj, że Ci się to nie podoba. Wiem, że czujesz to napięcie między nami”. Nie odpiszę. Ale nie mogę też milczeć w nieskończoność. Kinga zasługuje na prawdę, nawet jeśli ta prawda ma ohydny smak. Jutro jadę do niej. Nie wiem, jak to zrobię, nie wiem, co powiem, ale wiem jedno: nigdy więcej nie spojrzę na pączka z pistacją bez obrzydzenia. Ten tłusty czwartek kosztował mnie więcej niż parę centymetrów w talii. Kosztował mnie spokój sumienia i – prawdopodobnie – relacje z całą rodziną. A to dopiero początek.

Magda, 29 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama