„Teściowa dawała mi ubrania z lumpeksu i klamoty, które powinny trafić na śmietnik. Sama jestem sobie winna”
„Myślałam, że mam szczęście do teściowej. Danuta była pomocna, obecna i zawsze coś przynosiła. Z czasem mój dom zaczął wypełniać się nie moimi przedmiotami, a ja coraz częściej czułam się w nim jak gość. Jedno jej zdanie sprawiło, że powiedziałam: dość”.

- Redakcja
Długo myślałam, że mam po prostu szczęście do teściowej. Danuta była obecna, pomocna i zawsze coś przynosiła. Torby pełne drobiazgów, które „mogły się przydać”. Śmiałam się, dziękowałam i robiłam miejsce w szafkach, choć gdzieś pod skórą czułam lekki ucisk. Jakby moje mieszkanie powoli przestawało być moje.
Torba, która miała być ostatnia
Danuta przyszła jak zwykle bez zapowiedzi. Usłyszałam dzwonek, a zanim zdążyłam wstać z kanapy, klucz już przekręcał się w zamku. Stała w progu z charakterystycznym uśmiechem i dwiema wypchanymi torbami, które wyglądały, jakby za chwilę miały pęknąć.
– Nie przeszkadzam? – zapytała tonem osoby absolutnie pewnej, że przeszkadzanie nie istnieje.
– Nie, skąd – odpowiedziałam automatycznie, choć w głowie zdążyłam już policzyć wolne półki.
– To dobrze. Zobacz, co znalazłam. Szkoda było wyrzucać.
Postawiła torby na podłodze i niemal od razu zaczęła je rozpakowywać. Nie czekała na reakcję. Z jednej wyciągnęła zestaw talerzy, każdy z innej parafii. Z drugiej sweter w kolorze, który pamiętałam z dziecięcych zdjęć męża.
– Jeszcze dobry. Może do chodzenia po domu – rzuciła, jakby właśnie rozwiązała poważny problem egzystencjalny.
Stałam obok i kiwałam głową. W środku coś mnie uwierało, ale nie potrafiłam tego nazwać. Przecież to tylko rzeczy. Przecież chce pomóc. Nikodem, mój mąż, wyszedł z kuchni, spojrzał na stertę na podłodze i wzruszył ramionami.
– Mama zawsze coś przyniesie – powiedział z lekkim uśmiechem. – Wiesz, jaka jest.
Wiedziałam. Coraz lepiej.
– To ostatnia torba, naprawdę – zapewniła Danuta, zapinając kurtkę. – Już prawie wszystko ogarnęłam w domu.
Uśmiechnęłam się, choć coś w tym zdaniu zabrzmiało jak zapowiedź, nie obietnica. Kiedy zamknęły się za nią drzwi, zapadła cisza. Patrzyłam na przedmioty rozłożone na dywanie i nagle poczułam, że to już przesada.
– Może coś oddamy – rzuciłam ostrożnie.
– Zobaczymy – odpowiedział Nikodem. – Na razie może się przydać.
Zebrałam rzeczy i poukładałam je w szafie, wypychając to, co było moje. Pomyślałam wtedy, że ta torba rzeczywiście miała być ostatnia. I że bardzo chciałabym w to uwierzyć.
Rzeczy teściowej nie były w moim stylu
Zaczęło mnie to uderzać w najmniej spodziewanych momentach. Kiedy sięgałam po kubek i trafiałam na taki, którego nigdy bym nie kupiła. Kiedy otwierałam szafę i sweter Danuty spadał mi na ramiona, jakby sam chciał przypomnieć o jej istnieniu. Najgorsze było to, że te rzeczy nie były w moim stylu.
Pewnego popołudnia próbowałam przestawić meble w salonie. Chciałam poczuć, że to miejsce jeszcze należy do mnie. Przesunęłam stolik, odsunęłam fotel i wtedy zobaczyłam ją — lampę z kremowym abażurem, który pamiętał inne czasy. Stała tam od miesięcy.
– Skąd my to mamy? – zapytałam Nikodema, który akurat siedział z telefonem.
Podniósł wzrok, zmarszczył brwi.
– Od mamy. Fajna, nie?
Nie odpowiedziałam. Dotarło do mnie coś znacznie gorszego niż nadmiar przedmiotów. Ja nawet nie wiedziałam, co w tym domu jest moje, a co zostało mi przydzielone.
Danuta przyszła wieczorem, jakby wyczuła, że o niej myślę. Tym razem z jedną torbą, mniejszą, ale ciężką.
– Znalazłam zasłony – oznajmiła z dumą. – Idealne do waszej sypialni. Te wasze są takie… cienkie.
– Nam się podobają – powiedziałam szybciej, niż planowałam.
Spojrzała na mnie z lekkim zdziwieniem, które zaraz przykryła uśmiechem.
– Ale te są praktyczniejsze. Zobaczysz.
Rozłożyła je na stole, gładząc materiał, jakby już wisiały u nas od lat. Poczułam wstyd. Złość. I coś jeszcze — poczucie, że protest w tej sytuacji byłby niegrzeczny, nie na miejscu, niewdzięczny. Mąż przez chwilę milczał.
– Dziękuję, mamo – powiedział w końcu. – Zobaczymy.
To „zobaczymy” brzmiało jak wyrok. Kiedy Danuta wyszła, usiadłam na kanapie i rozejrzałam się po pokoju. Każdy kąt mówił jej głosem. A ja, zamiast krzyczeć, tylko westchnęłam. Zrozumiałam wtedy, że nie chodzi o rzeczy. Chodzi o decyzje, które zapadały beze mnie. O przestrzeń, która powinna być moja, a w której czułam się jak gość.
Postanowiłam udawać
Zmiana przyszła niepostrzeżenie, ale była wyraźna. Torby Danuty przestały pachnieć porządkami. Rzeczy nie były już „na zapas” ani „jeszcze dobre”. Były wyświechtane i stare. Jakby ktoś długo zastanawiał się, gdzie je zostawić, i w końcu uznał, że u mnie będzie najlepsze dla nich miejsce, zanim trafią na śmietnik.
– Tego już nie używam – powiedziała pewnego dnia, stawiając torbę pod ścianą. – Ale wyrzucić? Szkoda.
Wyjęłam z niej urządzenie bez kabla, pojemnik bez pokrywki i ramkę bez szybki. Patrzyłam na to w ciszy, a Danuta obserwowała mnie z ulgą, która nie miała nic wspólnego z wdzięcznością.
– Sandra sobie poradzi – rzuciła lekko. – Ty zawsze wszystko ogarniesz.
To było jak pieczątka. Nie zapytała, czy chcę. Nie zapytała, czy mam miejsce. W jej głowie decyzja już zapadła.
Wieczorem spojrzałam na męża.
– To już jest dla mnie za dużo.
Westchnął, jakbym mówiła o pogodzie.
– Ona taka jest. Nie róbmy problemu.
Problem stał w przedpokoju, w trzech torbach, które czekały, aż się nimi zajmę. Śmiałam się z tego coraz częściej, opowiadając koleżankom, co znowu „uratowałam przed wyrzuceniem”. Śmiech był wygodny. Nie wymagał tłumaczeń ani konfrontacji. Jednak w środku coś we mnie umierało.
Pewnego dnia Danuta przywiozła karton.
– To różne drobiazgi – powiedziała. – Przejrzysz sobie.
Nie otworzyłam go od razu. Stał w kącie, jak dowód rzeczowy. Patrzyłam na niego przez kilka dni i czułam, że to już nie są tylko przedmioty. To był komunikat. Że jestem jakąś przechowywalnią, nie osobą. Że moja uprzejmość stała się funkcją.
Kiedy Nikodem zapytał, co z kartonem, odpowiedziałam:
– Jeszcze tu postoi. Ja go nie ruszę.
Bo po raz pierwszy nie chciałam „ogarniać”. Chciałam zobaczyć, jak to jest, gdy torba nie znika. Gdy ciężar zostaje tam, gdzie go postawiono.
Wszystko mi dawała
Usłyszałam to przypadkiem. Nie miało paść przy mnie i właśnie dlatego uderzyło z taką siłą. Stałam w przedpokoju u Danuty, szukając szalika, który gdzieś tam kiedyś zostawiłam. Drzwi do kuchni były uchylone, a głosy niosły się wyraźnie.
– Te stare garnki? – zapytała jej siostra. – A co ty z nimi zrobisz?
Danuta zaśmiała się lekko, tym swoim swobodnym śmiechem.
– A dam Sandrze. Ona wszystko weźmie. Jej się zawsze przyda.
Zamarłam. Stałam bez ruchu, z ręką na wieszaku, jakby ktoś nagle wyłączył dźwięk w mojej głowie. „Wszystko weźmie”. Nie „zapytam Sandrę”. Nie „może jej się przyda”. Tylko pewność. Wróciłam do kuchni z uśmiechem, który chyba bardziej przypominał grymas.
– Znów coś dla mnie? – zapytałam, starając się, żeby głos mi nie zadrżał.
Danuta spojrzała na mnie z zaskoczeniem, a potem machnęła ręką.
– No wiesz, skoro i tak masz miejsce.
Miejsce. To słowo krążyło mi w głowie jeszcze długo po powrocie do domu. Siedziałam na kanapie i patrzyłam na karton, który wciąż stał w kącie. Nagle wszystko stało się jasne. Ja nie byłam synową. Byłam rozwiązaniem na jej bałagan. Przestrzenią, do której można było coś znosić, żeby nie trzeba było się z tym mierzyć.
– Nikodem – odezwałam się cicho. – Twoja mama mówi innym, że ja wszystko wezmę.
Wzruszył ramionami.
– Przecież nie robi tego ze złej woli.
Nie odpowiedziałam. Po raz pierwszy nie miałam ochoty tłumaczyć, dlaczego to mnie wkurza. W środku czułam mieszaninę wstydu i złości. Wstydziłam się, że tak długo pozwalałam na coś, czego nie chciałam. Złościłam się, że nikt nie zauważył, że to nie jest w porządku. Tej nocy długo nie spałam. Myślałam o każdej torbie, każdym „szkoda wyrzucać” i każdym moim uśmiechu. Zrozumiałam, że to nie była czyjaś bezczelność. To było moje przyzwolenie.
Od tamtej pory przynosiła mniej
Nic nie wydarzyło się od razu. Nie było ważnej rozmowy. Następna wizyta Danuty była zwyczajna. Przyszła z torbą, jak zawsze. Postawiła ją przy drzwiach i spojrzała na mnie wyczekująco.
– Zostawię tu – powiedziała spokojnie.
Patrzyłam na tę torbę dłużej, niż wypadało. W środku poczułam znajome napięcie, ale obok niego pojawiło się coś nowego. Spokój.
– Nie wezmę – powiedziałam cicho.
Danuta zmarszczyła brwi.
– Jak to?
– Nie potrzebuję tych rzeczy. Jeśli chcesz, możesz je zabrać z powrotem lub wyrzucić do śmietnika.
Zapadła niezręczna cisza. Nikodem spojrzał na mnie zaskoczony, jakby widział mnie po raz pierwszy. Danuta bez słowa podniosła torbę. Jej uśmiech był sztywny, a pożegnanie krótkie.
Od tamtej pory przynosiła mniej. Czasem pytała, czasem tylko odkładała coś w myślach na później. Relacja się zmieniła. Stała się chłodniejsza, bardziej ostrożna. Nie była już serdeczna, ale była prawdziwsza. Zrozumiałam, że stawianie granic nie daje ulgi od razu. Czasem przynosi samotność i napięcie, ale daje też przestrzeń na coś nowego. W moim mieszkaniu znów zaczęło być więcej mnie. A ja nauczyłam się, że dobroć bez granic potrafi bardzo cicho odebrać głos.
Sandra, 37 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Ferie miały nas zbliżyć, a wylądowaliśmy na przeciwnych biegunach. Mąż z kochanką w pokoju, a ja na stoku z instruktorem”
- „Tegoroczna zima zmroziła mi dłonie. Na szczęście przystojny kolega z pracy nie pozwolił, by moje serce również zmarzło”
- „Matka po 13 latach przypomniała sobie, że ma córkę. Zapomniała, co mi zrobiła chwilę przed studniówką”