Reklama

Mówią, że z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciu, a ja bym dodała: o ile ktoś w ogóle chce na nim być. Mój teść, choć żył całkiem blisko – dosłownie trzy przystanki autobusem – zachowywał się tak, jakbyśmy mieszkali po dwóch stronach globu. Niby był, ale jakby go nie było. Od kiedy owdowiał, wszystko robił sam, wszystko wiedział najlepiej, a wszelkie przejawy naszej troski kwitował wzruszeniem ramion. A prezenty? O, tu to już w ogóle. Raz dałam mu kaszmirowy szalik – chyba z dziesięć minut po Wigilii znalazłam go równo złożony w szufladzie ze ściereczkami. Innym razem kupiłam mu karnet do teatru, a on w odpowiedzi rzucił tylko:

– A komu się chce tłuc przez całe miasto w deszcz?

Ale wiecie, nie odpuszczałam. Lubię próbować – tak długo, aż coś się ruszy. A że święta zbliżały się wielkimi krokami, to postanowiłam zagrać na innej nucie. Może nie na jego, ale na takiej, która mu coś zrobi – coś, co nie kosztuje wiele, ale ma ciężar emocji. Wtedy wpadłam na pomysł kalendarza adwentowego, ale nie takiego ze sklepu. Nie. Ten miał być specjalny. I to nie ode mnie.

Stałam tam jak jakaś idiotka

– Co tym razem mu kupiłaś? – zapytała moja siostra, kiedy pakowałam prezent, siedząc w kuchni nad torbą z mikołajem.

– Herbaty sypane i specjalną filiżankę. Ręcznie malowaną, z takiego lokalnego sklepiku.

– No to szykuj się, że filiżanka trafi na półkę z popielniczkami i nigdy nie zostanie użyta – parsknęła śmiechem.

Westchnęłam i skrzywiłam się lekko. Wiedziałam, że pewnie ma rację. Teść miał niepokojącą zdolność do ignorowania wszystkiego, co nie miało wtyczki, ekranu albo przynajmniej funkcji „samogotowania”. A herbatę pił od lat tę samą, ekspresową, najtańszą.

– Może to ja robię coś nie tak? Może on mnie po prostu nie lubi? – wymamrotałam, choć bardziej do siebie.

– Ewelina… Tato nikogo nie lubi. On ma uczucia tylko do swojego radia lampowego i tego psa sąsiadki, co mu czasem liże buty.

No i to mnie rozbawiło, ale nie na długo. Dwa dni później zjawiliśmy się u teścia z paczuszką. Mikołaj na torbie był uśmiechnięty, ja już mniej. Zosia i Jaś wbiegli przodem, niosąc rysunki, które zrobili dla dziadka.

– Tato, składamy ci świąteczne życzenia i coś jeszcze przynieśliśmy – powiedziałam, podając mu torbę z prezentem.

Spojrzał na nią bez większego zainteresowania.

– O, herbata... – mruknął i odstawił pakunek na komodę obok reszty „niepotrzebnych rzeczy”.

Stałam przez chwilę jak idiotka. Znowu to samo.

– Ale dziadku, my też coś mamy! – Jaś sięgnął do kieszeni i wyjął pokolorowanego renifera.

– Tylko nie zgub, bo to jest z błyszczącym nosem! – dodała Zosia.

I wtedy pierwszy raz od bardzo dawna zobaczyłam, jak na twarzy teścia coś drgnęło. Jakby mięśnie przypomniały sobie, jak to jest się uśmiechnąć.

Uśmiechnęłam się przebiegle

– A może by tak... dać mu coś, czego nie da się odstawić na komodę? – zastanawiałam się głośno, zmywając po kolacji.

Mąż podniósł wzrok znad telefonu.

– Mówisz o bombie zegarowej?

– Śmieszne. Nie. Coś, co go ruszy, ale nie ode mnie – tylko od dzieci.

Zastanawiałam się, co by to mogło być. Czego nie można odłożyć, wyrzucić ani powiedzieć „nie mam na to czasu”. I wtedy mnie tknęło.

– Kalendarz adwentowy! – zawołałam nagle.

– Ale przecież on nie lubi czekoladek. Ani niczego, co jest nowomodą – odparł sceptycznie mój mąż.

– Nie chodzi o czekoladki. My zrobimy taki własny. Ręcznie. Z kieszonkami, a w każdej będzie rysunek albo zadanie od dzieci. Będzie musiał go otwierać. Dzieci będą go codziennie pytać, czy otworzył. Nie będzie miał wyjścia!

– A jak powie, że nie ma gdzie powiesić?

– To przykleimy mu do szafy. Albo dzieci przyniosą mu dzień po dniu. Będzie musiał. No, chyba że chce złamać serca wnukom.

Uśmiechnęłam się przebiegle. Z mężem nieco mniej entuzjastycznym niż dzieci ruszyliśmy do roboty. Ja zszywałam kieszonki z filcu, dzieci rysowały renifery, choinki i bałwanki, a mąż pisał krótkie zagadki i zadania, typu „powiedz komuś coś miłego” albo „posłuchaj ulubionej kolędy”.

– Zrobimy mu emocjonalny tor przeszkód – mruknęłam pod nosem.

– Może z tego wyjdzie świąteczny cud – dodał mąż i pierwszy raz od tygodni pogłaskał mnie po plecach.

Może faktycznie czasem nie trzeba walczyć z człowiekiem, tylko z jego zbroją.

Zaskoczył mnie totalnie

Zawieźliśmy kalendarz w ostatnią sobotę listopada. Dzieci wbiegły pierwsze, tarmosząc kolorowe zawiniątko.

– Dziadku! Mamy coś specjalnego! – wrzasnęła Zosia, jakby niosła złoty medal z olimpiady.

Teść siedział w fotelu, jak zwykle w tym samym swetrze i tych samych kapciach, z gazetą rozłożoną na kolanach.

– Znowu jakieś rysuneczki? – mruknął bez entuzjazmu.

To kalendarz! Adwentowy! Samodzielnie robiony! – zawołał Jaś, stawiając przed nim paczkę owiniętą w papier z brokatem.

Spojrzał, wziął do ręki, pokiwał głową. Nic nie powiedział. Już miałam w głowie całą litanię o tym, że znów się nie udało, że po co się staraliśmy, że może jednak on jest z tych nie do ruszenia. Ale wtedy stało się coś nieprawdopodobnego.

– No dobrze… A jak to działa? – zapytał, przyglądając się kieszonkom z numerkami.

Zaniemówiłam.

– Codziennie otwierasz jedną – wyjaśniła Zosia. – W środku masz niespodziankę! Albo zadanie!

– A w Wigilię… to już musisz być z nami. Bo tam będzie najważniejsze zadanie – dodał poważnie Jaś.

– Tak? A skąd wiecie, że nie będę miał innych planów? – zapytał z tym swoim typowym, sarkastycznym uśmieszkiem.

– Bo mama powiedziała, że jak nie przyjdziesz, to cię wyciągniemy w piżamie – wypaliła Zosia.

Zaczęłam się śmiać. Teść też parsknął. Prawdziwie. Nie złośliwie. A potem, ku mojemu zaskoczeniu, sięgnął po nożyczki i zaczął delikatnie otwierać pierwszą kieszonkę – mimo że było jeszcze o jeden dzień za wcześnie.

– No dobra, zobaczymy, co to za bajery... – mruknął.

Zaniemówiłam z wrażenia

– Ewelina – usłyszałam przez telefon głos teścia. – Masz tam jeszcze te swoje foremki do pierników?

Zatkało mnie.

– Mam… Mam, tato. Dlaczego pytasz?

– Bo… W tej dzisiejszej kieszeni było „zaproś kogoś na wspólne pieczenie”. I zanim zdążyłem się zastanowić, dzieciaki już napisały: „Dziadku, zaproś nas!”.

Zaniemówiłam.

– No to... może wpadniecie w weekend? Upieklibyśmy te pierniki. I może… no, może trochę ozdób dla świętego spokoju.

– Pewnie, tato. W sobotę, pasuje?

– Tak. I przynieście ten przepis na pierniczki, co były rok temu. Te, co się zębów nie łamie.

Uśmiechnęłam się szeroko. Czyli jednak pamiętał. W sobotę zapakowaliśmy ciasto, foremki, kolorowe posypki i dzieci. I serca, które waliły jak młoty – z ekscytacji. Teść czekał już w fartuchu. Serio. W fartuchu! Stary, biały, z logo jakiegoś radia, ale był. I miał stolnicę. I wałek. Nawet kupił jajka.

– Jak to się mówi? Ręce myć i do roboty! – rzucił, poprawiając okulary.

Ja zaś czułam, że właśnie robimy historię. Rodzinną, pachnącą cynamonem i imbirem.

Dziękował mi, że nie odpuściłam

– Nie rozwałkuj go na naleśnik, Jaś! – pisnęła Zosia, próbując uratować ciasto przed przemianą na stole.

– To ma być gwiazda, nie satelita! – prychnął Jaś, ale mimo wszystko przestał dociskać wałek z całych sił.

Teść stał obok, z rękami w mące, przyglądał się dzieciom i raz po raz mruczał coś pod nosem. Ale tym razem to nie były sarkastyczne uwagi. Przeciwnie – wyglądał, jakby nie do końca wiedział, co się właściwie dzieje, ale mu się to... podobało.

– Tato, możesz pomóc Zosi wykrawać choinki – podpowiedziałam, przesuwając do niego blaszkę.

– No dobra, choinka to jeszcze nie zbrodnia – burknął, ale wziął foremkę i zabrał się do roboty.

Po chwili, wśród zapachu przypraw i głośnego „Last Christmas” z radia, teść nie tylko wykrawał pierniki – on je dekorował! Wysunął język w koncentracji, malując lukrem oczy na bałwanku.

– No proszę, dziadek się rozkręca – zażartowałam cicho do męża, który właśnie próbował odkleić renifera od stołu.

– Ja tam się boję, że nam jeszcze cukierkowe uzależnienie w rodzinie wprowadzi – odparł szeptem.

Właśnie wtedy teść spojrzał na mnie i powiedział coś, czego nigdy się po nim nie spodziewałam.

– Dziękuję, Ewelina. Za ten cały… kalendarz. I że nie odpuściłaś.

Zatkało mnie.

– Ja… nie robiłam tego dla siebie. To dzieci...

– Dzieci by nie zrobiły, gdybyś im nie podsunęła. Ty wiesz, co robisz. A ja czasem... nie wiem, jak być dziadkiem. Ale dzisiaj... no. Byłem.

Patrzyłam, jak Zosia wciska mu w rękę piernika z lukrowym uśmiechem. Miał łzy w oczach. Nie od lukru.

Czułam ciepło w sercu

Wieczorem, już w domu, dzieci padły jak muchy, a my z mężem siedzieliśmy przy kuchennym stole, wciąż pachnąc cynamonem i czekoladą. Jaś wciąż miał brokat w brwiach, a Zosia we włosach kawałki zaschniętego lukru – nawet nie miałam siły tego myć. Nie dziś.

– Myślisz, że mu się naprawdę podobało? – zapytałam cicho, mieszając herbatę.

– Widziałem, jak schował tego piernika Zosi do puszki. Resztę rozdawał, ale tego nie ruszył. Trzymał jak relikwię – uśmiechnął się mąż. – Myślę, że to był jego sposób na wyrażenie „kocham”.

– Czasem się zastanawiam, ilu ludzi nigdy nie nauczyło się mówić „kocham”. I tylko czekają, żeby ktoś im pomógł. Choćby rysunkiem z błyszczącym nosem.

Zapadła cisza. Dobrze nam było w tej ciszy.

– A wiesz co powiedział, kiedy wychodziliśmy? – dodał mąż po chwili.

– Co takiego?

– „Może byście przyszli też w Wigilię. Tylko wcześniej, bo potem może mi się nie chcieć wychodzić”.

Parsknęłam śmiechem, ale poczułam coś ciepłego w środku.

– No widzisz? Jednak się da. Trzeba tylko znać jego język. I zapakować go w kieszonki z filcu.

Patrzyłam przez chwilę na kalendarz, który został w naszym domu jako zapasowy – dzieci zrobiły dwa, tak na wszelki wypadek. Ten dla dziadka miał już za sobą prawdziwą misję. A ja, jego pomysłodawczyni złośliwa i uparta, czułam, że właśnie ten grudzień naprawdę zadziałał jak trzeba.

Ewelina, 40 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:

Reklama
Reklama
Reklama