„Teściowa ciągle wtyka nos w nasze sprawy. Jeszcze gorsze jest to, że mój mąż jej zawsze potulnie przytakuje”
„To miał być zwykły wtorek, kiedy przypadkiem zostawiony na blacie telefon obnażył prawdę tak bolesną, że zachwiała całym moim światem. Zrozumiałam wtedy, że w moim małżeństwie jestem tylko gościem, a prawdziwe decyzje zapadają w zupełnie innym domu”.

- Redakcja
Myślałam, że biorę ślub z mężczyzną mojego życia, partnerem, z którym będę dzielić radości i troski aż do późnej starości. Nie zauważyłam jednak, że w pakiecie, małym drukiem na dole aktu małżeństwa, dopisano obecność trzeciej osoby. Przez lata żyłam w iluzji, tłumacząc sobie, że to tylko troska, że to specyficzna więź matki z synem, że powinnam być wdzięczna za pomoc. To miał być zwykły wtorek, kiedy przypadkiem zostawiony na blacie telefon obnażył prawdę tak bolesną, że zachwiała całym moim światem. Zrozumiałam wtedy, że w moim małżeństwie jestem tylko gościem, a prawdziwe decyzje zapadają w zupełnie innym domu.
Chciałam być dobrą synową
Kiedy poznałam Pawła, wydawał się ucieleśnieniem moich marzeń. Był opiekuńczy, szarmancki i niezwykle rodzinny. To ostatnie ujęło mnie najbardziej. Sama wychowałam się w domu, gdzie relacje były chłodne, więc widok dorosłego faceta, który z szacunkiem wypowiada się o swojej matce, był dla mnie sygnałem, że trafiłam na dobrego człowieka. Teresę poznałam po trzech miesiącach. Przyjęła mnie w swoim nienagannie czystym salonie, częstując szarlotką, która smakowała jak niebo, i herbatą w porcelanie cienkiej jak pergamin.
– Cieszę się, że Paweł kogoś ma – powiedziała wtedy, mierząc mnie wzrokiem, który był jednocześnie badawczy i życzliwy. – Mój syn potrzebuje silnej ręki, ale i dużo ciepła.
Wtedy wzięłam to za komplement. Nie wiedziałam jeszcze, że „silna ręka” w jej słowniku oznaczała wyłączność na sterowanie jego życiem. Pierwsze sygnały były subtelne. Wybór sali weselnej? My chcieliśmy rustykalną stodołę, Teresa zasugerowała elegancki hotel w centrum, bo „co powiedzą ciotki z Krakowa”. Paweł, widząc moje wahanie, ujął moją dłoń i poprosił, byśmy ustąpili, bo mamie tak bardzo zależy. Ustąpiłam. Przecież to tylko sala, pomyślałam. Ważne, że bierzemy ślub.
Kiedy wręczaliśmy zaproszenia, Teresa miała już gotową listę gości ze swojej strony, dwukrotnie dłuższą niż nasza. Znowu ustąpiłam. Chciałam być dobrą synową, chciałam wpasować się w tę idealną rodzinę. Nie zauważyłam momentu, w którym przestałam decydować o kolorze serwetek na własnym przyjęciu, a zaczęłam realizować wizję kobiety, która swój ślub miała trzydzieści lat temu.
Czułam się we własnym domu jak intruz
Prawdziwe problemy zaczęły się, gdy postanowiliśmy kupić mieszkanie. Mieliśmy oszczędności, ale brakowało nam na wkład własny do wymarzonego metrażu. Teresa zaoferowała pomoc. Była to kwota znaczna, która rozwiązywała nasze problemy kredytowe. Byłam jej wdzięczna, naprawdę. Płakałam ze wzruszenia, dziękując za ten gest.
– To dla was, dzieci – mówiła, głaszcząc Pawła po policzku. – Chcę, żebyście mieli dobry start.
Szybko okazało się, że darowizna ma swoje warunki. Nie spisane u notariusza, ale wyryte w codzienności. Teresa uznała, że skoro dołożyła pieniądze, ma prawo głosu w kwestii lokalizacji. Nasze marzenie o cichym osiedlu pod lasem zostało wyśmiane jako „niepraktyczne zadupie”. Kupiliśmy mieszkanie dwie ulice od niej.
– Będę mogła wpadać z obiadem – cieszyła się.
I wpadała. Miała własny komplet kluczy, który Paweł wręczył jej bez konsultacji ze mną. Wracałam z pracy i zastawałam przestawione meble, bo „tak jest lepsze światło”. Znajdowałam nowe firanki, bo te, które wybrałam, były „zbyt ponure”. Kiedy próbowałam protestować, Paweł patrzył na mnie wzrokiem zbitego psa.
– Kochanie, ona chce dobrze. Nie róbmy przykrości mamie, tyle nam pomogła – powtarzał jak mantrę.
Czułam się we własnym domu jak intruz. Każda moja decyzja, od koloru ręczników po markę płynu do naczyń, była poddawana audytowi. Kiedyś, podczas niedzielnego obiadu, Teresa stwierdziła, że powinnam zmienić pracę, bo obecna zajmuje mi zbyt wiele czasu i zaniedbuję dom. Spojrzałam na męża, oczekując wsparcia. On tylko pokiwał głową i dodał:
– Mama ma trochę racji, Justynko. Ostatnio rzadko gotujesz.
To był pierwszy raz, kiedy poczułam ukłucie prawdziwego gniewu. Nie na nią, ale na niego.
Zaczęłam tracić wiarę w siebie
Narodziny naszej córki miały być nowym otwarciem. Miałam nadzieję, że rola ojca doda Pawłowi pewności siebie, że w końcu staniemy się autonomiczną jednostką. Jakże się myliłam. Julka stała się kolejnym projektem Teresy. Jeszcze w szpitalu teściowa skrytykowała imię, które wybraliśmy. Proponowała Annę lub Marię. Tym razem postawiłam na swoim, choć kosztowało mnie to tygodnie dąsów i pasywno-agresywnych uwag przy każdej wizycie.
Wychowanie dziecka stało się polem bitwy. Teresa ciągle mnie krytykowała, czepiała się, że źle karmię dziecko, źle układam do snu, że ogólnie nie znam się na niczym. Najgorsze było jednak to, jak Paweł reagował na te sytuacje. Zamiast stać murem za żoną i matką swojego dziecka, on konsultował z matką każde kichnięcie córki.
– Justyna, mama uważa, że Marysia jest za lekko ubrana na spacer – rzucał, zamiast zapytać mnie o zdanie.
Czułam się, jakbym miała dwoje dzieci, z tą różnicą, że jedno z nich miało trzydzieści parę lat i zarost. Moje kompetencje jako matki były podważane na każdym kroku. Zaczęłam tracić wiarę w siebie. Może faktycznie robię wszystko źle? Może Teresa, która wychowała trzech synów, naprawdę wie lepiej? Ta myśl towarzyszyła mi coraz częściej.
Ziarno niepewności zostało zasiane
Kolejny wątek, który powoli niszczył nasze relacje, to pieniądze. Mieliśmy wspólne konto, ale Paweł zawsze zajmował się opłatami. Ja robiłam zakupy spożywcze, kupowałam ubrania dla córki, on płacił czynsz i media. Wydawało się to sprawiedliwe, dopóki nie zaczęły się dziwne braki w budżecie. Paweł często narzekał, że ledwo wiążemy koniec z końcem. Rezygnowaliśmy z wakacji, z wyjść do restauracji, ja przestałam kupować sobie kosmetyki czy nowe ubrania. Tymczasem Teresa regularnie chwaliła się nowym sprzętem AGD, remontem łazienki czy drogimi zabiegami w sanatorium.
– Synku, dziękuję za pomoc w wyborze pralki – mówiła przy kawie, uśmiechając się tajemniczo.
Nie podejrzewałam niczego złego. Myślałam, że tylko jej doradzał. Prawda zaczęła do mnie docierać, gdy pewnego dnia znalazłam w kieszeni marynarki Pawła paragon ze sklepu budowlanego na kwotę trzech tysięcy złotych. To były panele podłogowe. U nas podłogi były stare, u Teresy właśnie trwał remont sypialni.
– Paweł, o co chodzi z tym paragonem? – zapytałam wprost.
– A, to... mama prosiła, żebym jej to kupił, oddała mi gotówkę – odpowiedział szybko, nie patrząc mi w oczy.
Uwierzyłam. Chciałam wierzyć. Bo alternatywa – że mój mąż finansuje zachcianki matki kosztem naszej rodziny – była zbyt przerażająca. Jednak ziarno niepewności zostało zasiane. Zaczęłam uważniej przyglądać się naszym finansom, ale Paweł zmienił hasła do bankowości internetowej, twierdząc, że to ze względów bezpieczeństwa.
On nie miał własnego zdania
To był wtorek. Zwykły, szary wtorek. Paweł brał prysznic, a jego telefon leżał na kuchennym blacie. Zazwyczaj nie ruszałam jego rzeczy, szanowałam prywatność. Ale tego dnia Lenka bawiła się w kuchni i wylała trochę soku. Wycierając blat, przesunęłam telefon, który akurat się podświetlił. Na ekranie wyświetliła się wiadomość od „Mama”. Treść była krótka, ale sprawiła, że aż usiadła. „Pamiętaj, żeby przelać mi trochę z tej twojej premii”.
Odblokowałam telefon. Znałam kod – datę urodzin jego matki. Nigdy wcześniej go nie używałam, ale teraz nie miałam skrupułów. To, co zobaczyłam w historii wiadomości, przerosło moje najgorsze obawy. To nie była tylko kwestia pieniędzy. To była cała kronika mojego małżeństwa, sterowana z tylnego siedzenia. Przewijałam wiadomości w górę, a łzy same płynęły mi po policzkach. Dwa tygodnie wcześniej, kiedy Paweł powiedział, że musi zostać w pracy na nadgodziny i nie może odebrać córki z przedszkola, w rzeczywistości był u Teresy. „Synku, przyjedź, trzeba pomóc mi z ogrodem.” – pisała Teresa. A on odpisywał: „Dobra, mamo. Będę po pracy”. Rok wcześniej, kiedy chcieliśmy jechać na wakacje do Chorwacji, a nagle okazało się, że ma jakieś ważne sprawy w pracy. Wiadomość od Teresy: „Nie możecie jechać teraz, potrzebuję cię na miejscu w lipcu, będę robić przetwory i musisz mnie wozić na działkę”. Paweł: „Ok, najwyżej pojedziemy w innym terminie”.
Czytałam dalej, cofając się o lata. Każda nasza kłótnia była przez niego raportowana matce. Okazało się, że moje małżeństwo to teatr marionetek. Ja byłam widzem, który myślał, że bierze udział w sztuce, podczas gdy Paweł był lalką, a sznurki pociągała Teresa. On nie miał własnego zdania. Nawet jego kłamstwa nie były jego. Konsultował z nią wszystko.
Wiedziałam już, że nie wygram
Woda pod prysznicem przestała szumieć. Odłożyłam telefon na miejsce, dokładnie tak, jak leżał. Czułam dziwny spokój. To był spokój kogoś, kto w końcu zrozumiał reguły gry. Wiedziałam już, że nie wygram. Nie w tym układzie. Nie da się wygrać z przeciwnikiem, który zna każdy twój ruch, bo twój własny sojusznik donosi mu o wszystkim. Paweł wszedł do kuchni, wycierając włosy ręcznikiem. Uśmiechnął się do mnie. Ten uśmiech, który kiedyś kochałam, teraz wydawał mi się maską.
– Zrobisz kawkę, kochanie? – zapytał beztrosko.
Spojrzałam na niego i po raz pierwszy od lat zobaczyłam go naprawdę. Nie był moim partnerem. Był dużym chłopcem, który bał się dorosnąć i odciąć pępowinę.
– Paweł, czy dostałeś premię w tym miesiącu? – zapytałam cicho.
Zauważyłam, jak jego mięśnie się napinają. Przez ułamek sekundy szukał w głowie gotowej odpowiedzi, pewnie tej, którą ustalił z matką.
– Nie, skąd. Przecież wiesz, że jest ciężko w firmie. Zwolnienia nawet planują – odpowiedział gładko, sięgając po kubek.
– A co z samochodem? Tym, o którym rozmawiałeś z matką? – drążyłam, patrząc mu prosto w oczy.
Zbladł. Kubek zadrżał w jego dłoni.
– Skąd... grzebałaś w moim telefonie? – przeszedł do ataku. To też była pewnie taktyka Teresy: najlepszą obroną jest atak.
– Tak. I wiem wszystko. Wiem o pieniądzach, wiem o „nadgodzinach” w ogródku twojej matki, wiem o Chorwacji. Wiem, że konsultujesz z nią całe nasze życie.
– I wiesz co, nie musisz pytać mamy, co masz robić – dodałam. – Ja ci powiem, co zrobisz. Spakujesz się.
– Co ty wygadujesz? – Przesadzasz, jak zwykle. Mama mówiła, że będziesz histeryzować.
– To nie jest histeria, Paweł. To koniec. Jestem twoją żoną, a ty nie dorosłeś do roli męża.
Straciłam iluzję idealnej rodziny
Wyprowadzka nie była łatwa. Teresa próbowała wszystkich sztuczek. Było ciężko. Musiałam wynająć małe mieszkanie, zreorganizować całe życie. Córka na początku tęskniła za tatą, ale z czasem zauważyłam, że jest spokojniejsza. W naszym nowym domu nie było napięcia. Nikt nie krytykował, jak ubieram córkę, co gotuję na obiad i na co wydaję swoje pieniądze. Najtrudniejszym momentem była pierwsza rozprawa rozwodowa. Paweł przyszedł z matką. Teresa siedziała na ławce przed salą rozpraw, poprawiając mu krawat i szepcząc coś do ucha. Patrzyłam na nich i nie czułam już złości. Czułam litość. On nigdy nie będzie wolny. Nawet jeśli znajdzie kolejną kobietę, scenariusz się powtórzy. Zawsze będzie żył pod dyktando matki.
Dziś, dwa lata później, siedzę w moim własnym, choć małym mieszkaniu. Kupiłam je sama, na kredyt, bez niczyjej „pomocy” obarczonej warunkami. Piję kawę z kubka, który sama wybrałam – jest w jaskrawe kwiaty, kompletnie nie w stylu Teresy. Marysia śpi w swoim pokoju, pomalowanym na taki kolor, jaki sama sobie wybrała. Paweł widuje córkę w co drugi weekend. Zawsze przywozi ją Teresa. Czasami widzę, jak Paweł siedzi w samochodzie, podczas gdy jego matka odprowadza wnuczkę pod drzwi i próbuje dawać mi rady na temat jej ubioru.
– Pani Tereso – przerywam jej z uśmiechem. – To już nie jest pani sprawa.
Zamykam drzwi i czuję ulgę. Straciłam męża, to prawda. Straciłam iluzję idealnej rodziny. Ale odzyskałam coś znacznie cenniejszego – sprawczość. Moje życie należy do mnie. Moje błędy są moimi błędami, a moje sukcesy są tylko moje. Nie ma już suflera w kulisach. I choć czasem jest ciężko być samotną matką, to cisza, w której nikt nie szepcze mojemu mężczyźnie, jak ma mnie traktować, jest najpiękniejszą muzyką, jaką słyszałam.
Justyna, 34 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Teściowa mnie zbeształa, że kupiłam za drogie składniki na pączki. Dla niej to tylko deser, dla mnie jakość na talerzu”
- „Walentynki miały być spokojne, ale teściowa od rana szukała zwady. Gdy odkryłam jej sekret, jędza straciła rezon”
- „Ferie u teściów okazały się pułapką. Zamiast szusować po stoku, musiałem zająć się remontem ich mieszkania”