Reklama

To miał być zwykły, leniwy niedzielny obiad, podczas którego jedynym zmartwieniem powinno być to, czy rosół nie jest za słony. Jednak jedno niefortunne zdanie, jeden kpiący uśmieszek znad talerza z sernikiem i niewinne pytanie o plany na tłusty czwartek sprawiły, że rozpętałam domową wojnę. Kiedy rzuciłam wyzwanie Teresie, mojej teściowej, która w rodzinie uchodziła za kulinarną wyrocznię, mój mąż zbladł tak bardzo, że myślałam, że zaraz zemdleje nad kompotem. Nie wiedziałam wtedy jeszcze, że ta rywalizacja o idealnego pączka stanie się dla mnie sprawą honoru, obsesją, która zawładnie moim życiem na kolejne dwa tygodnie i doprowadzi mnie na skraj wyczerpania, ale też do odkrycia prawdy, której nikt w tej rodzinie się nie spodziewał.

Pączki to wyższa szkoła jazdy

Nigdy nie uważałam się za złą kucharkę. Moja lazania zawsze znikała w mgnieniu oka, a szarlotka na kruchym cieście była chwalona przez wszystkich znajomych. Ale w świecie mojej teściowej, Teresy, istniała tylko jedna skala ocen: albo gotujesz jak ona, albo nie umiesz gotować wcale. Teresa to kobieta starej daty – zawsze w nienagannie wyprasowanym fartuszku, z fryzurą, której nie ruszy nawet huragan, i przekonaniem, że robot kuchenny to wymysł szatana, bo prawdziwa gospodyni wszystko uciera w makutrze. Tamtej niedzieli siedzieliśmy przy stole w jej salonie. Mój mąż, Marek, jak zwykle w obecności matki zamienił się w potulnego chłopca, a ja starałam się po prostu przetrwać do deseru.

– Anetko – zaczęła Teresa, nakładając mi „symboliczny" kawałek sernika, który ważył chyba pół kilograma. – A ty w tym roku na tłusty czwartek to znowu kupujesz te... wyroby pączkopodobne z cukierni obok pracy?

Poczułam, jak krew uderza mi do twarzy. W zeszłym roku faktycznie kupiłam pączki w drodze do nich, bo pracowałam do późna. Były świetne, z rzemieślniczej cukierni, ale dla Teresy fakt, że nie usmażyłam ich osobiście w smalcu o trzeciej nad ranem, był dowodem mojego upadku moralnego.

– Nie wiem jeszcze. Mam dużo pracy w firmie, zamykamy kwartał – odpowiedziałam dyplomatycznie, czując pod stołem rękę Marka, który delikatnie ścisnął moje kolano, błagając w duchu o spokój.

– Oj, praca, praca – westchnęła teatralnie, poprawiając korale. – Za moich czasów też się pracowało, ale dom zawsze pachniał ciastem. Ale rozumiem, nie każdy ma ten dar. Pączki to wyższa szkoła jazdy. Trzeba mieć rękę, serce i cierpliwość. To nie to samo, co zamówienie pizzy przez aplikację.

To był ten moment. Ta jedna szpila za dużo. Coś we mnie pękło. Może to stres nagromadzony przez lata, może te wszystkie ciche przytyki o mojej „nowoczesności”, a może po prostu chęć udowodnienia jej, że się myli.

– Wiesz co? – powiedziałam głośniej, niż zamierzałam. Marek zamarł z widelcem w połowie drogi do ust. – W tym roku zrobię pączki sama. I założę się, że będą lepsze niż twoje.

Cisza, która zapadła w pokoju, była tak gęsta, że można by ją kroić nożem. Teresa powoli odstawiła filiżankę na spodek. Dźwięk porcelany uderzającej o porcelanę zabrzmiał jak gong rozpoczynający rundę bokserską.

– Lepsze? – uniosła brwi, a kącik jej ust drgnął w rozbawieniu. – Kochanie, ja smażę pączki od czterdziestu lat. Ale dobrze. Przyjmuję wyzwanie. W tłusty czwartek zrobimy degustację. Niech rodzina zdecyduje.

Wychodząc od niej, czułam się jak żołnierz idący na front bez karabinu. Co ja najlepszego zrobiłam?

Marek błagał, żebym odpuściła

Drogę do domu przebyliśmy w milczeniu. Dopiero gdy zamknęliśmy za sobą drzwi mieszkania, Marek wybuchł.

– Aneta, czy ty zwariowałaś?! – złapał się za głowę. – Wyzwałaś moją matkę na pojedynek na pączki? To jakbyś wyzwała Roberta Lewandowskiego na konkurs żonglerki! Przecież ona cię zniszczy. Będzie o tym gadać do Bożego Narodzenia, a ja będę musiał tego słuchać.

– Nie wierzysz we mnie? – spytałam, czując ukłucie żalu. – Jestem twoją żoną, powinieneś stać po mojej stronie.

– Tu nie chodzi o wiarę, tu chodzi o fakty! – Marek gestykulował żywiołowo. – Jej pączki są legendarne. Ludzie przychodzą do niej z drugiego końca miasta, żeby dostać choć jednego. Ona dodaje tam jakiś magiczny składnik, o którym nikomu nie mówi. Aneta, błagam, zadzwoń do niej, powiedz, że żartowałaś, że masz delegację, cokolwiek.

– O nie – zacisnęłam zęby, zdejmując płaszcz. – Nie dam jej tej satysfakcji. Myśli, że jestem tylko „karierowiczką”, która nie potrafi zadbać o domowe ognisko? Pokażę jej. Zrobię pączki tak idealne, że jej korale same spadną z szyi.

Marek tylko westchnął ciężko i poszedł do sypialni, mrucząc coś o tym, że „wojna to piekło”. Zostałam sama w kuchni. Rozejrzałam się po moich nowoczesnych szafkach, indukcyjnej płycie i lśniącym blacie. To był mój poligon. Miałam dziesięć dni.

Poszukiwania Świętego Graala

Następnego dnia wzięłam urlop na żądanie. Wiedziałam, że nie skupię się na raportach, kiedy na szali leży mój honor. Musiałam znaleźć przepis idealny. Internet odpadał – Teresa wyczułaby blogowy przepis na kilometr. Potrzebowałam czegoś z duszą, czegoś starego, czegoś pierwotnego. Zadzwoniłam do mojej cioci Halinki, siostry mojej nieżyjącej babci. Halinka mieszkała na wsi pod Radomiem i słynęła z tego, że jej wypieki leczyły złamane serca.

– Ciociu, sprawa życia i śmierci – powiedziałam do słuchawki. – Muszę pokonać teściową w pączkach.

– Ooo, dziecko – usłyszałam chichot w słuchawce. – To weszłaś na minę. Ale dobrze, pomogę ci. Pamiętasz prababcię Stasię? Zostawiła taki stary zeszyt, ten poplamiony tłuszczem. Tam jest przepis na pączki lwowskie. Sekret tkwi w żółtkach i spirytusie. I w cierpliwości, Anetko. Ciasto drożdżowe czuje strach. Jak będziesz spięta, wyjdą gnioty.

Pojechałam do ciotki jeszcze tego samego dnia. Wróciłam z przepisem, słoikiem domowej konfitury z płatków róży (której nie da się kupić w żadnym sklepie) i workiem mąki z lokalnego młyna. „Mąka ze sklepu to pył, a nie mąka” – powtarzała ciotka. Wieczorem zaczęłam pierwsze próby. To miała być rozgrzewka. Zrobiłam zaczyn, utarłam żółtka z cukrem, dodałam masło. Wszystko szło gładko, dopóki nie zaczęłam smażyć. Pierwsza partia spaliła się z wierzchu, a w środku była surowa. Druga partia wypiła tyle tłuszczu, że można by je wyżymać. Trzecia była twarda jak kamienie. Siedziałam na podłodze w kuchni, cała w mące, patrząc na talerz pełen porażek. Marek wszedł do kuchni, wziął jednego „kamienia”, ugryzł z trudem i powiedział:

– Wiesz... ten smakuje całkiem nieźle, ale... jak się go pomoczy w herbacie.

zuciłam w niego ścierką. Ale w głębi duszy wiedziałam, że ma rację. Było źle. A Teresa dzwoniła codziennie.

– Jak tam przygotowania, kochanie? – pytała słodkim głosem. – Pamiętaj, żeby nie przegrzać drożdży. Ale co ja ci będę tłumaczyć, na pewno wiesz.

Czułam, że prowadzi ze mną wojnę psychologiczną.

Sabotaż czy paranoja?

Na trzy dni przed tłustym czwartkiem zaczęłam wariować. Wydawało mi się, że Teresa mnie śledzi. Widziałam jej znajomą na targu, kiedy kupowałam świeży smalec. Czyżby sprawdzała, u kogo się zaopatruję? Wróciłam do domu i zaczęłam kolejną próbę. Tym razem, nauczona błędami, pilnowałam temperatury tłuszczu z termometrem cukierniczym w ręku. Skupiłam się na wyrabianiu ciasta. Ciotka mówiła: „Wyrabiaj tak długo, aż ciasto zacznie do ciebie gadać”. Bolały mnie ręce, ramiona paliły żywym ogniem, ale wyrabiałam. Pół godziny, czterdzieści minut. Ciasto stało się lśniące, elastyczne, pełne pęcherzyków powietrza. Odstawiłam je do wyrośnięcia w najcieplejsze miejsce w domu. Chodziłam wokół miski na palcach, uciszałam Marka, gdy chciał włączyć telewizor.

– Cii! Pączki rosną! – syczałam.

– Aneta, to tylko ciasto, nie niemowlę – jęknął, ale posłusznie założył słuchawki.

Tym razem wyszły. Były złociste, lekkie jak chmurka, z tą charakterystyczną jasną obwódką wokół, która świadczy o idealnym wyrośnięciu. Nadziałam je różą, polukrowałam. Były pyszne. Ale czy lepsze od pączków Teresy? Tego nie byłam pewna. Jej pączki miały ten specyficzny aromat, którego nie potrafiłam zidentyfikować. Wtedy zadzwoniła moja siostra, Kaśka.

– Słuchaj, widziałam się z Agnieszką, córką sąsiadki twojej teściowej – zaczęła konspiracyjnym szeptem. – Podobno Teresa jest w panice.

– Co? Ona? W panice?

– Tak. Podobno skarżyła się, że bolą ją stawy i nie może już tak długo wyrabiać ciasta. Że boi się, że tym razem jej nie wyjdą i straci koronę.

Zrobiło mi się dziwnie. Zawsze postrzegałam Teresę jako niezniszczalny czołg, a nie starszą kobietę, którą bolą ręce. Ale chęć zwycięstwa była silniejsza niż empatia. „To wojna” – pomyślałam.

Noc przed ostatecznym starciem

Tłusty czwartek. Wzięłam wolne. Budzik zadzwonił o 3:00 nad ranem. Marek przewrócił się na drugi bok, mrucząc coś przez sen, a ja wstałam, czując adrenalinę, jakbym szła na najważniejszą rozmowę kwalifikacyjną w życiu. W kuchni panowała cisza. Tylko ja, mąka, jajka, drożdże i spirytus. Wszystko musiało być idealne. Wyciągnęłam składniki wcześniej, żeby miały temperaturę pokojową. Zaczęłam rytuał. Kiedy wyrabiałam ciasto, myślałam o tych wszystkich razach, kiedy Teresa krytykowała moje prowadzenie domu. O tym, jak poprawiała ułożenie sztućców na moim stole. O tym, jak mówiła, że „kariera jest ważna, ale rodzina najważniejsza”, patrząc wymownie na mój laptop. Wlałam całą tę złość i frustrację w to ciasto. Ale też wlałam w nie miłość – do Marka, do tradycji, do samej siebie.

Smażenie zaczęłam o szóstej rano. Zapach drożdży i smażonego smalcu wypełnił całe mieszkanie. Był gęsty, słodki, otulający. Pierwszy pączek – idealny. Drugi – idealny. Jasna obwódka była na każdym. O ósmej rano miałam dwa półmiski przepięknych, lukrowanych pączków posypanych kandyzowaną skórką pomarańczową. Wyglądały jak z okładki magazynu kulinarnego. Byłam zmęczona, cała w mące, z oparzeniem na kciuku, ale byłam dumna. Spakowaliśmy pączki do samochodu i ruszyliśmy do „jaskini lwa”.

Sąd Ostateczny przy dębowym stole

W domu teściów zebrała się cała rodzina. Brat Marka z żoną i dziećmi, ciotka Jadzia, wujek Staszek. Wszyscy wiedzieli o zakładzie. Atmosfera była jak na finale Mistrzostw Świata. Na środku stołu stały dwa wielkie talerze. Jeden z moimi pączkami, drugi z pączkami Teresy. Jej pączki wyglądały... inaczej niż zwykle. Były trochę mniej równe, lukier spływał nieco chaotycznie. Ale pachniały obłędnie.

– Zasady są proste – zarządził brat Marka, Piotrek, który mianował się sędzią głównym. – Próba w ciemno. Zawiążę wam oczy? Nie, to bez sensu. Po prostu jemy i głosujemy na talerz A albo talerz B. Nie wiecie, który jest czyj.

Teresa siedziała w fotelu, wyglądając na dziwnie spokojną, wręcz zrezygnowaną. Uśmiechała się do mnie łagodnie, co zupełnie zbiło mnie z tropu. Degustacja trwała w ciszy, przerywanej tylko mlaskaniem i pomrukami zachwytu.

– Talerz A jest niesamowity – mruknął wujek Staszek, oblizując palce. – To ciasto jest tak puszyste, że samo się rozpływa.

– Ale talerz B ma ten klasyczny smak... chociaż... – ciotka Jadzia zawiesiła głos. – Ciasto jest trochę cięższe niż powinno.

Serce waliło mi jak młotem. Obserwowałam Marka. Jadł pączka z talerza A (mojego!) i oczy mu się świeciły.

– To jest najlepszy pączek, jakiego w życiu jadłem – powiedział głośno.

Teresa spojrzała na niego, potem na mnie. Głosowanie było formalnością. Talerz A wygrał miażdżącą przewagą głosów 8 do 2. Tylko dwie starsze ciotki zagłosowały na talerz B, pewnie z przyzwyczajenia.

– No to chwila prawdy! – krzyknął Piotrek. – Talerz A to pączki... Anety!

Wybuchły brawa. Marek rzucił mi się na szyję. Czułam się jak królowa świata. Pokonałam mistrzynię. Wygrałam. Udowodniłam, że jestem warta tyle samo co ona w tej cholernej kuchni. Spojrzałam na Teresę, oczekując złości, sarkazmu, albo chociaż łez. Ale ona... klaskała. Powoli, z uśmiechem, który wydawał się szczery.

Sekret, który zmienił wszystko

Kiedy emocje opadły i goście zajęli się kawą, poszłam do kuchni napić się wody. Teresa weszła za mną. Zamknęła drzwi.

– Gratuluję, Anetko – powiedziała cicho. – Naprawdę. Są wybitne. Lepsze niż moje kiedykolwiek były.

– Dziękuję – odpowiedziałam, wciąż czujna. – Twoje też były pyszne.

Teściowa oparła się o blat i westchnęła głęboko. Nagle wydała mi się bardzo mała i krucha.

– Nie były. Wiem to. Od dwóch lat tracę czucie w palcach. Artretyzm. Nie mogę już tak wyrabiać ciasta, nie mam siły. A smak... już nie ten co kiedyś. Smażę je na pamięć.

Zamurowało mnie. Stałam tam z moją dumą i moim zwycięstwem, a nagle poczułam się głupio.

– Dlaczego nic nie powiedziałaś? – spytałam.

– Bo jestem Teresą – uśmiechnęła się smutno. – Królową kuchni. To była moja tożsamość. Bałam się, że jak przestanę karmić rodzinę najlepszymi rzeczami, to przestanę być potrzebna. Że przestaniecie przyjeżdżać.

– Tereso... przyjeżdżamy dla ciebie, nie dla pączków – powiedziałam, choć wiedziałam, że pączki były ważnym magnesem.

– Wiem, wiem. Ale ten zakład... sprowokowałam go trochę. Widziałam, jak patrzysz na mnie wilkiem. Chciałam cię zmusić, żebyś w końcu uwierzyła w siebie. Wiedziałam, że masz talent, tylko ci się nie chce, albo boisz się krytyki. Musiałam cię wkurzyć, żebyś pokazała pazur. I żebyś... – zawahała się – żebym mogła komuś przekazać pałeczkę.

Podeszła do mnie i wzięła mnie za rękę. Jej dłonie były szorstkie.

– Jesteś nową królową pączków, Anetko. Tylko proszę, niech ci woda sodowa nie uderzy do głowy. I pamiętaj o spirytusie. Zawsze łyżka spirytusu do ciasta, żeby nie piły tłuszczu.

– Dałam dwie – uśmiechnęłam się przez łzy, które nagle napłynęły mi do oczu.

– Zuch dziewczyna – poklepała mnie po policzku. – A teraz zrób mi herbaty, bo od tych emocji skoczyło mi ciśnienie.

Tamtego dnia wygrałam zakład, ale zyskałam coś znacznie ważniejszego. Zrozumiałam, że za tą fasadą idealnej, wrednej teściowej kryje się kobieta, która po prostu boi się przemijania. Nasza relacja nie stała się nagle idealna – wciąż potrafi skrytykować moje pranie albo wybór zasłon – ale w kuchni panuje zawieszenie broni. A na następny tłusty czwartek? Umówiłyśmy się, że robimy pączki razem. Ja będę wyrabiać ciasto, bo mam siłę, a ona będzie nadzorować smażenie, bo ma oko, którego ja jeszcze długo nie będę miała. No i najważniejsze – Marek w końcu przestał bać się obiadu u mamusi. Chociaż teraz boi się, że przytyje, bo piekę stanowczo za często.

Aneta, 32 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama