„Teść pogardził niedzielnym obiadem, bo wolał gapić się w pudło. Wielki pan dyrektor ostatni raz tak mnie potraktował”
„Zaczęliśmy jeść w milczeniu. Słychać było tylko szczęk widelców i moje niezadowolone westchnienia. Wiedziałam już, że ten wieczór będzie jednym wielkim pasmem udawania, że wszystko jest w porządku”.

- Redakcja
Od czasu do czasu lubiłam ugościć rodzinę przy stole. Kiedyś sprawiało mi to nawet przyjemność, dopóki nie przekonałam się na własnej skórze, jak to jest czekać z obiadem na gościa, który najwidoczniej myśli, że cały świat powinien dostosować się do jego kaprysów. Zawsze starałam się wszystko zorganizować tak, żeby nikt nie wyszedł od nas głodny, a cała impreza przebiegała sprawnie. Jednak tamtego dnia po raz pierwszy poczułam, że nawet najlepsza organizacja nie pomoże, gdy za przeciwnika ma się upór i złośliwość. Czekałam, pilnowałam, żeby ziemniaki nie wystygły, sos się nie zważył, a mięso nie zamieniło się w podeszwę. Czekałam... i powoli gotowałam się w sobie. Czułam, jak napięcie rośnie, a wraz z nim moja niechęć do tego rodzinnego cyrku. Kiedy wreszcie teść przekroczył próg, wiedziałam już, że to nie będzie zwykły rodzinny obiad, tylko prawdziwy spektakl nerwów, w którym ja znowu gram rolę tej, która ma się uśmiechać i udawać, że nic się nie stało.
Czułam, że zaraz eksploduję
Zegar w kuchni wybił szesnastą i chyba tylko ja usłyszałam ten dźwięk. Wszystko było gotowe – stół nakryty jak na święta, kompot nalany do szklanek, mięso pachnące z piekarnika, a ziemniaki czekały, aż wreszcie ktoś łaskawie zechce usiąść i zacząć jeść. Mój mąż, jak zwykle, próbował rozładować napięcie dowcipami, ale mnie już nie bawiły.
– Może coś się stało? – zapytał, zerkając na telefon, który, rzecz jasna, milczał jak zaklęty.
– Tak, może, ale raczej nie jemu – mruknęłam, przekładając łyżką surówkę z jednej miski do drugiej. – On po prostu nie szanuje naszego czasu.
– Oj, nie przesadzaj, pewnie utknął w korku.
– Zawsze się spóźnia. Tylko do lekarza potrafi być na czas.
Dzieci kręciły się pod stołem, co chwila podpytywały, kiedy będzie można zacząć jeść.
– Mamo, jestem głodna – jęknęła młodsza córka.
– Jeszcze chwila, kochanie, zaraz przyjdzie dziadek – powiedziałam przez zaciśnięte zęby.
Mój mąż wzruszył ramionami i zajął się czytaniem wiadomości na telefonie. Patrzyłam na stół i czułam, jak powoli ulatuje ze mnie cała chęć do świętowania.
– Może mu się coś stało – powtórzył mąż.
– Stało? Jemu się nic nie stało, poza tym, że jak zwykle postanowił pokazać, kto tu rządzi – odparłam, czując, że zaraz eksploduję.
– Może zadzwoń do niego? – zasugerował nieśmiało.
– Nie będę dzwonić. Jeszcze tego brakowało, żebym musiała go błagać, żeby przyszedł na obiad.
Nie byłam do tego przekonana
Coraz częściej zerkałam na zegar, jakby to miało cokolwiek wyjaśnić. Kompot wystygł, a mięso powoli zaczęło tracić swoją wilgotność. Dzieci znów zaczęły marudzić, podchodząc do stołu.
– Może zjedzmy bez dziadka? On przecież zawsze się spóźnia – stwierdziła starsza córka, patrząc na mnie z nadzieją.
– Nie wypada, kochanie. Poczekajmy jeszcze pięć minut – odpowiedziałam, choć sama nie byłam do tego przekonana.
Mąż podniósł się z kanapy i westchnął.
– Słuchaj, ja bym już jadł. Dzieci głodne, ty cała w nerwach... Po co się tak spinać?
– Po to, żeby uszanować jego czas, choć on naszego nie szanuje? Przez cały dzień chodzę jak głupia, pilnuję, żeby wszystko było gotowe na czas, a on nie kwapi się nawet zadzwonić, że się spóźni! – powiedziałam, starając się utrzymać głos na stałym poziomie.
– Nie bierz tego tak do siebie – próbował mnie uciszyć. – On już taki jest, wiesz przecież. Zawsze wszyscy czekają na niego.
– No właśnie! I wszyscy na to pozwalają! – rzuciłam, otwierając szeroko okno, bo w kuchni zaczęło robić się duszno. – Chciałam, żeby było miło, żeby dzieci miały frajdę, a wyszło jak zawsze.
– Może go nie zapraszaj następnym razem? – usłyszałam zza pleców.
– Tak, jasne. Potem pół rodziny będzie miało pretensje, że „unika się starszych”.
W tym momencie zadzwonił dzwonek do drzwi. Spojrzałam na zegar – dziewiętnasta dziesięć. Czułam, jak we mnie wrze.
– No, wreszcie! – rzuciłam przez zęby, idąc otworzyć drzwi.
Gotowałam się ze złości
Otworzyłam drzwi z wymuszonym uśmiechem, chociaż w środku kipiałam.
– O, cześć! – powiedział teść z taką miną, jakby nic się nie stało, jakby pojawił się dokładnie o umówionej godzinie. – Przepraszam, zasiedziałem się, dzisiaj puszczali w telewizji same ciekawe rzeczy.
– No tak, wiadomości przecież ważniejsze niż rodzina – wymamrotałam pod nosem, ale tak, żeby jednak usłyszał.
– A tam, nie przesadzaj. Jak leci? Co tam u was? – zrzucił kurtkę na wieszak i wszedł do salonu, rozglądając się, jakby spodziewał się fanfar na powitanie.
Dzieci rzuciły się na niego, ale nawet one miały już miny pełne rozczarowania.
– Dziadku, czemu tak późno? – zapytała młodsza, przytulając się nieco mniej entuzjastycznie niż zwykle.
– Oj, kochanie, czasem tak bywa, człowiek się zagapi. Dla was zawsze mam czas – powiedział, klepiąc ją po głowie i nawet nie patrząc na mnie.
– No to może przejdziemy do stołu? – zaproponował mój mąż, wyraźnie próbując ratować sytuację.
Usiedliśmy, ja przyniosłam mięso, które teraz wyglądało jak podeszwa i postawiłam je na środku stołu.
– O, już wszystko gotowe? – zapytał teść z rozbrajającą szczerością.
– Od czterech godzin, ale co tam – odpowiedziałam, starając się utrzymać ton obojętny, choć w środku gotowałam się ze złości.
– No to na zdrowie, smacznego – rzucił beztrosko, jakby nic się nie wydarzyło.
Zaczęliśmy jeść w milczeniu. Słychać było tylko szczęk widelców i moje niezadowolone westchnienia. Wiedziałam już, że ten wieczór będzie jednym wielkim pasmem udawania, że wszystko jest w porządku.
Nie kryłam rozczarowania
Dzieci zjadły kilka kęsów i wymknęły się do swojego pokoju. Mąż próbował coś zagaić, ale każde zdanie urywało się w połowie. Atmosfera była zbyt gęsta, żeby dało się przez nią przebić.
– I co tam u was? – zapytał teść, zagryzając suchym ziemniakiem jeszcze bardziej suche mięso.
– Jak widać, normalnie – odpowiedziałam, nie odrywając wzroku od talerza.
– E tam, coś taka naburmuszona? – próbował się uśmiechnąć. – Przecież to tylko obiad. Było poczekać z gotowaniem, aż przyjdę.
– Jasne, najlepiej gotować na telefon. Zadzwoń, to wyjmę schab z pieca – odparłam z ironią.
Mąż spojrzał na mnie ostrzegawczo, ale nie miałam już siły udawać dobrej gospodyni.
– No co, nie bądź taka drażliwa – dodał teść, nie zwracając uwagi na napięcie. – Człowiek żyje raz, po co się tak spinać. I tak kiedyś wszyscy będziemy leżeć pod ziemią, a nie przy stole.
– Miło, że masz czas nam to przypomnieć, bo jak widać, na co dzień raczej się nie przemęczasz obecnością rodziny – syknęłam przez zęby.
– Dobrze, już dobrze, nie musisz być taka złośliwa. Przecież jestem, siedzę, jem, to się cieszcie – odpowiedział urażony.
– Tak, jasne, powinniśmy być wdzięczni, że raczysz nas swoją obecnością po całym dniu oglądania telewizji.
Przez chwilę panowała cisza, którą przerwał mój mąż:
– Może porozmawiamy o czymś innym? Dzieci się cieszą, że dziadek przyszedł. Nie psujmy sobie wieczoru.
– Dzieci już dawno przestały się cieszyć, bo czekały głodne przez trzy godziny. Następnym razem zjemy sami – rzuciłam, nie kryjąc rozczarowania.
Widziałam, jak teść wzrusza ramionami i sięga po kolejną porcję. Było mi już wszystko jedno.
Gryzłam się w język
Po obiedzie nikt nie miał ochoty na deser, choć zwykle domowy sernik znikał w kilka minut. Zamiast tego w salonie zapanowała napięta cisza, przerywana tylko odgłosami talerzy zanoszonych do kuchni. Mąż włączył telewizor, teść rozsiadł się wygodnie w fotelu jak król na tronie, a ja czułam, jak krew buzuje mi w żyłach. Próbowałam zebrać się na odwagę, żeby powiedzieć wprost, co myślę, ale wciąż gryzłam się w język.
– A co z tym ciastem? – zapytał w końcu teść, jakby to była najważniejsza sprawa wieczoru.
– Możesz sobie wziąć na wynos – odparłam, wyjmując sernik z lodówki i stawiając go na stole bez zbędnych ceregieli.
– Oho, widzę, że się obraziłaś – zauważył z lekkim rozbawieniem. – Nie przesadzaj, przecież cię nie ugryzłem.
– Gdybyś tylko na tym poprzestał… – rzuciłam półgłosem, nie patrząc mu w oczy.
– Naprawdę nie ma się o co spinać. Następnym razem dam ci znać, kiedy wyjdę z domu – dodał z łaskawą łaskawością.
– Następnym razem możesz w ogóle nie przychodzić – odpowiedziałam ostrzej, niż zamierzałam.
Mąż odchrząknął, próbując załagodzić sytuację:
– Dobra, skończmy już tę rozmowę. Wszyscy jesteśmy zmęczeni.
– O tak, niektórzy bardziej niż inni – podsumowałam z przekąsem.
Teść zjadł kawałek sernika i wstał, otrzepując ręce.
– No, to ja już będę leciał. Dzięki za obiad, chociaż trochę szkoda, że tak się to skończyło – rzucił, udając lekko urażonego.
– Szkoda, że nawet „przepraszam” nie usłyszałam – powiedziałam, nawet nie udając uprzejmości.
– Dobra, przepraszam, jeśli cię uraziłem. Chciałem po prostu spędzić czas z rodziną, choć widzę, że nie zawsze to się udaje – rzucił na odchodnym.
Drzwi trzasnęły, a mnie została tylko pustka i rozczarowanie.
Uśmiechnęłam się smutno
Po wyjściu teścia mieszkanie wydawało się dziwnie ciche. Przez chwilę stałam w kuchni, opierając się o blat i patrząc na puste talerze. Mąż krzątał się przy zlewie, udając, że zmywanie to najważniejsze zadanie na świecie. Dzieci wysunęły głowy z pokoju, jakby sprawdzały, czy już można oddychać spokojnie.
– Dziadek już poszedł? – spytała starsza córka niepewnie.
– Tak, kochanie, już nas dzisiaj nie zaszczyci swoją obecnością – odpowiedziałam, siadając ciężko przy stole.
– Nie denerwuj się tak – powiedział mąż, wycierając ręce w ścierkę. – Przecież już po wszystkim.
– Tak, jasne. Tylko że przez jego widzimisię pół dnia spędziłam w kuchni, dzieci głodne, ja wściekła. Weekend szlag trafił – odpowiedziałam gorzko.
– Przecież to tylko jeden obiad… – próbował łagodzić.
– Dla ciebie może „tylko obiad”. Dla mnie cały dzień napięcia. A potem zostaje tylko żal i ta śmieszna próba udawania, że jesteśmy jedną wielką, szczęśliwą rodziną. A ja mam już tego serdecznie dość – rzuciłam, podnosząc głos.
Mąż spojrzał na mnie zrezygnowany.
– Wiem, że cię to męczy, ale on już się nie zmieni. Albo się do tego przyzwyczaimy, albo następnym razem wyjedziemy na weekend i nie będzie problemu.
– Świetny pomysł. Następnym razem zabukuję hotel z dala od wszystkiego i wszystkich.
Dzieci patrzyły na mnie wielkimi oczami.
– Mamo, czy dziadek będzie jeszcze do nas przychodził? – zapytała młodsza.
Spojrzałam na nią i uśmiechnęłam się smutno.
– Już nie tak często, kochanie. Czasem lepiej nie czekać na tych, którzy i tak nigdy nie przychodzą na czas.
Wiedziałam, że po tym weekendzie długo nie będę miała ochoty na rodzinne obiady. Pewnych rzeczy nie da się przełknąć, nawet popijając zimnym kompotem.
Marlena, 45 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Spędziłam ferie, zajmując się córką szwagierki. Przez 14 dni żyłam w piekle, by ta mogła jeść włoską pizzę”
- „Kochałem Klarę już od liceum, ale byłem zbyt nieśmiały, by to wyznać. Dopiero gdy ze mnie zakpiła, zrozumiałem swój błąd”
- „Byłem pewien, że moja narzeczona to anioł. Po ślubie odkryłem, że skrywa drugie oblicze, którego wcale nie znałem”