Reklama

Niektórzy mówią, że najpiękniejszy okres życia to przygotowania do ślubu. Dla mnie był to rollercoaster między ekstazą a... czymś, co trudno nazwać. Może lękiem? Może poczuciem, że wszystko jest zbyt idealne, żeby mogło się udać? Mój narzeczony był jak z katalogu. Cierpliwy, czuły, zorganizowany. Zawsze miał plan. Nawet na naszą przyszłość.

Reklama

– Za dwa lata dom pod miastem. Najpierw ty kończysz projekt w agencji, potem ja składam papiery na MBA – powtarzał mi Michał.

Wszystko miało swój rytm. Swój sens. Aż do tamtej jednej nocy. Półtora miesiąca przed ślubem. Wracałam wieczoru panieńskiego. Byłam zmęczona, a na dodatek pokłóciłam się ze świadkową. Zupełnie nie wiem, dlaczego zamiast do domu podjechałam do mieszkania Pawła. Tak, tego Pawła. Mojego byłego. Wszystko trwało może trzy godziny. Potem cisza. Brak kontaktu. I mnóstwo wstydu. A teraz… dwie kreski. Jedna różowa, druga bladoróżowa, ale wyraźna. Patrzyłam na test jak zahipnotyzowana.

– Oddychaj – mówiła Magda, moja przyjaciółka, gdy pół godziny później siedziałyśmy w jej kuchni. – Może to Michała?

– Może – przytaknęłam, próbując się nie rozpłakać. – Ale nie wiem. I to mnie przeraża.

– Powiesz mu?

– Nie wiem. Boję się, że jak powiem, wszystko się rozpadnie. A jak nie powiem… może się nigdy nie dowie. Może to jego dziecko. Może po prostu muszę... zapomnieć o tej nocy.

Magda spojrzała na mnie długo. Bez oceny. Ale też bez fałszywej otuchy. Milczałam. A w mojej głowie ten test z dwiema kreskami był jak bomba zegarowa. Odliczająca czas do wybuchu.

Kłamstwo zjadało mnie od środka

Zebrałam się w sobie trzy dni po teście. Paweł odpisał na mojego SMS-a lakonicznie:

„Możemy pogadać, ale tylko krótko”.

Spotkaliśmy się w tej samej kawiarni, do której kiedyś chodziliśmy, gdy jeszcze wierzyliśmy, że jesteśmy dla siebie stworzeni. Siedział już przy stoliku, z telefonem w dłoni, jakby chciał podkreślić, że ma ograniczony czas.

– Dzięki, że przyszedłeś – powiedziałam cicho.

– Spoko. O co chodzi?

Jestem w ciąży – wyrzuciłam z siebie jednym tchem. Patrzyłam mu prosto w oczy.

Zmarszczył brwi. Przechylił się lekko do przodu.

– Michała?

Zawahałam się, a to zawahanie wystarczyło. Już wiedział.

Nie wiesz, czyje? – spytał beznamiętnie.

Pokręciłam głową. Czułam, jak żołądek ściska mi się z nerwów.

– Paweł, to był jeden raz. Ja... byłam rozbita. To nie miało znaczenia. To był błąd.

– No to chyba nie ma o czym gadać – powiedział, wzruszając ramionami. – Ja nie chcę w tym uczestniczyć. Masz narzeczonego. Planujesz ślub. To twoje życie, nie moje.

– Ale jeśli to twoje dziecko... – zaczęłam, ale przerwał mi:

– Zrób test. Jeśli wyjdzie, że moje, to pogadamy. Do tego czasu nie rób ze mnie problemu, który już dawno powinien być zamknięty.

Wstał. Nawet nie spojrzał za siebie. A ja zostałam z niedopitą kawą i łomotem serca, który wbijał mnie w krzesło. Tamta noc... Wracała do mnie jak echo. Michał wtedy był na wyjeździe służbowym. Nie odbierał telefonu. A potem... potem zadzwoniłam do Pawła. Jak głupia. Jakbym chciała sama siebie ukarać. Wmawiałam sobie, że to nie byłam ja. Że tamta kobieta, która przyszła do niego w deszczu, z rozmazanym tuszem i winem w ręce – to był tylko cień. Ale przecież to byłam ja. Ja i moje wybory.

Gdy wróciłam do domu, nie mogłam usiedzieć bezczynnie. W głowie miałam mętlik.

Wszystko okej? – Michał wszedł do kuchni, gdzie bezmyślnie wycierałam już czysty blat. – Od dwóch dni jesteś nieobecna.

Podniosłam wzrok. Uśmiechnęłam się wymuszenie.

– Tak, tylko... za dużo myślę. Wiesz, ślub, goście, organizacja...

– Znam cię. Co się dzieje? – przerwał mi, stając naprzeciwko.

Zacisnęłam usta.

– Nic. Naprawdę. Po prostu stres.

Pocałował mnie w czoło i przytulił. A ja czułam, że z każdym dniem to kłamstwo zjada mnie od środka.

Musiałam wyznać prawdę

Nie spałam całą noc. Przewracałam się z boku na bok, patrzyłam w sufit, potem w okno, potem znów w sufit. Michał spał obok, z lekko rozchylonymi ustami, oddychając spokojnie, jakby nic się nie działo. A ja... ja się dusiłam. W końcu tuż przed świtem usiadłam na brzegu łóżka. Ręce mi drżały. Żołądek był jak ściśnięty węzeł.

– Obudź się – powiedziałam cicho.

Otworzył oczy, zdezorientowany. Usiadł, potarł twarz dłońmi.

Co się stało?

Spojrzałam na niego. Na człowieka, z którym miałam przetańczyć resztę życia. I który nie miał pojęcia, że ja już wszystko zrujnowałam.

– Jestem w ciąży – powiedziałam.

Uśmiechnął się sennie.

– Serio? To cudownie… – pochylił się, by mnie objąć, ale się cofnęłam.

Nie wiem, czy to twoje dziecko.

Zamilkł. Jakby ktoś wyłączył mu dźwięk. Jakby wszystko się zatrzymało.

– Co?

– To był jeden raz – wyszeptałam. – Głupi błąd. Nie chciałam, żeby tak wyszło.

Patrzył na mnie długo. Jakby próbował zrozumieć język, którego nie zna.

Z kim? – spytał w końcu, głosem bez emocji.

– Z Pawłem.

Zacisnął szczękę. Wstał z łóżka, przeszedł przez pokój w ciszy, po czym oparł się o ścianę i zasłonił twarz dłonią.

– Kiedy?

Półtora miesiąca temu.

Nie krzyczał. Ale jego głos... Ten spokojny, zraniony ton bolał bardziej niż jakikolwiek wrzask.

– Dlaczego?

– Nie wiem. Byłam wtedy rozbita emocjonalnie. Samotna. Wściekła. Głupia.

– Czyli zamiast do mnie, poszłaś do swojego eks.

– Przepraszam. Kocham cię. To nic nie znaczyło. To był impuls. Błąd.

Odwrócił się do mnie plecami.

Muszę to przemyśleć.

– Proszę, nie odchodź...

– Naprawdę myślałem, że cię znam – powiedział drżącym głosem.

Wyszedł. Bez słowa więcej. Zostawił mnie samą w sypialni, która jeszcze godzinę temu była naszym wspólnym światem. Siedziałam potem na podłodze. Ulgę, że nie muszę już kłamać, natychmiast zalała panika. Co, jeśli to wszystko się właśnie kończy? Co, jeśli zniszczyłam coś, co miało być najpiękniejsze? Ale przecież prawda… prawda miała nas uwolnić. Tylko czemu czuję się, jakbym właśnie siebie pogrzebała?

Michał nie odzywał się przez dwa dni. Nie spałam, nie jadłam, siedziałam jak na szpilkach. W końcu przyszedł. Twarz miał zmęczoną, ale spokojną.

Odwołałem ślub – powiedział, stojąc w progu. – Sala, catering, wszystko.

Zamarłam. Wiedziałam, że to możliwe, ale gdy usłyszałam te słowa, poczułam, jakby coś we mnie pękło.

– Nie potrafię zacząć życia z kimś, kto mnie okłamał – dodał cicho.

– To był błąd. Jeden. Nic dla mnie nie znaczył. Ty znaczysz wszystko.

– Ale już nie wierzę w to, co mówisz.

Usiadł naprzeciwko mnie.

– Może ci wybaczę – powiedział. – Ale nie teraz. I nie wiem, czy kiedykolwiek będę mógł ci znów zaufać.

Wstał. Spojrzał ostatni raz. I wyszedł.

Odkryłam w sobie siłę

Córkę urodziłam w chłodny poranek, pod koniec listopada. Trzymałam ją w ramionach i nie mogłam przestać płakać. Nie ze strachu, ale z tych wszystkich emocji, które w sobie tłumiłam. Michał przyszedł do szpitala dzień później. Stał przy łóżku, wpatrując się w córkę, jakby nie wierzył, że to prawda.

Zrobiłem test DNA – powiedział, siadając obok. – Jestem ojcem.

Spojrzałam na niego, próbując odczytać emocje z jego twarzy. Ale był spokojny. Chłodny.

– I co teraz?

Kocham ją – powiedział, nie patrząc na mnie. – Ale ciebie... już nie potrafię. Gdybyś mi nie powiedziała... może bym się nigdy nie dowiedział – rzucił.

– Ale żyłbyś w kłamstwie – odpowiedziałam.

– Może wtedy bym był szczęśliwy.

Tej przestrzeni między nami nie dało się już zapełnić.

Macierzyństwo w pojedynkę nie wygląda bajkowo. To nocne pobudki, zimna kawa, rozmowy z niemowlakiem. Ale siła, którą w sobie odkrywam. Michał przychodzi. Czasem raz w tygodniu, czasem rzadziej. Zawsze z prezentem, zawsze uśmiechnięty dla niej. Dla mnie – obcy.

– Może jeszcze wszystko się ułoży – rzuca Magda, przynosząc zupę i ciasto.

– Już niczego nie oczekuję – odpowiadam, głaszcząc córkę po głowie. – Po prostu… uczę się oddychać w nowym świecie.

Nie ma planu. Nie ma bajki. Ale jest prawda. I to na razie wystarcza.

Reklama

Anka, 28 lat

Reklama
Reklama
Reklama