Reklama

Szykowała się impreza

Naprawdę nie wiedziałem, dlaczego mam się wynosić na noc z własnego domu. Tylko dlatego, że nasz syn, Maciek, wyprawia osiemnastkę?

Reklama

– Możemy przecież pójść do kina, a potem wrócić – upierałem się rozmawiając z żoną. – Chyba im nie będzie przeszkadzało, że położę się spać we własnym łóżku?!

Ale Ewa stanęła po stronie młodych i zostałem przegłosowany przez nią i przez Maćka.

– Oj tato, osiemnastka jest przecież tylko raz w życiu! Nie rób mi obciachu! – usłyszałem, po czym syn dodał, że jeśli koniecznie chcę zostać w domu, to mogę dla niego wynająć… restaurację.

– Już parę osób z mojej klasy robiło imprezę w knajpie – dodał.

– A ja tam na loterii nie wygrałem, żeby mnie było stać na takie ekscesy! – pogoniłem go i już pokornie zgodziłem się na plan, który ustaliła żona.

– Dostałam klucze do domku na działce od mojej koleżanki z pracy. Pamiętasz, byliśmy tam z rok temu… – przypomniała mi.

Coś mi tam majaczyło w głowie, więc uznałem, że nie będzie tak źle.

Myślałem, że to będzie spokojna noc

Domek, jak domek… Okazał się niewielką altanką położoną w zadbanym ogródku na działkach za miastem. Dojechaliśmy bezpiecznie, a na miejscu obejrzałem sobie kanapę, na której mieliśmy spać. „Na jedną noc ujdzie” – oceniłem. Telewizora nawet nie włączałem, bo Ewa mnie uprzedziła, że są tylko dwa kanały. A na nich pewnie żadnego sportu, czyli zwyczajna nuda. Wolałem sobie poczytać gazetę, a Ewa wzięła jakiś romans.

Czas płynął nam leniwie, żona tylko kręciła się niespokojnie, rzucając od czasu do czasu uwagi, iż ma nadzieję, że w domu wszystko jest w porządku.

– Obiecali nawet, że po sobie posprzątają – powiedziała.

– No to po co się martwisz? Skoro tak powiedzieli, to na pewno tak zrobią – pocieszyłem ją i zapytałem, czy już możemy zgasić światło, bo jest lekko po północy.

Jak to nie na swoim miejscu bywa, początkowo nie mogłem zasnąć i przewracałem się z boku na bok. Ale potem nagle sen mnie zmorzył.

Kiedy się obudziłem, pomyślałem, że już chyba świta, bo w domku zrobiło się jakoś dziwnie jasno. Tylko że nie pasowała mi ta intensywnie pomarańczowa łuna, właściwa raczej zachodom słońca. Przez moment leżałem spokojnie w łóżku, patrząc w okno na dziwnie tańczące za nim cienie, aż nagle zerwałem się na równe nogi i jak nie wrzasnę do żony:

– Pali się!!

Rzuciłem się do okna, za którym nadal była noc, tyle tylko, że rozświetlana przez strzelające w górę płomienie. W pierwszej chwili miałem jeszcze nadzieję, że to jakiś idiota robi imprezę i piecze kiełbaski, a ognisko tylko lekko wymknęło mu się spod kontroli.

Wyglądało to przerażająco

Ale nie! To płonął domek dwie działki dalej od naszej.

– Matko święta! – Ewa stanęła obok mnie przerażona.

Ja także byłem sparaliżowany strachem, ale zaraz podjąłem decyzję.

– Ty dzwoń po straż, a ja lecę zobaczyć to z bliska! Trzeba coś zrobić, aby ogień się nie rozprzestrzenił!

– Nigdzie nie pójdziesz! Zostań! – krzyknęła histerycznie żona.

– Kochanie, muszę! W przeciwnym razie być może my także spłoniemy! – uświadomiłem jej i nie wdając się w dalsze dyskusje, wskoczyłem w buty i tak jak stałem, w podkoszulku i gaciach, pognałem ku pożarowi.

Widok był przerażający! Nigdy do tej pory nie widziałem prawdziwego pożaru i dopiero wtedy zrozumiałem, co to znaczy, gdy strażacy twierdzą, że ogień jest „żywy”. Te płomienie faktycznie zdawały się żyć własnym życiem, wijąc się i sycząc, to przygasając lekko, to znowu strzelając wysoko. A w dodatku wydawało się, jakby do mnie mówiły!

Odniosłem nawet wrażenie, że krzyczą… Wołają… Pomocy?? Tak! Wyraźnie usłyszałem, że ktoś woła o pomoc. „Ktoś tam w środku musi być!” – przebiegło mi przez myśl. A jeśli tak, to… za chwilę spłonie razem z domkiem! Podszedłem bliżej i zobaczyłem majaczące w otwartym oknie dwie przerażone twarzyczki. To były jeszcze dzieci! Nie mogły stamtąd się wydostać, bo okno było zakratowane. Widać sąsiedzi koleżanki Ewy, mieli już dosyć wiecznych włamań i postanowili się zabezpieczyć. Teraz więc ich domek stał się śmiertelną pułapką dla dwójki chłopców.

Musiałem pomóc tym dzieciom

Nie zastanawiałem się wtedy, co oni tam robili. Chciałem im tylko natychmiast pomóc! Rozejrzałem się za czymś, czym mógłbym wyważyć drzwi, ale niczego takiego nie zobaczyłem. „Z kopa je!” – pomyślałem więc w desperacji i ruszyłem! Raz, drugi, trzeci kopnąłem w drzwi, aż w końcu zawiasy puściły.

– Tędy! Do wyjścia! – krzyknąłem do chłopców, ale mnie chyba nie usłyszeli.

Zarzuciłem więc sobie podkoszulek na głowę i ruszyłem do środka. Nie płomienie jednak zaatakowały mnie w domku, ale gryzący dym, który nie pozwalał oddychać! Mimo to udało mi się dotrzeć do chłopców i pociągnąłem ich do wyjścia. Poszli za mną posłusznie i dziękowałem potem Bogu, że tak się stało, bo gdyby się opierali, to by niechybnie zginęli.

Wypadliśmy z domku na trawnik w ostatniej chwili. Płomienie bowiem strzeliły jeszcze wyżej, a potem z jakimś przedziwnym jękiem zawalił się dach i zaraz potem cały domek złożył się do środka, jakby zrobiony był z kart. Patrzyłem przerażony na to widowisko i na dwóch chłopców leżących bez czucia na trawie. Tak na moje oko, nie mieli więcej niż po czternaście lat. Co robili w nocy samotnie na działce?

Na szczęście żona przytomnie wezwała straż. Kiedy dojechali, mieli już tylko do dogaszenia zgliszcza, które zostały po piętrowej altance. Więcej zachodu wymagali chłopcy niż ta ruina… Mieli nadpalone ubrania i osmolone twarze, przerażone oczy. Za strażą pojawiła się karetka, która zabrała ich do szpitala. A potem przyjechała policja.

– Co tutaj właściwie się stało? – zaczęli mnie wypytywać.

– Sam bym chciał wiedzieć – odparłem.

Zapamiętają tę noc na długo

Dowiedziałem się tego nazajutrz, gdy składałem zeznania na komendzie. Otóż okazało się, że pożar był wynikiem spięcia w instalacji elektrycznej. A ci chłopcy… no cóż. Uciekli z domu. Tłumaczyli, że chcieli przeżyć przygodę. Ich rodzice myśleli, że jeden poszedł na noc do drugiego, a tymczasem oni zaszyli się w domku jakiejś cioci, do którego zabrali jej klucze. Siedzieli tam, wygłupiali się i pili piwo. A potem zmorzył ich sen.

– Kiedy się obudziliśmy, wszędzie było jasno i gorąco – powiedzieli.

Oczywiście, widząc szalejący ogień, wpadli w panikę i nie poradzili sobie z odsunięciem zasuwki blokującej drzwi. Chcieli więc zwiać przez okno, ale tam natrafili na kraty… Nie wiem, jak długo przebywali w płonącym domku, ale wystarczająco, aby mieć poparzone górne drogi oddechowe, twarze i całe ciało. Trafili na intensywną terapię, a kiedy poszedłem ich odwiedzić, lekarz powiedział mi, że mieli dużo szczęścia.

– Tylko dlatego, że otworzyli to okno, nie zatruli się czadem – usłyszałem.

Reklama

Na szczęście wszystko skończyło się dobrze. Ale ja tej nocy nigdy nie zapomnę. Do końca życia będą mi się chyba śniły te przerażone twarzyczki w oknie. I teraz dziękuję Bogu, że tam pojechałem, na tę działkę znajomej. Bo co by się stało, gdybym się jednak uparł i został w domu?

Reklama
Reklama
Reklama