Reklama

W mojej rodzinie nie ma prostych relacji. Na pozór wszystko wygląda poprawnie: święta razem, wspólne obiady, życzenia na urodziny. Jednak pod tym lukrem czai się cicha wojna podjazdowa. Ostatnio front przesunął się w stronę mojego teścia. Człowieka skrytego, drażliwego i dumnego jak paw, który w razie czego woli udawać, że wcale mu nie zależy. A potem się obraża. Życie z nim przypomina spacer po polu minowym – niby pięknie, niby spokojnie, ale nigdy nie wiesz, w co wdepniesz. I tak było właśnie wtedy.

Spojrzałam ukradkiem na męża

– W tym roku sobie darujcie, dobra? – rzucił teść przy niedzielnym obiedzie. – Żadnych laurek, telefonów, ani tych durnych skarpetek z napisem „Super Dziadek”.

Zapadła chwila ciszy, przerywana tylko brzdękiem sztućców. Spojrzałam ukradkiem na męża. Uniósł brwi, co zwykle oznaczało: „Nie wchodź w to”. Tylko że ja już byłam wkurzona.

No jak to, tato? Dzieci się cieszą, że mogą coś narysować… One lubią te wasze święta.

– Dzieci to dzieci, niech sobie rysują w szkole. A wy dajcie spokój. Taki dzień to wydumana sprawa, tylko po to, żeby ludzie w sklepach kupowali więcej badziewia. Jakbym potrzebował pary papci, to sam bym sobie kupił.

Teściowa siedziała cicho.

– Tato, ale to tylko raz w roku… Dzieci chcą was odwiedzić, może jakieś ciasto upieczemy…

Mówię, że nie trzeba! – przerwał mi ostro. – Człowiek przez całe życie robił, jak mu kazano, a teraz przynajmniej w spokoju chciałby zjeść rosół bez tych ceregieli.

Po tym obiedzie stwierdziliśmy z mężem, że nie będziemy robić nic na siłę. Dzieci nie zadzwoniły. Nie było laurki. Nie było tortu z bitą śmietaną. Tylko że dwa dni później zaczęło się dziać coś dziwnego.

Zamrugałam zaskoczona

W środę wieczorem teść przyszedł do nas niby przypadkiem. Miał ponoć sprawdzić kran w łazience, który, owszem, trochę kapał, ale nic pilnego. Wszedł bez pukania.

– No i co tam? – mruknął, stając w progu. – Cicho coś. Dzieci już śpią?

– Tak, zmęczone po przedszkolu – odparłam i zerknęłam na zegarek. – A ty, tato, wszystko w porządku?

– A czemu ma nie być? – burknął. – Po prostu przyszło mi na myśl, że… Normalnie to w tym domu jak w ulu, a dzisiaj jak na cmentarzu. Chciałem sprawdzić, czy wszystko w porządku.

Z kuchni wyszedł mój mąż z kubkiem herbaty.

– Cześć, tato. Wszystko okej. Dzień jak co dzień.

Teść usiadł ciężko na krześle, spojrzał na zegar i westchnął głośno.

– No nic… Myślałem, że wnuki wpadną z jakąś laurką czy czymś.

Zamrugałam zaskoczona.

– Przecież sam mówiłeś, że mamy sobie darować. Że święto wydumane, że nie chcesz żadnych prezentów.

Mówiłem, że nie chcę tych głupot. A nie, że człowiek nie chce być pamiętany – powiedział z wyrzutem, patrząc w okno. – Wiecie… Wnuk to jednak wnuk. Czasem wystarczy głupi uśmiech, jak ten mały przyleci i się wtuli… I już człowiekowi lepiej.

Spojrzeliśmy z mężem po sobie. A więc o to chodziło. Nie skarpetki, nie tort. Tylko o obecność.

– Tato… To może dzieciaki jutro do ciebie przyjdą? Upiekę szarlotkę, pogadacie. Co ty na to?

Tylko pokiwał głową.

Zaskoczył mnie

Następnego dnia dzieci wybiegły z przedszkola pełne entuzjazmu. Każde trzymało w rączce laurkę – narysowane niezdarnie serduszka, uśmiechnięte buzie, nawet coś, co miało być psem, a wyszło jak rozjechany jeż.

– A dziadek będzie się cieszył? – zapytała Hania, poprawiając spineczkę we włosach.

– Myślę, że bardzo – uśmiechnęłam się, wkładając im czapki.

Wieczorem pojawiliśmy się u teściów z ciepłą szarlotką.

Dziadziu, to dla ciebie! – krzyknął Staś, wręczając laurkę tak, że aż mu się ręka trzęsła z emocji.

Teść spojrzał na kartkę i przez moment wyglądał, jakby nie wiedział, co z nią zrobić.

– Ooo… no proszę… – wymamrotał wzruszony, po czym wziął Stasia na kolana. – A co to za zwierz? Krowa?

– Pies! – oburzył się sn. – Nasz pies!

– No jasne, pies! Taki… no, bardzo nowoczesny – zaśmiał się teść i mocno przytulił Stasia.

Hania podbiegła z drugą laurką.

– A ja narysowałam dziadka! Tu, w fotelu, i masz gazetę. Bo zawsze czytasz gazetę.

– I okulary na czole! – dodał Staś.

Teść zerknął na siebie na obrazku.

– No, teraz to już wiem, że jestem dziadkiem z krwi i kości – powiedział cicho.

W tym momencie wszedł mój mąż z ciastem i herbatą. Spojrzał na ojca, który po raz pierwszy od dawna naprawdę się uśmiechnął.

– I co, tato? Mówiłeś, że nie chcesz żadnych laurek…

– A mówiłem, mówiłem… I głupi byłem – mruknął teść.

Nie tego się spodziewałam

Wieczorem, gdy dzieci już spały, zostaliśmy z teściem przy herbacie i resztkach szarlotki. Siedział na swoim ulubionym fotelu, z laurkami w dłoniach.

– No i patrz – mruknął. – Mówiłem, że nie chcę, a teraz się człowiekowi gęba cieszy. Bo… głupio było samemu siedzieć. Jakby ktoś zapomniał, że się w ogóle istnieje.

Nikt o tobie nie zapomniał, tato. Po prostu wzięliśmy cię za słowo – westchnęłam. – I to chyba był nasz błąd.

– A może mój – odparł. – Stary człowiek już sam nie wie, co mówi. Niby mówi, że nie chce, ale potem siedzi, gapi się w ścianę i tylko czeka, aż telefon zadzwoni.

Mój mąż spojrzał na niego uważnie.

– To, czemu nie zadzwoniłeś, tato? Wystarczyłby jeden SMS.

– Ja? I co miałem napisać? „Jednak przyjdźcie, bo mi smutno”? – burknął teść.

Zamilkliśmy na chwilę. Zegar wskazywał dwudziestą drugą, a w mieszkaniu panowała cisza, jakiej dawno tu nie było. Teść w końcu odchrząknął.

– Jakby co, za rok to już nie słuchajcie, jak znowu powiem, że nie chcę żadnych obchodów. Wnuki są, trzeba korzystać, póki pamiętają, kto ja w ogóle jestem.

– Zanotowane – powiedział mój mąż, wychodząc z kuchni z ręcznikiem. – I zapisane w kalendarzu na następne dziesięć lat.

Doceniłam jego szczerość

Tydzień później teść sam zadzwonił. Co zdarzało się równie często, co śnieg w maju.

– No cześć, dzieciaki w domu? – rzucił zamiast powitania. – Mam dla nich czekoladki.

– Jasne, wpadaj – odparłam. – A herbatę wypijesz? – dodałam jeszcze, tak dla formalności.

– Jak już się zmuszę, to może wypiję – burknął z tym swoim charakterystycznym przekąsem.

Przyszedł piętnaście minut później z reklamówką słodyczy i… nowym zestawem kredek.

To dla artystów – mruknął, wręczając je dzieciom. – Żebyście mi na przyszły rok narysowali ładnego psa, dobra?

– A co było nie tak z Mikusiem? – zapytał Staś podejrzliwie.

– Eee, nic… Tylko teraz wyglądał jak roztopiony miś.

Dzieci zarechotały, a Hania już wyciągała nową kartkę. Teść usiadł na dywanie z nimi, co w jego wykonaniu było jak publiczne wyznanie miłości.

– Tato… wszystko okej? – zapytał mój mąż cicho, podchodząc z drugą filiżanką herbaty.

– A czemu ma nie być? – odpowiedział, nie odrywając wzroku od rysującej wnuczki. – Tylko tak sobie pomyślałem… Że może jednak bym był głupi, gdybym zrezygnował z Dnia Dziadka. Człowiek się starzeje i myśli, że już go nic nie cieszy… A tu taki obrazek od malucha – i humor lepszy niż po telewizji i krzyżówce razem wziętych.

Uśmiechnęliśmy się oboje. To był pierwszy raz, kiedy teść sam z siebie przyznał, że coś go ruszyło. I zrobił to nie ironicznie, nie mimochodem, tylko tak… po ludzku.

Nie mogłam odmówić

W kolejną niedzielę teść zaprosił nas na obiad. Zadzwonił z samego rana.

– Obiad u nas. Będzie pieczeń i kompot. Żadnych dyskusji. Przyjeżdżajcie na trzynastą.

– Pieczeń? – spytałam zaskoczona. – Tato, ty nie gotujesz.

– No właśnie nie, ale twoja teściowa z chęcią ugotuje.

Gdy weszliśmy do domu teściów, pachniało domem, jakbyśmy cofnęli się w czasie. Dzieci rzuciły się do dziadka, który tym razem już nie udawał, że nie wie, o co chodzi.

– Dziadziu, a dziś też mamy święto? – zapytała Hania, przytulając się do jego ramienia.

– A co, nie może być? Może być co tydzień – odpowiedział, uśmiechając się pod nosem. – Bylebyście tylko przychodzili. Ja to zawsze mówiłem – wnuki to najlepsze, co człowieka mogło w życiu spotkać.

– Mówiłeś, że krzyżówki – wtrącił mój mąż, nalewając zupę.

– Krzyżówki są drugie. Zaraz po tej bandzie urwisów – mruknął i szturchnął wnuka w bok.

Patrzyłam na nich wszystkich przy stole i uderzyło mnie jedno. Czasem wystarczy naprawdę niewiele, żeby komuś przypomnieć, że jest ważny. Czasem wystarczy mały rysunek psa, który wygląda jak rozjechany miś. Czasem trzeba zignorować, że ktoś mówi: „nie chcę”. Bo nie zawsze mówi to z serca. Czasem mówi to z dumy. Albo ze strachu. Wyszliśmy tego dnia późnym popołudniem. Teść stał w progu, machając dzieciom.

Do zobaczenia, dziadku! – krzyknęły.

– Tylko nie zapomnijcie o Dniu Dziadka! – zawołał, udając groźny ton.

Nie zapomnimy.

Magda, 36 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama