Reklama

Długo wierzyłam, że cisza w domu oznacza spokój. Że jeśli będę wystarczająco uważna, uprzejma i niewidoczna, wszystko się jakoś ułoży. W tamten walentynkowy wieczór chciałam tylko jednego: poczuć, że miejsce, w którym żyję, naprawdę do mnie należy. Nie wiedziałam jeszcze, że jedno zdanie teścia może rozsypać nasz porządek budowany latami.

To jedno zdanie zmieniło walentynki

Od rana krążyłam po mieszkaniu z dziwnym napięciem. Niby zwykły dzień, a jednak chciałam, żeby był inny. Lepszy. Wyjęłam z szafki talerze, których prawie nie używaliśmy, bo „szkoda, na co dzień wystarczą zwykłe”. Starannie je ustawiłam, poprawiając jeden o kilka milimetrów, jakby od tego zależało powodzenie całego wieczoru.

Piotr wrócił później niż zapowiadał. Zdjął kurtkę, rzucił klucze na komodę i uśmiechnął się do mnie zmęczonym uśmiechem.

– Ale ładnie tu – powiedział, rozglądając się po salonie. – To wszystko dla mnie?

– Dla nas – poprawiłam cicho.

Kiwnął głową, jakby nie usłyszał różnicy. Poszedł do łazienki, a ja stałam jeszcze chwilę w miejscu, słuchając szumu wody. Pomyślałam, że to przecież nic nowego. Zawsze tak było. Ja planowałam, on dopasowywał się, a między nami wisiało niewidzialne „zaraz”, które nigdy nie nadchodziło.

Kiedy usiedliśmy przy stole, przez moment było naprawdę dobrze. Rozmawialiśmy o drobiazgach, o pracy, o filmie, który kiedyś chcieliśmy obejrzeć. Śmiałam się, nawet szczerze. Złapałam się na tym, że wyobrażam sobie, iż tak mogłoby być zawsze.

– Judyta… – zaczął Piotr, odkładając widelec. – Tata może dziś wpaść na chwilę. Zadzwonił, jak wracałem.

Poczułam, jak coś we mnie opada.

– Dzisiaj? – zapytałam, starając się, by mój głos brzmiał normalnie. – Przecież to walentynki.

– No właśnie dlatego tylko na moment – odpowiedział szybko. – Chce nam coś oddać, jakieś papiery. Nawet nie usiądzie.

Pokiwałam głową, chociaż w środku wszystko się buntowało. Wiedziałam, że „na moment” potrafi trwać godzinami, a „papiery” zamieniały się w wykład o tym, jak wiele mu zawdzięczamy. Spojrzałam na świecę stojącą na stole. Płomień drżał lekko, jakby też nie był pewien, czy ma tu prawo być.

– Dobrze – powiedziałam w końcu. – Skoro musi.

Piotr uśmiechnął się z ulgą i sięgnął po mój dłoń.

– Wiesz, że tata dobrze nam życzy.

Nie odpowiedziałam. W myślach powtarzałam sobie, że to tylko chwila. Że potem znów będziemy sami. Jeszcze nie wiedziałam, jak bardzo się mylę.

Przyszedł w „sprawach finansowych”

Dzwonek do drzwi zadzwonił szybciej, niż się spodziewałam. Spojrzałam na zegar, jakby mogło to coś zmienić. Piotr zerwał się z krzesła jak na rozkaz, poprawił koszulę i ruszył do przedpokoju.

– Już idę, tato – zawołał, zanim jeszcze otworzył.

Władysław wszedł do środka pewnym krokiem, jakby znał każdy centymetr tego mieszkania lepiej ode mnie. Nie zdjął od razu kurtki. Rozejrzał się powoli, zatrzymując wzrok na stole, świecy, talerzach.

– O, widzę, że się postaraliście – rzucił. – Jest okazja?

– Walentynki – odpowiedział Piotr z lekkim śmiechem.

– A tak, młodzieżowe święta – skomentował Władysław, odkładając teczkę na komodę. – Nie będę wam przeszkadzał. Chwila i jadę.

Usiadł. Zacisnęłam palce na brzegu krzesła. „Chwila” miała inne znaczenie w jego ustach. Władysław zdjął kurtkę, powiesił ją starannie, po czym rozpiął marynarkę i rozsiadł się wygodnie.

Piotrze, pamiętasz te dokumenty od banku? – zaczął, wyciągając papiery z teczki. – Trzeba to w końcu uporządkować. Ja już nie młodnieję, a nie chcę, żebyś miał potem problemy.

– Tato, może innym razem… – Piotr zerknął na mnie niepewnie.

– Innym razem zawsze coś wypada – przerwał mu Władysław. – A sprawy finansowe nie lubią czekać.

Słowo „finansowe” zawisło w powietrzu jak ciężka zasłona. Władysław mówił spokojnie, rzeczowo, jakby prowadził spotkanie, a nie siedział w cudzym salonie. Naszym salonie. A jednak miałam wrażenie, że to ja tu jestem dodatkiem.

– Przypomnę tylko – ciągnął dalej – że gdyby nie moja pomoc, to mieszkanie wyglądałoby zupełnie inaczej. Albo wcale by go nie było.

Spojrzał na mnie po raz pierwszy od wejścia. Krótko, oceniająco.

– Judyta na pewno rozumie, prawda?

Uśmiechnęłam się automatycznie.

– Oczywiście – odpowiedziałam, choć w gardle miałam sucho.

Piotr milczał, wpatrując się w papiery. Znałam ten wyraz twarzy. Wycofanie. Zgoda na wszystko, byle tylko nie było napięcia. Władysław mówił dalej, a ja czułam, jak z każdą minutą przestrzeń wokół mnie się kurczy. Świeca na stole dopalała się powoli, a ja miałam wrażenie, że razem z nią znika resztka tego wieczoru, który miał być tylko nasz.

„Tata chce tylko mieć jasność”

Siedziałam przy stole i słuchałam, jak Władysław mówi, a raczej rozkłada nas na czynniki pierwsze. Każde zdanie było spokojne, wyważone, podszyte troską, której nie potrafiłam już odróżnić od kontroli. Mówił o ratach, o odpowiedzialności, o tym, że „rodzina musi się wspierać”. Ani razu nie zapytał mnie o zdanie. Jakby było oczywiste, że go nie mam.

– Pamiętaj, Piotrze – dodał w pewnym momencie – ja zawsze starałem się wam pomóc. Nie każdy ojciec by to zrobił.

– Wiem, tato – odpowiedział Piotr cicho. – Doceniamy to.

„Doceniamy”. Spojrzałam na niego. Siedział pochylony, ramiona miał lekko zapadnięte, jakby znów był nastolatkiem, a nie dorosłym mężczyzną. Znałam ten obraz aż za dobrze. Wtedy zawsze znikałam ja.

Władysław przesunął krzesło bliżej stołu.

– W końcu to też moje pieniądze są w tych ścianach – powiedział, stukając palcem w blat. – Mam prawo wiedzieć, co się tu dzieje.

Coś we mnie drgnęło. Te ściany. Te same, które sprzątałam, malowałam, w których znałam każdy skrzypiący panel. A jednak w jego ustach brzmiały jak argument, nie jak dom.

– Judyta – odezwał się nagle Piotr, jakby chciał mnie wciągnąć do rozmowy. – Tata tylko chce mieć jasność.

Popatrzyłam na niego i po raz pierwszy pomyślałam, że on naprawdę nie widzi, co się dzieje. Albo nie chce widzieć. W mojej głowie zaczęły pojawiać się obrazy sprzed lat: decyzje podejmowane beze mnie, ustalenia, o których dowiadywałam się po fakcie, ciągłe „to tylko na chwilę”.

Władysław mówił dalej, a ja przestałam słuchać słów. Zostało jedno uczucie – ciasnota. Jakbym siedziała w cudzym mieszkaniu i powinna była zaraz oddać klucze. Nagle zrozumiałam coś, co wcześniej tylko przeczuwałam. Tu wszystko było warunkowe. Spokój, bezpieczeństwo, nawet miejsce przy stole. I po raz pierwszy w myślach pojawiło się zdanie, które mnie przestraszyło, ale też dziwnie wzmocniło: to nie musi tak wyglądać.

Mam dość bycia gościem

Tato – odezwałam się nagle, zanim zdążyłam to sobie przemyśleć.

Obaj spojrzeli na mnie jednocześnie. Piotr zaskoczony, jego ojciec z lekkim uniesieniem brwi, jakby nie spodziewał się, że wtrącę się do rozmowy.

– Słucham? – odpowiedział teść chłodno.

Serce waliło mi tak mocno, że miałam wrażenie, iż zaraz zdradzi mnie głos. Ale nie zamilkłam.

– Mówisz o prawach. O tym, co twoje, a co nie. A ja od lat mam wrażenie, że w tym domu… – zawahałam się na ułamek sekundy – …ja nie mam żadnych praw.

Piotr poruszył się nerwowo na krześle.

Judyta, może nie teraz… – zaczął.

– Właśnie teraz – przerwałam mu, patrząc prosto na niego. – Zawsze jest „nie teraz”.

Władysław odchylił się i skrzyżował ręce na piersi.

– Czy ja dobrze rozumiem – powiedział wolno – że ty masz jakieś pretensje?

– Mam dość – odpowiedziałam ciszej, ale pewniej, niż się spodziewałam. – Mam dość bycia gościem we własnym mieszkaniu. Mam dość słuchania, że wszystko jest czyjeś, tylko nie moje.

Zapadła cisza.

– To jest bardzo niewdzięczne – odparł w końcu Władysław. – Gdyby nie ja, nie siedziałabyś teraz przy tym stole.

– Może – przyznałam. – Ale to ja tu mieszkam. Ja tu żyję. I chcę wreszcie mieć prawo powiedzieć, że to jest mój dom.

Piotr wstał gwałtownie.

– Przestańcie oboje – powiedział podniesionym głosem. – Tato, Judyta nie chciała…

– Właśnie że chciałam – weszłam mu w słowo. – I chcę. Bo jeśli teraz zamilknę, już nigdy nie przestanę się czuć jak ktoś obcy.

Władysław też wstał. Jego twarz stężała.

– W takim razie musisz się liczyć z konsekwencjami – rzucił. – Pieniądze to nie prezent, tylko odpowiedzialność i dług do spłacenia.

– Moje życie nie jest rachunkiem do spłacenia – odpowiedziałam.

Piotr stał między nami, bezradny. Wiedziałam, że to moment, którego unikał całe życie. I że cokolwiek zrobi, nic już nie będzie takie jak wcześniej.

Jeśli ma się rozsypać, to na moich warunkach

Drzwi zamknęły się za Władysławem z hukiem. Stałam jeszcze chwilę w miejscu, jakby echo jego kroków mogło wrócić i wszystko odkręcić. Ale w mieszkaniu była już tylko cisza.

Piotr opadł na krzesło i schował twarz w dłoniach.

Po co to było… – powiedział bardziej do siebie niż do mnie.

Usiadłam naprzeciwko. Po raz pierwszy od dawna nie czułam potrzeby tłumaczenia się.

– Bo już nie mogłam inaczej – odpowiedziałam spokojnie. – Ty milczałeś latami. Ja razem z tobą.

Podniósł na mnie wzrok. Widziałam w nim strach, ale też coś nowego – świadomość, że to, co się wydarzyło, nie było impulsem, tylko skutkiem.

On nam tego nie zapomni – wyszeptał.

– Ja sobie nie wybaczyłabym, gdybym znowu nic nie powiedziała.

Nie odpowiedział. Patrzył na stół, na niedopaloną świecę, na papiery zostawione przez ojca. Jakby nagle zobaczył je po raz pierwszy.

Tamtej nocy nie było pojednania ani planów. Poszliśmy spać osobno, choć pod jednym dachem. Leżałam długo, czując jednocześnie lęk i ulgę. Nie wiedziałam, co będzie jutro, ani czy to mieszkanie pozostanie naszym wspólnym miejscem. Jednak wiedziałam jedno: pierwszy raz od lat nie czułam się tu jak gość. I nawet jeśli wszystko miało się rozsypać, to przynajmniej na moich warunkach.

Judyta, 39 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama