„Tego Dnia Babci nigdy nie zapomnę. Gdy wnuk wykrzyczał mi w twarz to 1 zdanie, szczęka opadła mi do samej ziemi”
„I wtedy właśnie mój najstarszy wnuk spojrzał mi prosto w oczy i wykrzyczał coś, czego nie zapomnę do końca życia. A ja? Ja tylko siedziałam z rozdziawioną gębą i próbowałam pojąć, co się właśnie wydarzyło”.

- Redakcja
Nie jestem z tych babć, które pieką trzy blachy ciasta, nim kogut zapieje. Nie zakładam fartuszka w różyczki i nie siedzę w bujanym fotelu, dziergając skarpetki dla wnuków. Mam swoje lata, to fakt, ale i swoje zasady. Zresztą, jak się ma troje dzieci, siedmioro wnucząt i całe stado znajomych z osiedla, to człowiek nie ma czasu myśleć o głupotach. I może nie wszystko ogarniam, ale wiem jedno – rodzina to świętość.
W Dzień Babci siedziałam w salonie, z kubkiem w ręku. I wtedy właśnie, mój najstarszy wnuk, ten niby najrozsądniejszy, ten co zawsze mówił do mnie „babciu kochana”, spojrzał mi prosto w oczy i wykrzyczał coś, czego nie zapomnę do końca życia. A ja? Ja tylko siedziałam z rozdziawioną gębą i próbowałam pojąć, co się właśnie wydarzyło.
Łyżka wypadła mi z ręki
Od rana wszystko zapowiadało się normalnie. Wstałam wcześnie, bo jednak Dzień Babci to nie przelewki. Ugotowałam rosół – taki jak lubią. Zrobiłam sernik. Nawet sałatkę jarzynową machnęłam, chociaż warzyw kroić nie znoszę. I czekałam. Pierwszy zadzwonił najmłodszy – że nie da rady, bo korki. Mieszka pięć przystanków dalej, więc chyba te korki to na klatce schodowej. Potem córka, że praca, że mąż, że dzieci, że nie ogarnie. W końcu, po południu, zjawił się on – mój kochany wnuczek, ten najstarszy. Z bukietem tulipanów i torbą z cukierni.
– Babciu! – zawołał w progu. – Wszystkiego najlepszego!
– Ojej, ty mi zawsze humor ratujesz – odpowiedziałam, ściskając go jak pluszaka. – Wejdź, wejdź, bo zimno!
Usiedliśmy w kuchni, nalałam mu rosołu. Jadł z takim apetytem, jakby go na uczelni głodzili.
– Co tam u ciebie, opowiadaj – zagadnęłam, podsuwając mu dokładkę.
– A wiesz… różnie. Mam ci coś powiedzieć. Tylko się nie wkurzaj.
Zamrugałam.
– No mów, przecież mnie nic już nie zdziwi.
I wtedy on spojrzał mi w oczy i wypalił:
– Babciu, wszyscy w tej rodzinie to hipokryci.
Zamarłam. Nawet łyżka wypadła mi z ręki.
– Słucham?
– No, powiedziałem, co myślę – dodał, jakby rzucał pogodę na jutro.
Zatkało mnie
Nie wiedziałam, co powiedzieć. Gapiłam się na niego jak cielę na malowane wrota. Przez moment naprawdę myślałam, że to jakiś żart. Że może coś mu się pomyliło, że zaraz się roześmieje i powie „żartuję, babciu, wszystkiego najlepszego”. Nie żartował.
– Hipokryci? – powtórzyłam cicho, jakby samo to słowo parzyło mnie w język. – Wszyscy?
– Tak. Wszyscy udajecie. Mama, wujek, ciotka, dziadek – jak jeszcze żył – ty też.
– Przepraszam bardzo, ale chyba się zagalopowałeś – powiedziałam, prostując się na krześle. – A niby w czym jesteśmy tacy hipokryci?
– We wszystkim. W tej całej grze pod tytułem „kochająca rodzina”. Każdy gada, jak to się kochamy, wspieramy, a potem nikt nawet nie zadzwoni. Na święta jakieś sztuczne uśmiechy, prezenty na szybko z kiosku i do widzenia. Mama tylko jęczy, że nikt jej nie pomaga. Wujek z ciotką drą koty o spadek po dziadku. Ty siedzisz i udajesz, że wszystko gra, że jesteśmy cudowną rodziną z reklamy.
Zatkało mnie. Ręka mi zadrżała, aż kubek się przechylił i trochę herbaty chlusnęło na obrus.
– To, że czasem nie jest idealnie, nie znaczy, że nie jesteśmy rodziną – zaczęłam, próbując jakoś to obrócić w rozmowę.
– No właśnie! Wszyscy ciągle mówicie „rodzina to rodzina”. I co z tego, jak każdy gra do swojej bramki?
– A ty myślisz, że kiedyś było inaczej?
– A przynajmniej nikt wtedy nie udawał – odburknął.
Poczułam, że mam ochotę wstać i go zwyczajnie zdzielić ściereczką. Nie zrobiłam tego. Coś we mnie zadrgało.
Zrobiło mi się przykro
– Wiesz, może masz rację – powiedziałam cicho, zbierając herbatę z obrusu papierowym ręcznikiem. – Może nie wszystko jest takie różowe. Myślisz, że ja nie widzę, co się dzieje?
– To, czemu nic nie mówisz? – rzucił ostro. – Czemu zawsze udajesz, że wszystko jest super? Nawet jak wujek z ciotką się kłócą przy stole, to tylko mówisz „dajcie spokój, święta są”.
– Bo może wolę mieć tę iluzję niż pustkę – odpowiedziałam. – Jak się tyle lat żyło wśród ludzi, to człowiek zaczyna rozumieć, że nie wszystko trzeba roztrząsać. Czasem lepiej przemilczeć, żeby było cicho.
– No to gratuluję. Cisza jak w trumnie – mruknął i sięgnął po kawałek sernika.
Patrzyłam, jak je. I zrobiło mi się przykro.
– A ty co? Taki mądry się zrobiłeś nagle? Od kiedy to się rozdaje babciom kazania z morałem?
– Nie robię kazania. Po prostu... to wszystko mnie wkurza. Że muszę udawać, że jest okej. A nie jest. W domu mama wiecznie zestresowana, z tatą nie gadają. A ty tutaj z tą swoją sałatką jarzynową jakby miała załatwić wszystkie problemy świata.
– No przepraszam bardzo! – wybuchłam. – Sałatka może i nie rozwiązuje problemów, ale trochę szacunku by się przydało!
Spojrzał na mnie i… spuścił wzrok.
– Wiem, przepraszam. Nie powinienem tak krzyczeć. Po prostu... jest mi źle. Z tym wszystkim.
I wtedy zrozumiałam, że on nie przyszedł na sernik. Przyszedł, żeby ktoś wreszcie go wysłuchał.
Spojrzał na mnie
Usiadłam ciężej na krześle. W całym tym zamieszaniu zapomniałam, że on też ma serce. I że boli.
– To mów. Skoro już tu jesteś i wywaliłeś mi w twarz swoje żale, to teraz powiedz, co ci tak naprawdę siedzi na wątrobie – powiedziałam, podpierając się pod boki.
Westchnął, oparł łokcie o stół i przez chwilę wpatrywał się w blat.
– Mam dość. Wszystkiego. Mama mnie nie słucha, tylko gada z telefonem. Tata dzwoni raz w tygodniu, żeby zapytać, czy zdałem matmę. Macocha traktuje mnie jak lokatora. A ja... ja czuję się, jakbym domu był gościem. Nawet mój pokój ostatnio przerabiają na siłownię.
– Co takiego?! – otworzyłam szerzej oczy.
– No. Że niby „i tak zaraz pójdę na studia, to nie ma co trzymać pustego pokoju”. Mówię ci, babciu, czuję się jak mebel, który zaraz wywiozą na strych.
Zamarłam. W głowie już zaczęłam układać plan rozmowy z jego matką, a potem z tym draniem, który śmie się nazywać ojcem, a którego ostatni raz widziałam na pogrzebie szwagra.
– Słuchaj mnie teraz uważnie – powiedziałam, nachylając się do niego. – Tu masz zawsze miejsce. Pokój, łóżko, jedzenie i kogoś, kto nie zapomni, że jesteś kimś więcej niż numerem pesel.
Spojrzał na mnie. Oczy mu się zaszkliły, ale udał, że drapie się po nosie.
– Dzięki, babciu. Serio.
– Tylko następnym razem nie walnij mi tego między oczy przy rosole, dobrze?
Parsknął śmiechem.
– Postaram się.
Rzuciłam półżartem
Po tej całej burzy w kuchni zrobiło się… dziwnie cicho. Coś runęło, ale może dobrze. Może na tym da się coś nowego zbudować.
– Babciu, ty się nie gniewasz, co? – spytał po chwili. – Że tak wybuchłem.
– Gniewam się. I to bardzo – odparłam, zerkając na niego spod oka. – Ale nie na ciebie. Tylko na tych wszystkich dorosłych, co się dorobili dzieci, a potem nie potrafią ich słuchać.
Pokiwał głową, ale coś jeszcze go męczyło.
– Myślisz, że to się kiedyś zmieni? Że jeszcze będziemy normalną rodziną?
– Nie wiem, kochanie. Może. Albo i nie. Jednak ty możesz być inny. Jak już kiedyś będziesz miał swoje dzieci, nie powielaj tych błędów. Patrz im w oczy. Mów im prawdę. I nie każ udawać, że wszystko gra, jeśli nie gra.
– No tak... – mruknął. – Tylko ja to jeszcze nie wiem, czy chcę zakładać rodzinę. Jak mam taki wzór, to sorry.
– Wiesz co, a może ja się zapiszę na terapię rodzinną z wami wszystkimi? – rzuciłam półżartem. – Posadzę ich w kółeczku i każę słuchać. Na przykład mnie. I ciebie. Zrobimy z tego serial.
Zaśmiał się.
– To byłoby coś – powiedział. – „Babcia kontra reszta świata”.
– Albo „Babcia wyjaśnia rzeczywistość” – poprawiłam go z uśmiechem.
Zrobiłam mu herbaty z miodem. Już nie mówił dużo. Patrzył przez okno. Może wymyślał sobie życie na nowo. I może, tak sobie myślę, właśnie tego dnia się zaczęło.
Aż mnie ścisnęło w gardle
Wyszedł dopiero przed wieczorem. Dałam mu słoik ogórków i paczkę pierogów, bo babcia to jednak zawsze babcia – choćby nie wiem co. Na odchodne ucałował mnie w policzek, taki szybki buziak, bez ceregieli.
– Dzięki za wszystko. Naprawdę. Za sernik i za to, że... nie udajesz – powiedział, wkładając buty.
– No jasne. Z wiekiem człowiek traci zęby, słuch i cierpliwość do ściemy – rzuciłam, opierając się o framugę.
– A jeszcze jedno – dodał, zanim otworzył drzwi. – Dobrze, że cię mam, wiesz?
Tylko kiwnęłam głową, bo coś mnie ścisnęło w gardle. Stałam w przedpokoju jeszcze długo po tym, jak wyszedł. Potem usiadłam na kanapie i popatrzyłam na pusty talerz po serniku. Rozmowa, której wcale nie chciałam, okazała się ważniejsza niż wszystkie życzenia na świecie. Wieczorem zadzwoniła jego matka.
– Mamo, był u ciebie? Coś taki milczący wrócił...
– Był – odpowiedziałam chłodno. – I nie milczący, tylko zmęczony. Trochę za bardzo jak na swój wiek.
– Oj, znowu dramatyzujesz...
– A ty znowu nie słuchasz – przerwałam jej. – Pogadaj z synem. Chociaż go posłuchaj. To nic nie kosztuje, a może uratować więcej, niż myślisz.
Rozłączyłam się. Nie miałam już siły prowadzić dyskusji. Przebrałam się w szlafrok, zrobiłam sobie herbatę i zapisałam w kalendarzu jedno zdanie:
„Tego Dnia Babci nigdy nie zapomnę”.
I wcale nie przez kwiaty czy życzenia Przez jedno zdanie, które mój wnuk wypowiedział mi prosto w twarz. Bo czasem tylko wtedy można się naprawdę usłyszeć.
Halina, 71 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „W Tatrach odnalazłam dawną miłość. Nie sądziłam, że spotkanie po latach rozgrzeje mnie bardziej niż herbata z imbirem”
- „Cały Dzień Babci czekałam na wizytę wnuczki, a dostałam tylko krótki telefon. Nawet nie wie, co dla niej przeszłam”
- „Wnuki pamiętają o mnie na Dzień Babci, a później milczą przez 12 miesięcy. Nauczka czeka na nich w testamencie”