Reklama

Niedziele u teściowej zawsze wyglądały tak samo, jakby czas zatrzymał się w latach dziewięćdziesiątych. Ciężka, dębowa meblościanka, zapach gotowanej kury i tykanie starego zegara. Ale ta niedziela była inna. Powietrze w salonie było gęste, lepkie od niewypowiedzianych słów i oczekiwań, które wisiały nad nami niczym burzowe chmury.

Szykowała się awantura

Siedziałam na brzegu welurowej kanapy, kołysząc w ramionach mojego trzymiesięcznego synka. Spał spokojnie, nieświadomy tego, że za chwilę stanie się centrum cyklonu. Paweł, mój mąż, siedział obok, nerwowo skubiąc skórkę przy paznokciu. Robił to zawsze, gdy czuł presję ze strony matki, a jednocześnie bał się stanąć w mojej obronie.

Teściowa krzątała się w kuchni, głośno uderzając garnkami. To była demonstracja siły i poświęcenia. „Dla was haruję, a wy tylko siedzicie” – zdawały się krzyczeć garnki. Wiedziałam, że temat chrzcin jest nieunikniony. Przez ostatnie tygodnie unikałam go jak ognia, zbywając jej telefony półsłówkami, ale termin się zbliżał. Musieliśmy ustalić szczegóły, a przede wszystkim, musieliśmy ostatecznie zamknąć temat imienia.

Dla nas sprawa była jasna od drugiego miesiąca ciąży. Mieszko – silne, polskie, piastowskie imię. Kojarzyło nam się z początkiem czegoś nowego, z budowaniem. Dla teściowej jednak Mieszko był fanaberią. Dla niej istniało tylko jedno imię godne jej pierwszego wnuka: Stefan.

Uparła się

Problem ze Stefanem – moim nieżyjącym teściem – był złożony. Zmarł trzy lata temu. Odkąd go nie ma, teściowa rozpoczęła proces jego beatyfikacji. W jej opowieściach teść był mężem idealnym, ojcem roku, lokalnym bohaterem i niemalże świętym. Rzeczywistość, którą znałam ze zwierzeń Pawła, była jednak zupełnie inna. Teść był człowiekiem surowym, zimnym, a momentami despotycznym. Paweł całe dzieciństwo spędził na próbach zasłużenia na jego aprobatę, której nigdy nie otrzymał.

Pomysł, by nasz syn nosił imię człowieka, który zafundował mojemu mężowi lata traumy, wydawał mi się nie tylko absurdalny, ale wręcz okrutny. Teściowa weszła do salonu z wazą. Postawiła ją na stole z takim hukiem, że mały drgnął w moich ramionach.

– No, jedzcie, póki gorące – rzuciła. Nakładała makaron drżącą ręką. – Prawdziwy, domowy, na wiejskiej kurze. Nie to, co te wasze modne diety pudełkowe.

– Mamo, prosiłem – westchnął Paweł. – Oliwia gotuje świetnie, po prostu mamy teraz mało czasu przy małym.

Ulegliśmy jej

– Oczywiście, oczywiście – machnęła ręką, siadając naprzeciwko mnie. Jej wzrok natychmiast powędrował na zawiniątko w moich ramionach. Jej oczy zaszkliły się. – Jak on słodko śpi. Cały dziadek. Te same usta, ten sam kształt noska. Wykapany Stefek.

Zacisnęłam zęby tak mocno, że aż zabolała mnie szczęka. Mój syn miał mój nos i usta Pawła. Nie przypominał jej męża w najmniejszym stopniu, ale ona widziała to, co chciała widzieć. Projektowała na to niewinne dziecko swoje niespełnione tęsknoty i, co gorsza, swoją potrzebę kontroli.

Wszystko rozbijało się o wątek, który od roku spędzał mi sen z powiek – mieszkanie. Kiedy zaszłam w ciążę, nasze dwa pokoje w bloku z wielkiej płyty okazały się za ciasne. Chcieliśmy czegoś większego. Wtedy wkroczyła teściowa. „Ojciec zostawił oszczędności” – powiedziała wtedy. „To są pieniądze dla rodziny. Dołożę wam do wkładu własnego, żebyście mieli lżej”.

Wiedziałam, że darmowe obiady nie istnieją, a pieniądze od teściowej to cyrograf podpisany własną krwią. Ale Paweł był zachwycony. „To szansa na 70 metrów, pomyśl o dziecku” – przekonywał. Uległam. Wzięliśmy te pieniądze.

Wszystko zaplanowała

Od tamtej pory uważała się za udziałowca naszego życia. Wybierała kolor kafelków do łazienki, krytykowała wybór wózka, a teraz rościła sobie prawa do nazwania naszego syna. Czuła, że nas kupiła, że ma prawo głosu, bo jej przelew widniał w historii naszego konta.

Czułam ciężar tego długu, ale patrząc na śpiącego Mieszka, zrozumiałam coś ważnego. Mieszkanie to ściany i podłogi. Imię to tożsamość, to coś, co człowiek niesie przez całe życie. Nie mogłam pozwolić, by mój syn stał się żywym pomnikiem swojego dziadka tylko dlatego, że mieliśmy ładniejszy salon dzięki pieniądzom babci.

– Rozmawiałam wczoraj z księdzem proboszczem – zaczęła teściowa, siorbiąc głośno rosół. – Bardzo się ucieszył, że chrzciny będą w naszej parafii.

Spojrzałam na Pawła. Mieliśmy chrzcić dziecko w naszej parafii, w nowym miejscu zamieszkania. Ustaliliśmy to miesiąc temu. Paweł spuścił wzrok i zaczął intensywnie mieszać w talerzu.

– Mamo, mówiliśmy ci, że zrobimy to u nas, w kościele Dominikanów – powiedziałam spokojnie.

Nie mieliśmy głosu

– Dziecko drogie – uśmiechnęła się z irytującą pobłażliwością. – U was to jest jakiś nowoczesny budynek, a nie kościół. Tutaj jest tradycja. Tutaj Stefan brał chrzest, potem ty, tutaj był nasz ślub i pogrzeb taty. To symboliczne.

– To nasze dziecko, mamo – wtrącił cicho Paweł.

– Wasze, wasze – prychnęła. – Ale rodzina jest wspólna. Zresztą już zamówiłam salę w restauracji.

– Zamówiłaś salę? Bez konsultacji z nami? – zapytałam, czując, jak krew uderza mi do głowy.

– Ktoś musi myśleć o organizacji, skoro wy jesteście tak zajęci wychowaniem – zaakcentowała ostatnie słowo z wyraźną kpiną. – Poza tym chciałam wam zrobić niespodziankę. Zapłaciłam zaliczkę.

– Mamo, to nie jest w porządku – Paweł w końcu podniósł głowę. – Mieliśmy inne plany.

– Plany się zmieniają – ucięła krótko. – A propos planów… wyjęłam z szafy zaproszenia. Te puste, które wam zostały. Wypisałam je dla rodziny ze strony ojca, bo wy ich nawet nie znacie, a wypada zaprosić.

Byłam wściekła

W tym momencie mój żołądek zacisnął się w supeł. Miałam złe przeczucie.

– Pokaż mi te zaproszenia – powiedziałam.

Teściowa zawahała się w progu kuchni.

– Po co? Już są w kopertach.

– Pokaż mi te zaproszenia – mój głos był lodowaty.

Teściowa westchnęła teatralnie, podeszła do kredensu i wyjęła plik białych kopert. Rzuciła je na stół.

– Proszę bardzo, skoro musisz wszystko kontrolować.

Otworzyłam pierwszą z brzegu. Odręczne pismo teściowej. „Serdecznie zapraszamy na uroczystość Chrztu Świętego…”. Mój wzrok przesunął się niżej. Serce przestało mi bić na sekundę. „…Stefana Pawła…”.

– Co to jest? – zapytałam, trzymając kartkę w drżącej dłoni.

Paweł wyrwał mi zaproszenie. Jego twarz pobladła.

– Mamo? Co ty napisałaś? – zapytał z niedowierzaniem.

Była nieprzejednana

Teściowa oparła się o stół, przyjmując postawę obronną.

– Napisałam prawdę. Tak jak powinno być.

– On ma na imię Mieszko! – krzyknęłam. Synek w wózku zakwilił, wybudzony moim podniesionym głosem. – Mieszko Paweł! Tak jest w akcie urodzenia! Tak zdecydowaliśmy!

Teściowa prychnęła, jakby usłyszała kiepski żart.

– Akt urodzenia to tylko papierek. W urzędzie możecie sobie wpisywać, co chcecie. Ale przed Bogiem, przed rodziną on jest Stefan.

– Bo ty tak chcesz? Bo masz obsesję?

– Nie waż się tak do mnie mówić w moim domu! – uderzyła dłonią w stół. – Tu chodzi o szacunek! O pamięć! Mój mąż, a ojciec tego tutaj – wskazała na Pawła – nie żyje. Odszedł za wcześnie. To wasz obowiązek uczcić jego pamięć. Mieszko? Co to za imię? Jak dla jakiegoś poganina z lasu! Stefan to imię królewskie, dostojne.

– Mieszko to pierwszy władca Polski! – odparowałam absurdalnie, czując, jak dyskusja schodzi na poziom surrealizmu.

Liczyła na litość

– Nie interesuje mnie historia z podręczników! Interesuje mnie historia tej rodziny! – podeszła do mnie blisko. – Dałam wam pieniądze na mieszkanie, pomagam wam, a wy nie możecie zrobić tego jednego gestu? Chcecie wymazać Stefana z pamięci? Chcecie mnie dobić?

Zaczęła płakać. To była jej tajna broń. Szloch połączony z łapaniem się za serce.

– Serce mi pęka… Własny syn, własna synowa… Tyle poświęceń, a ja chcę tylko, żeby mały Stefek biegał po świecie…

Patrzyłam na nią i nie czułam współczucia, tylko obrzydzenie. To była czysta manipulacja, wykorzystywanie pieniędzy i zmarłego męża do tego, by postawić na swoim, by udowodnić, że to ona wciąż rządzi.

– Nie możesz kupić imienia dla mojego dziecka – powiedziałam twardo. – Możesz odebrać te pieniądze. Możemy sprzedać to mieszkanie i wrócić do kawalerki, ale on będzie Mieszko.

– Paweł! – krzyknęła, odwracając się do syna. – Powiedz jej coś! Jesteś głową rodziny czy pantoflarzem?! Twój ojciec w grobie się przewraca!

Powiedział prawdę

Paweł siedział zgarbiony, ściskając to nieszczęsne zaproszenie. Przez lata widziałam go w takich sytuacjach dziesiątki razy. Zawsze wybierał święty spokój i mówił: „Odpuśćmy, wiesz, jaka ona jest”. Bałam się, że teraz powie to samo, że zaproponuje kompromis: „Niech będzie Stefan Mieszko”. Że zdradzi nas dla spokoju przy niedzielnym obiedzie.

Paweł powoli wstał. Był blady, ale jego ręce przestały drżeć. Spojrzał na matkę, potem na mnie, a na końcu na płaczącego w wózku syna.

– Mamo – zaczął cicho.

– No powiedz jej! – ponaglała teściowa.

– Nie, mamo. Ty posłuchaj – Paweł podniósł głos. Pierwszy raz od dawna słyszałam w nim taką moc. – Ojciec się w grobie nie przewraca. Ojciec ma to gdzieś, bo nie żyje, a wiesz, co robił, jak żył?

– Nie szkaluj ojca! – syknęła.

– Nie szkaluję. Mówię prawdę. Ojciec mnie terroryzował. Zawsze wszystko musiało być tak, jak on chciał. Moje studia, moja praca, moje hobby. Wszystko krytykował. Nigdy nie byłem dla niego dość dobry. Nienawidziłem swojego imienia, bo dałaś mi na drugie Stefan, a ja czułem się jak jego własność, a nie odrębny człowiek.

Była w szoku

Teściowa otworzyła usta, jakby chciała coś powiedzieć, ale nie wydobył się z nich żaden dźwięk. Była w szoku. Paweł nigdy nie mówił o tym głośno.

– Nie zrobię tego mojemu synowi – kontynuował, biorąc małego na ręce. Przytulił go mocno. – Nie nazwę go imieniem człowieka, którego się bałem. Nie obarczę go tym ciężarem. On jest Mieszko. To jest czysta karta, nowe życie.

– Jak możesz… – wyszeptała teściowa, opadając na krzesło. Wyglądała nagle na bardzo starą i bardzo małą. – Po tym wszystkim, co dla was zrobiłam…

– Oddamy ci pieniądze – przerwał jej Paweł. – Weźmiemy kredyt, pożyczymy. Jeśli cena za twoją pomoc to posłuszeństwo i rezygnacja z nas samych, to ja dziękuję. Nie chcę takiej pomocy.

W pokoju zapadła cisza. Słychać było tylko tykanie zegara i ciche pochlipywanie Mieszka, który uspokajał się w ramionach ojca. Czułam, jak łzy napływają mi do oczu, ale tym razem były to łzy ulgi i dumy. Mój mąż w końcu odciął pępowinę. To było bolesne, brutalne, ale konieczne. Paweł podszedł do stołu, wziął pęk zaproszeń wypisanych ręką matki i podarł je.

Postawił ultimatum

– Chrzciny odbędą się za trzy tygodnie u Dominikanów. Zaproszenie dostaniesz pocztą, takie samo, jak wszyscy inni. Jeśli przyjdziesz i uszanujesz naszą decyzję, będziesz mile widziana jako babcia. Jeśli masz zamiar robić sceny albo nazywać go Stefanem, lepiej zostań w domu.

Spakowaliśmy się w milczeniu. Teściowa siedziała przy stole, tępo patrząc w wystygły rosół. Nie odezwała się ani słowem, nie odprowadziła nas do drzwi. Kiedy wsiedliśmy do samochodu, Paweł oparł czoło o kierownicę i siedział tak przez dobrą minutę.

– Przepraszam – powiedział w końcu.

– Za co?

– Że to trwało tak długo. Że musiało dojść do tego momentu, żebym w końcu to zrozumiał. Bałem się jej całe życie.

– Byłeś niesamowity – powiedziałam szczerze. – Obroniłeś nas.

Paweł spojrzał w lusterko wsteczne na syna. Mały spał, nieświadomy rewolucji, którą właśnie wywołał swoim istnieniem.

– Mieszko – powiedział Paweł. – Brzmi dobrze, jak wolność.

Zacisnęliśmy pasa

Wiedzieliśmy, że będzie ciężko, że będziemy musieli spłacić teściową, co prawdopodobnie oznacza lata zaciskania pasa, a może nawet sprzedaż auta, ale czuliśmy się bogatsi niż kiedykolwiek. Odzyskaliśmy coś bezcennego – naszą autonomię.

Teściowa nie odzywała się przez dwa tygodnie. Dzwoniły ciotki, próbując mediować, tłumacząc, że stara kobieta, że tradycja, że nie warto palić mostów, ale my byliśmy nieugięci. Paweł powtarzał każdemu to samo: „Zapraszamy na chrzest Mieszka. Jeśli komuś nie pasuje imię, nie musi przychodzić”.

Dzień chrztu był słoneczny. Kiedy staliśmy przy chrzcielnicy, czułam spokój. Do ostatniej chwili nie wiedzieliśmy, czy teściowa przyjdzie. Kiedy ksiądz zapytał: „O co prosicie Kościół Boży dla Mieszka?”, usłyszałam za sobą stukot obcasów. Odwróciłam się. Teściowa stała w ostatniej ławce. Była ubrana na czarno, jakby wciąż nosiła żałobę. Nie podeszła bliżej, nie uśmiechała się, ale była.

Jednak przyszła

Po ceremonii, gdy goście składali życzenia przed kościołem, podeszła do nas. Paweł zesztywniał, gotowy do ataku. Teściowa spojrzała na dziecko śpiące w białym rożku. Wyciągnęła rękę, ale cofnęła ją w połowie drogi.

– Ładnie wygląda – powiedziała sucho. – Ale jako Stefan wyglądałby lepiej.

– Mamo, to jest Mieszko.

Teściowa zacisnęła usta, pokiwała głową i wyciągnęła z torebki kopertę.

– To na start dla małego. Nie myślcie, że wam odpuszczę ten dług za mieszkanie. Spiszemy umowę u notariusza. Będziecie spłacać w ratach.

– Oczywiście – odpowiedział Paweł. – Tak będzie uczciwie.

– No to idę. Nie będę wam psuć nowoczesnego obiadu.

Odwróciła się na pięcie i odeszła. Wiedziałam, że nasza relacja nigdy nie będzie ciepła i serdeczna, ale granice zostały postawione. Ona wie, że nie może nas już kupić ani zastraszyć. Spojrzałam na mojego syna. Otworzył oczy i spojrzał na mnie. Nie był Stefanem. Nie był przedłużeniem czyjejś pamięci. Był sobą, a my byliśmy naprawdę rodziną. Nie idealną, trochę zadłużoną, z trudną teściową w tle, ale na naszych zasadach. I to było warte każdej awantury nad niedzielnym rosołem.

Oliwia, 33 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama