„W życiowym bingo wylosowała mi się teściowa jak z kawałów. Tak długo zatruwała mi życie, że sięgnęłam po zemstę”
„Kiedy Tomek mi się oświadczył, byłam najszczęśliwsza na świecie. Wiedziałam, że jest jedynakiem, a jego relacja z matką jest, delikatnie mówiąc, bliska. Ale zignorowałam czerwone lampki. Zignorowałam to, że dzwoniła do niego 3 razy dziennie, pytając, czy zjadł obiad i czy na pewno założył czapkę”.

- Redakcja
Kiedy brałam ślub z Tomkiem, sądziłam, że zyskuję nie tylko męża, ale i drugą rodzinę. O, jakże byłam naiwna. Moja teściowa, Jadwiga, wjechała w moje życie niczym czołg pomalowany w kwiatki, taranując moje granice, poczucie własnej wartości i... układ szafek w kuchni. To miała być sielanka w naszym nowym domu pod miastem, a zmieniła się w walkę o przetrwanie. Przez dwa lata płakałam w poduszkę, kłóciłam się z mężem i marzyłam o wyjeździe na inny kontynent. Aż pewnego dnia, zupełnie przypadkiem, odkryłam sekret, który zmienił układ sił przy rodzinnym stole. I nie, nie było to nie było nic niezgodnego z prawem.
Zignorowałam czerwone lampki
Wszystko zaczęło się niewinnie. Kiedy Tomek mi się oświadczył, byłam najszczęśliwszą kobietą na świecie. Wiedziałam, że jest jedynakiem, a jego relacja z matką jest, delikatnie mówiąc, bliska. Ale zignorowałam czerwone lampki. Zignorowałam to, że dzwoniła do niego trzy razy dziennie, pytając, czy zjadł obiad i czy na pewno założył czapkę, mimo że facet miał trzydzieści lat i prowadził własną firmę budowlaną. Prawdziwy dramat zaczął się, gdy kupiliśmy dom. Był to stary bliźniak do remontu, nasz wymarzony projekt. Mieliśmy wizję: nowoczesne wnętrza, loftowe dodatki, dużo przestrzeni. Jadwiga miała inną wizję. Wizję pełną koronek, porcelanowych figurek i meblościanek, które „szkoda wyrzucić, bo to solidne drewno”. Pamiętam dzień, w którym dostaliśmy klucze. Staliśmy w pustym salonie, planując, gdzie postawimy kanapę, gdy nagle w drzwiach stanęła ona. Z własnym kompletem kluczy (Tomek dał jej „na wszelki wypadek”, o czym zapomniał mi wspomnieć) i siatką pełną słoików z bigosem.
– Ewuniu, kochanie – zaczęła słodkim tonem, który z czasem zaczął wywoływać u mnie tiki nerwowe. – Ten kolor ścian... szary? Przecież to jak w więzieniu. Mężczyzna potrzebuje ciepła. Przyniosłam wam próbnik morelowych farb. Morela jest przepiękna.
Spojrzałam na Tomka, oczekując wsparcia. On tylko wzruszył ramionami i uśmiechnął się przepraszająco.
– Mamo, dopiero się wprowadzamy. Zobaczymy – powiedział miękko.
Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że „zobaczymy” w języku mojego męża oznacza „zrobimy tak, jak chcesz, tylko błagam, nie rób scen”. To był pierwszy kamyczek, który ruszył lawinę.
Niedzielny rosół o smaku porażki
Z miesiąca na miesiąc było tylko gorzej. Jadwiga uznała nasz dom za filię swojego mieszkania. Wpadała bez zapowiedzi, „przejazdem”, choć mieszkała na drugim końcu miasta. Zawsze miała powód: a to promocja na schab w pobliskim dyskoncie, a to przyniosła nam prasę, a to po prostu „tęskniła za synkiem”. Najgorsze były jednak niedzielne obiady. Ustaliłyśmy – a raczej ona to wymusiła – że będziemy jeść wspólnie. Raz u niej, raz u nas. Kiedy szliśmy do niej, musiałam wysłuchiwać dwugodzinnych monologów o tym, jak to dzisiejsze kobiety nie potrafią dbać o dom, przeplatanych pytaniami, kiedy wreszcie dam jej wnuka, bo „zegar tyka, a ona młodsza nie będzie”. Ale prawdziwe piekło działo się, gdy kolej wypadała na mnie. Cokolwiek ugotowałam, było źle.
– Rosół? Dobry, dobry... – mówiła, siorbiąc głośno. – Ale chyba trochę za mało tłusty. Tomek lubi, jak są oka. Pamiętasz, Tomusiu, jak ci gotowałam taki na trzech rodzajach mięsa? Ten to taki... dietetyczny. No ale teraz taka moda, żeby trawę jeść.
Moja pieczeń była za sucha, ziemniaki za mało słone, a ciasto „jak kupne”, nawet jeśli spędziłam nad nim pół nocy. Czułam się jak uczennica przy tablicy, która nie odrobiła lekcji. Moja pewność siebie malała z każdym tygodniem. Zaczęłam się stresować już w piątek wieczorem. Soboty spędzałam na sprzątaniu domu na błysk, żeby nie znalazła ani grama kurzu (co i tak się jej udawało). Tomek? Tomek był jak między młotem a kowadłem.
– Kochanie, ona taka jest. Nie zmienisz jej. Po prostu przytakuj – powtarzał mi wieczorami, gdy wściekła wyrzucałam z siebie żale. – Ona chce dobrze.
„Chce dobrze”. To zdanie doprowadzało mnie do białej gorączki. Czy przestawianie moich kosmetyków w łazience, bo „tak jest sensowniej”, to chęć czynienia dobra? Czy pranie naszych ubrań w jej proszku, bo mój „brzydko pachnie”, to też akt miłosierdzia?
Dzień, w którym pękła tama
Przełom nastąpił w lipcu. Pracowałam wtedy nad bardzo ważnym projektem. Jestem grafikiem, pracuję z domu, co w oczach Jadwigi oznaczało, że „siedzę przed komputerem i nic nie robię”. Miałam deadline, byłam niewyspana i zestresowana. Zamknęłam się w gabinecie, prosząc Tomka, żeby nikt mi nie przeszkadzał. Około południa usłyszałam dzwonek do drzwi. Potem charakterystyczny stukot obcasów na parkiecie. Zamknęłam oczy i modliłam się, żeby sobie poszła. Ale nie. Drzwi do mojego gabinetu otworzyły się z hukiem.
– Ewuniu! Zobacz, co ci przyniosłam! – Jadwiga stała w progu, trzymając w rękach... zasłony. Ciężkie, welurowe, w kolorze zgniłej zieleni. – Te twoje rolety to jakaś pomyłka. Słońce ci świeci w monitor, psujesz sobie oczy. Znalazłam te na strychu, jeszcze po mojej babci. Prawdziwy porządny materiał, nie to co teraz. Zaraz ci je powieszę.
– Mamo, proszę, pracuję – wycedziłam przez zęby, czując, jak pulsuje mi żyłka na skroni.
– Oj tam, praca nie zając. Pomóż mi tylko drabinę przynieść.
Wstałam. Nie po drabinę. Podeszłam do niej, wzięłam te ohydne zasłony i rzuciłam je na podłogę.
– Wyjdź – powiedziałam cicho.
– Słucham? – Jadwiga zamrugała, jakby nie rozumiała języka polskiego.
– Wyjdź z mojego gabinetu. I zabierz te szmaty. Mam dość! Dość twojego wtrącania się, twoich uwag, twojego rządzenia w moim domu! To jest MÓJ dom!
Zapadła cisza. Jadwiga zrobiła się czerwona, potem blada. Chwyciła się za serce w teatralnym geście.
– Do matki... tak do matki? Ja chciałam pomóc... Tomek! Słyszysz to?!
Tomek wbiegł do pokoju, przerażony. Awantura, która wybuchła potem, była epicka. Jadwiga wyszła, trzaskając drzwiami i zapowiadając, że jej noga więcej tu nie postanie. Tomek miał pretensje do mnie, że przesadziłam. Ja płakałam z bezsilności. Wiedziałam, że to nie koniec. Że ona wróci, i to ze zdwojoną siłą, w roli ofiary. Musiałam wymyślić coś innego. Wojna otwarta nie działała, bo robiła z niej męczennicę.
Olśnienie przy kieliszku wina
Kilka dni później spotkałam się z moją przyjaciółką, Anką. Anka jest psychologiem i ma niesamowity dar obserwacji. Opowiedziałam jej wszystko, sącząc trzecią lampkę wina.
– Wiesz, Ewa – powiedziała, kręcąc kieliszkiem. – Ty walczysz z wiatrakami. Ona nie wtrąca się dlatego, że cię nienawidzi. Ona to robi, bo czuje, że traci kontrolę. Całe życie była matką, kierowniczką domowego ogniska. Teraz jej syn ma inną kobietę, a ona czuje się bezużyteczna. Jej krytyka to desperacka próba udowodnienia, że wciąż jest potrzebna, że wie lepiej.
– To co mam zrobić? Dać jej się wykończyć?
– Nie. Musisz odwrócić wektor. Zamiast budować mury, daj jej pole do popisu. Ale takie, które ty wybierzesz. Zajmij ją czymś tak bardzo, żeby nie miała czasu na przestawianie ci szafek. Bądź sprytniejsza. Zastosuj strategię „na ekspertkę”.
Wróciłam do domu zamyślona. Plan zaczął kiełkować w mojej głowie. Był ryzykowny, wymagał ode mnie schowania dumy do kieszeni i zagrania roli, której nienawidziłam. Ale jeśli miał zadziałać, warto było spróbować.
Jadwiga była wniebowzięta
Tydzień później zadzwoniłam do Jadwigi. Pierwsza. To był pierwszy krok. Zazwyczaj to ona dzwoniła, a ja unikałam kontaktu.
– Mamo? – zaczęłam niepewnie. – Przepraszam za tamtą sytuację. Byłam zestresowana. Ale wiesz... dzwonię, bo mam problem i tylko ty możesz mi pomóc.
Cisza w słuchawce była gęsta.
– O co chodzi? – zapytała chłodno, ale wyczułam nutkę ciekawości.
– Chodzi o ogród. Kupiłam te hortensje, ale one więdną. A pamiętam, że u ciebie na balkonie kwiaty zawsze kwitły tak pięknie. Masz taką rękę do roślin... Czy mogłabyś przyjechać i mi doradzić? Ale tak szczerze?
Przyjechała godzinę później. Była podejrzliwa, ale gdy zaprowadziłam ją do ogrodu i wręczyłam sekator, coś w niej pękło. Przez dwie godziny słuchałam wykładu o pH gleby i nawozach. Przytakiwałam, notowałam (naprawdę notowałam!) i zachwycałam się jej wiedzą.
– Widzisz, dziecko – mówiła, ocierając pot z czoła, ale z uśmiechem. – Trzeba wiedzieć, jak ciąć.
To był dopiero początek. Zaczęłam systematycznie zasypywać ją prośbami. Ale nie o byle co. Wybierałam zadania, które były czasochłonne, wymagały jej „eksperckiej” wiedzy i trzymały ją z dala od moich newralgicznych punktów (kuchni i sypialni).
– Mamo, szukam przepisu na idealny sernik na urodziny Tomka. Ale taki tradycyjny, wiesz, mielony trzy razy. Czy mogłabyś wyszukać w swoich starych zapiskach ten najlepszy i może... upiec próbny? Boję się, że ja to zepsuję.
Jadwiga była wniebowzięta. Piekła serniki przez trzy weekendy z rzędu, przynosząc nam do degustacji. Była tak zajęta ucieraniem sera, że przestała zauważać kurz na moich półkach.
Niska cena za święty spokój
Największy majstersztyk zaplanowałam na jesień. Powiedziałam jej, że marzę o ręcznie robionych, szydełkowych zazdrostkach do kuchni, takich jak widziałam w starych żurnalach.
– Ale takich teraz nie można kupić, mamo. To ginący zawód. A ty tak pięknie szydełkujesz... Myślisz, że to by było bardzo trudne?
Oczy jej się zaświeciły. To było wyzwanie godne jej talentu.
– Dla mnie? Żaden problem, Ewuniu. Ale to potrwa. To precyzyjna robota.
Przez następne dwa miesiące mieliśmy spokój. Jadwiga nie przyjeżdżała w weekendy, bo „musiała dokończyć wzór”. Dzwoniła tylko, żeby zrelacjonować postępy. Kiedy wpadaliśmy do niej, była zbyt zmęczona ślęczeniem nad robótką, żeby krytykować mój strój. Czuła się ważna. Czuła, że tworzy coś, co będzie centralnym punktem naszego domu (oczywiście zazdrostki powiesiłam, bo faktycznie były ładne, choć zupełnie nie w moim stylu – ale to była niska cena za święty spokój). Zmieniła się też dynamika między nami. Przestałam być „tą, która zabrała jej syna”, a stałam się „tą, która docenia jej doświadczenie”. Kiedy pytałam ją o radę – nawet jeśli potem robiłam po swojemu – ona czuła się wysłuchana. Jej potrzeba kontroli została zaspokojona, ale na moich warunkach.
Nie jest idealnie, ale da się żyć
Czy Jadwiga przestała być sobą? Oczywiście, że nie. Nadal potrafi wbić szpilę, nadal próbuje meblować nam życie. Ale teraz mam na nią tarczę. Kiedy zaczyna marudzić, natychmiast wymyślam jej „misję”.
– O, dobrze że o tym mówisz, mamo. Właśnie miałam pytać, czy nie pomogłabyś mi poszukać najtańszego ubezpieczenia samochodu? Ty masz taki talent do wyłapywania drobnego druczku w umowach.
I wiecie co? To działa. Ona czuje się potrzebna, Tomek ma spokój, bo matka i żona już nie skaczą sobie do gardeł, a ja... ja odzyskałam swój dom. Zrozumiałam, że walka z teściową to nie zapasy w błocie, gdzie wygrywa silniejszy. To bardziej aikido – trzeba wykorzystać siłę przeciwnika, żeby przekierować jego atak. Wczoraj przyszła do nas na obiad. Spojrzała na moje nowe, ciemne zasłony w salonie. Skrzywiła się. Już otwierała usta, żeby powiedzieć, że są ponure, kiedy szybko wtrąciłam:
– Mamo, zanim usiądziemy... Mam do ciebie ogromną prośbę. Planujemy przetwory na zimę, ale kompletnie nie wiem, jak się zabrać za ogórki kiszone, żeby były chrupkie. Czy mogłabyś...
Jej twarz pojaśniała.
– Dziecko, bez chrzanu i odpowiedniej ilości czosnku nic nie zrobisz. Chodź, rozpiszę ci listę zakupów.
Uśmiechnęłam się do Tomka ponad jej głową. Puścił mi oko. Wygrałam. Może nie bitwę, ale z pewnością pokój. I wiecie co? Te ogórki pewnie wyjdą pyszne.
Ewa, 32 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „W tłusty czwartek chciałam ciepła przy stole z rodziną. Jedna szpila teściowej sprawiła, że pączek utknął mi w gardle”
- „Gdy mój mąż kupił karton pączków z dyskontu, oniemiałam. Ja liczę grosz do grosza, a wielki pan szasta kasą”
- „Po latach ciszy stanęłyśmy z siostrą przy 1 stole. Nie sądziłam, że słodkie pączki tak szybko skleją nam pęknięte serca”