Reklama

Myślałem, że to gest dobrej woli, ręka wyciągnięta do dzieci na start, o jakim marzy każde młode małżeństwo. Nie wiedziałem wtedy, że każdy niedzielny obiad będzie smakował jak kolejna rata kredytu, a każde spojrzenie teścia przypominało mi, kto tu naprawdę rządzi i do kogo należą ściany, w których śpię. Oddałem wszystko co do grosza, znacznie szybciej, niż zakładała nasza ustna umowa, ale cena, którą zapłaciliśmy jako rodzina, była znacznie wyższa niż cyfry na przelewie bankowym.

Marzyliśmy o czymś swoim

Wszystko zaczęło się banalnie, wręcz podręcznikowo. Magda i ja byliśmy trzy lata po ślubie, gnieździliśmy się w wynajmowanej kawalerce i marzyliśmy o czymś swoim. Ceny nieruchomości szalały, a nasza zdolność kredytowa, mimo dwóch stabilnych pensji, wciąż była na granicy tego, co chcieliśmy kupić. Brakowało nam na wkład własny, ten solidny, który pozwoliłby spać spokojnie. Oszczędzaliśmy agresywnie, odmawialiśmy sobie wakacji, wyjść do restauracji, nowych ubrań, ale rynek uciekał nam sprzed nosa.

Wtedy do gry wkroczył on. Edward. Mój teść. Człowiek starej daty, przedsiębiorczy, zawsze elegancki, z tym specyficznym rodzajem pewności siebie, którą daje grube konto bankowe i lata zarządzania ludźmi. Zawsze mieliśmy poprawne relacje. Nie byliśmy przyjaciółmi, ale szanowaliśmy się. A przynajmniej tak mi się wydawało. Pamiętam ten wieczór, kiedy zaprosili nas na kolację. Edward nalał mi soku, poprawił mankiety koszuli i położył dłonie na stole. Wyglądał jak prezes, który zaraz ogłosi fuzję firm, a nie ojciec rozmawiający z córką i zięciem. Powiedział, że widzi, jak się męczymy, jak odkładamy każdy grosz. Stwierdził, że pieniądze na koncie tylko tracą na wartości przez inflację i że on chce nam pomóc.

Propozycja była prosta: pożyczy nam brakującą kwotę. Spłata? Kiedy będziemy mogli, w ratach, które sami ustalimy. Magda aż pisnęła z radości, rzuciła mu się na szyję. Ja czułem ukłucie niepokoju, taką czerwoną lampkę migającą gdzieś z tyłu głowy, ale szybko ją zgasiłem. Przecież to rodzina. Przecież to dla nas szansa na normalne życie. Uścisnąłem jego dłoń, dziękując za zaufanie. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że właśnie podpisałem cyrograf.

Czułem się panem na włościach

Kupiliśmy mieszkanie. Trzypokojowe, z balkonem, w nowym budownictwie. Byliśmy w euforii. Pierwsze tygodnie minęły nam na planowaniu remontu, wybieraniu paneli i kłótniach o kolor ścian, które jednak kończyły się szybkim rozejmem. Czułem się panem na włościach. Do czasu pierwszej wizyty Edwarda w naszym nowym, jeszcze niewykończonym lokum. Wszedł pewnym krokiem, rozejrzał się krytycznym wzrokiem po surowych ścianach. Zamiast gratulacji, usłyszałem serię pytań. Dlaczego wybraliśmy ten układ kuchni? Czy jesteśmy pewni, że te okna są szczelne? A potem padło zdanie, które ustawiło naszą relację na kolejne lata.

Staliśmy w przyszłym salonie. Edward postukał laską w wylewkę i powiedział, patrząc mi prosto w oczy, że on na naszym miejscu nie oszczędzałby na podłodze, bo to inwestycja na lata. Kiedy delikatnie zasugerowałem, że mamy ograniczony budżet na wykończenie, uśmiechnął się półgębkiem.

– Przecież macie solidne zaplecze finansowe, prawda? – zapytał retorycznie. – Moje pieniądze powinny pracować w dobrych materiałach, a nie w byle czym. Szkoda by było, żeby mój wkład poszedł na marne przez wasze skąpstwo.

Zamurowało mnie. Mój wkład. Moje pieniądze. Nagle to mieszkanie przestało być nasze. Stało się inwestycją Edwarda, którą my tylko łaskawie mogliśmy zarządzać. Magda nie wyczuła tego tonu, albo nie chciała go wyczuć. Uznała to za dobrą radę troskliwego ojca. Ja poczułem, jak żołądek zawiązuje mi się w supeł. To był dopiero początek.

Dobrze wiedzieć, czy zięć jest zaradny

Z czasem sytuacja zaczęła eskalować. Edward nie ograniczał się już tylko do wizyt w mieszkaniu. Temat długu stał się nieodłącznym elementem każdego spotkania rodzinnego. Nie były to jednak otwarte żądania zwrotu pieniędzy. O nie, Edward był na to zbyt wyrafinowany. On stosował subtelną, ale bolesną inżynierię społeczną. Niedzielny obiad u teściów. Rosół paruje na stole, wszyscy uśmiechnięci. Rozmawiamy o feriach szwagra. I nagle, w przerwie między siorbnięciami, Edward odzywa się do mnie. Głośno, tak żeby wszyscy słyszeli.

– A jak tam, Janusz, w pracy? Premie jakieś przewidują w tym kwartale? Bo wiesz, pieniądz lubi ruch, a u mnie na koncie zrobiło się trochę pusto po naszej ostatniej transakcji. Oczywiście żartuję, nie spieszcie się, ale dobrze wiedzieć, czy zięć jest zaradny.

Śmiech przy stole. Szwagier klepie mnie po plecach, teściowa nakłada dokładkę makaronu. A ja siedzę czerwony jak burak, czując się jak mały chłopiec, który stłukł szybę i musi prosić o wybaczenie. Magda ściska moją rękę pod obrusem, szepcząc, żebym nie brał tego do siebie, że tata ma specyficzne poczucie humoru.

Ale to nie był humor. To było systematyczne budowanie hierarchii. Edward przy każdej okazji przypominał mi, że beze niego byśmy sobie nie poradzili. Kupiłem sobie nowy samochód – używany, ale w dobrym stanie, bo stary się sypał i potrzebowałem czegoś na dojazdy do pracy. Reakcja teścia? Ładne auto. Odważny zakup jak na kogoś, kto ma jeszcze, powiedzmy, pewne nieuregulowane zobowiązania. Ale rozumiem, prestiż musi być. Poczułem się, jakbym ukradł te pieniądze. Jakbym nie miał prawa do żadnej decyzji finansowej bez jego stempla akceptacji. Zacząłem się tłumaczyć, pokazywać wyliczenia, że naprawa starego auta była nieopłacalna. On tylko kiwał głową z tym swoim protekcjonalnym uśmiechem, jakby słuchał tłumaczeń niesfornego pracownika.

Dla niej to była po prostu troska

Najgorsze było to, jak ten dług wpływał na moje małżeństwo. Magda była córeczką tatusia. Kochała go i nie widziała w jego zachowaniu nic złego. Dla niej to była po prostu troska. Kiedy wracaliśmy do domu po kolejnym upokarzającym obiedzie i ja kipiałem ze złości, ona stawała w jego obronie.

– Przesadzasz, Janusz. On nam pomógł. Bez niego nadal mieszkalibyśmy w tej klitce. Mamy u niego dług wdzięczności, więc znieś te parę uwag. On jest starszy, ma prawo pomarudzić.

– Nie rozumiesz – tłumaczyłem, chodząc po sypialni. – To nie jest dług wdzięczności. Czuję się, jakbym był jego wasalem.

Kłótnie stawały się coraz częstsze. Magda uważała, że mam problem z ego, że nie potrafię przyjąć pomocy. A ja widziałem, jak Edward powoli przejmuje kontrolę nad naszym życiem. Zaczął sugerować, gdzie powinniśmy pojechać na feie (bo taniej, więc szybciej oddamy), jakie meble kupić (bo trwalsze). Miarka przebrała się w moje trzydzieste urodziny. Zorganizowaliśmy małe przyjęcie dla przyjaciół i rodziny. Było miło, dopóki nie przyszedł czas na toasty. Edward wstał, stuknął widelcem w lampkę i zaczął przemowę.

– Zdrowie naszego solenizanta! – zawołał. – Cieszę się, że Janusz tak dobrze sobie radzi. Co prawda, fundamenty, na których stoi, są w dużej mierze zasługą mojej skromnej emerytury, ale wierzę, że kiedyś stanie na własnych nogach w stu procentach. Toast za to, żeby Janusz w końcu stał się prawdziwą głową rodziny!

W pokoju zapadła cisza. Moi przyjaciele patrzyli w talerze, Magda spuściła wzrok. A ja poczułem taki chłód, jakby ktoś wylał na mnie kubeł lodowatej wody. To nie był żart. To było publiczne ośmieszenie mnie. Wtedy podjąłem decyzję.

To były miesiące wyjęte z życiorysu

Następnego dnia rano wstałem przed Magdą. Usiadłem przy komputerze i otworzyłem moje tabelki. Przeanalizowałem nasze finanse co do złotówki. Wiedziałem jedno: muszę spłacić Edwarda. Nie za rok, nie za pięć lat, jak się umawialiśmy. Muszę to zrobić teraz, jak najszybciej, nawet jeśli będę musiał harować jak wół. Znalazłem drugą pracę. Po ośmiu godzinach w biurze logistycznym, siadałem za kółko jako dostawca jedzenia, a w weekendy brałem zlecenia na drobne remonty i montaże mebli, co zawsze potrafiłem robić.

Magdzie powiedziałem, że w firmie jest trudny okres i muszę brać nadgodziny, a w weekendy pomagam kumplowi przy budowie domu. Nie chciałem, żeby wiedziała. Bałem się, że pobiegnie do ojca i powie, że Janusz się zaharowuje, żeby oddać ci pieniądze, co tylko dałoby Edwardowi kolejny powód do satysfakcji i komentarzy o mojej nieudolności. To były miesiące wyjęte z życiorysu. Wracałem do domu padnięty, jadłem zimną kolację i szedłem spać. W weekendy mnie nie było. Magda narzekała, że się oddalamy, że nie mam dla niej czasu. Miała rację. Nasze małżeństwo wisiało na włosku, ale ja miałem przed oczami tylko jeden cel: saldo zero.

Sprzedałem motocykl, moją perełkę, którą remontowałem przez dwa lata. Powiedziałem żonie, że i tak nie mam czasu jeździć. Sprzedałem konsolę, kolekcję płyt winylowych. Wszystko, co miało jakąkolwiek wartość i nie było niezbędne do życia, szło na sprzedaż. Każdy zarobiony grosz lądował na oddzielnym koncie oszczędnościowym, o którego istnieniu wiedziałem tylko ja. Edward w międzyczasie nie odpuszczał. Podczas rzadkich spotkań, na których bywałem (zazwyczaj wykręcałem się pracą), wciąż wbijał te swoje szpilki.

– Coś rzadko cię widujemy, Janusz. Tak ciężko pracujesz? Mam nadzieję, że to przynosi efekty, bo wiesz, inflacja nie śpi, a wartość pieniądza, który wam dałem, spada. Może powinniśmy renegocjować warunki i dorzucić jakiś procent?

Uśmiechał się przy tym, ale ja widziałem w jego oczach chłód. Zaciskałem zęby tak mocno, że aż mnie bolała szczęka. Jeszcze trochę, myślałem. Jeszcze tylko trochę.

Od dzisiaj jesteśmy kwita

Zajęło mi to rok i cztery miesiące. Rok i cztery miesiące życia w ciągłym biegu, stresie i zmęczeniu. Ale udało się. Uzbierałem całą kwotę. Co do grosza. Wziąłem dzień wolnego w obu pracach. Nie powiedziałem nic Magdzie. Pojechałem do banku i zleciłem przelew natychmiastowy na konto teścia. W tytule wpisałem tylko jedno słowo: ZWROT. Potem pojechałem do jego domu. Edward zdziwił się na mój widok. Był środek tygodnia, południe.

– Janusz? Co ty tu robisz? Zwolnili cię, czy przyszedłeś po kolejną transzę? – zapytał ironicznie.

Wyjąłem z kieszeni potwierdzenie przelewu, wydrukowane na papierze. Podałem mu je bez słowa. Edward odłożył sekator, wytarł dłonie w ścierkę i wziął kartkę. Spojrzał na kwotę, potem na mnie. Jego brwi powędrowały do góry.

– Całość? – zapytał, a w jego głosie nie było radości. Było zaskoczenie i, o dziwo, nuta rozczarowania.

– Całość – odpowiedziałem spokojnie.

Po raz pierwszy od lat patrzyłem mu w oczy bez lęku.

– Dziękuję za pomoc na starcie. Ale od dzisiaj jesteśmy kwita. Nikt nikomu nic nie jest winien.

Edward chwilę milczał. Zmiął lekko kartkę w dłoni.

– Skąd wziąłeś taką sumę? Kredyt wziąłeś? Żeby spłacić mnie, zadłużyłeś się w banku? To nierozsądne.

– Zarobiłem – uciąłem krótko. – Sprzedałem, co moje. Zapracowałem. To moje pieniądze. I wiesz co, Edward? To była najlepsza lekcja ekonomii w moim życiu. Nauczyłem się, że najdroższy kredyt to taki, który zaciąga się u rodziny, bo spłaca się go godnością.

Jego twarz stężała. Zrozumiał. Zrozumiał, że właśnie stracił nade mną władzę. Że nie ma już smyczy, za którą może pociągnąć przy niedzielnym rosole. Że nie może już skomentować moich butów ani samochodu, bo nie ma w nich ani grosza jego wkładu.

– Nie bądź bezczelny – warknął. – chciałem wam pomóc.

– Pomoc, która ma na celu uzależnienie kogoś od siebie, to nie pomoc. To inwestycja w ego – powiedziałem i odwróciłem się na pięcie.

Wychodząc, słyszałem jeszcze, jak woła coś o niewdzięczności, o tym, że młodzi dzisiaj nie mają szacunku. Ale te słowa odbijały się ode mnie jak od ściany. Wsiadłem do mojego starego, rzężącego samochodu i poczułem się, jakbym prowadził auto prosto z salonu. Czułem się wolny.

Nikt nam nie powie, że te ściany nie są nasze

Kiedy wróciłem do domu, opowiedziałem wszystko Magdzie. O drugiej pracy, o sprzedaży rzeczy, o wizycie u jej ojca. Płakała. Najpierw z żalu, że ukrywałem to przed nią, potem ze złości na ojca, kiedy w końcu dotarło do niej, jak bardzo mnie to niszczyło. Pokazałem jej nasze konto, puste, wyczyszczone do zera, i powiedziałem: Jesteśmy biedni, ale jesteśmy u siebie. Nikt nam nie powie, że te ściany nie są nasze. Od tamtego dnia minęło pół roku. Nie odwiedzam teściów. Magda jeździ tam sama, rzadziej niż kiedyś, ale ja postawiłem sprawę jasno: moja noga tam nie postanie, dopóki Edward nie nauczy się traktować mnie z szacunkiem.

Podobno na spotkaniach rodzinnych pyta o mnie. Ale już nie z kpiną. Podobno jest w tym jakaś nerwowość, może nawet cień żalu. Ale nie dzwoni. Ja też nie. Czasami brakuje mi motocykla. Czasami jesteśmy zmęczeni, bo musimy znowu oszczędzać na wszystkim, żeby odbudować poduszkę finansową. Ale potem przychodzi niedziela. Siedzimy w naszym salonie, jemy obiad, który sami ugotowaliśmy. Nikt nie komentuje, nikt nie wbija szpilek, nikt nie pyta o premie. Cisza w naszym domu jest najpiękniejszą muzyką.

Okazało się, że wolność ma konkretną cenę. I w moim przypadku była warta każdej złotówki, którą przelałem tamtego dnia. Straciłem teścia, a raczej sponsora, ale odzyskałem coś znacznie ważniejszego: siebie. I w końcu, po raz pierwszy od lat, czuję się prawdziwym mężem i gospodarzem we własnym domu.

Janusz, 32 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama