„Teściowa i moja mama zrobiły taki cyrk, że sąsiad wyciągnął popcorn. Byłam między młotem a kowadłem”
„Przez wieczną krytykę ze strony teściowej zbliżałam się do granicy cierpliwości. Znosiłabym to w milczeniu, gdyby nie moja matka. Bo kiedy w końcu odważyłam się poskarżyć jej na Barbarę, zamiast mnie pocieszyć, wzięła sprawy w swoje ręce”.

- Redakcja
Nie wiem, kiedy to się zaczęło. Może od dnia, w którym po raz pierwszy przyszłam na obiad do domu Tomka, a jego matka powitała mnie spojrzeniem, które mówiło „nigdy nie będziesz dla niego wystarczająco dobra”. Może od naszego ślubu, gdy na każdym kroku poprawiała wszystko, co robiłam – źle dobrałam kwiaty, fatalnie wybrałam lokal, a suknia? „No cóż, widziałam lepsze” – skomentowała. Może od dnia, gdy przeprowadziliśmy się do naszego mieszkania, a ona pojawiła się tam z własnym kompletem kluczy, bo „przecież nigdy nie wiadomo, kiedy będziecie mnie potrzebować”.
Tomek nic nie widział. Zawsze powtarzał, że jego matka po prostu troszczy się o nas, a ja nie powinnam się przejmować. Próbowałam, ale ile można? Każda moja decyzja była podważana, każdy wybór niewłaściwy. A kiedy przyszła na niedzielny obiad i zaczęła wyjmować z lodówki moje zakupy, wywracając oczami na widok brokułów („Tomek nigdy ich nie lubił, po co to kupujesz?”), poczułam, że zbliżam się do granicy cierpliwości.
To wszystko zniosłabym jeszcze w milczeniu, gdyby nie moja matka. Bo kiedy w końcu odważyłam się poskarżyć jej na Barbarę, zamiast mnie pocieszyć, wzięła sprawy w swoje ręce. I tak rozpętała się awantura.
Uśmiech zwiastujący kłopoty
– To jest po prostu nie do wytrzymania, mamo – wyrzuciłam z siebie, kiedy kolejny raz wróciłam do domu wściekła po spotkaniu z Barbarą. – Krytykuje wszystko! Jak gotuję, jak sprzątam, jak prasuję! Boże, nawet jak oddycham, to robię to źle!
Mama słuchała mnie w milczeniu, powoli mieszając herbatę. Wiedziałam, że zaraz coś powie, i miałam nadzieję, że usłyszę coś w stylu „przestań się przejmować” albo „nie daj się sprowokować”. Ale nie. Ona tylko podniosła brew i powiedziała:
– A co na to Tomek?
Zamilkłam. No bo co miałam powiedzieć? Tomek nie chciał się mieszać. „Wiesz, jaka jest mama” – powtarzał mi zawsze. „Nie rób scen”.
– Czyli nic – mama westchnęła i odstawiła łyżeczkę na spodek. – Wiedziałam.
– Ale to się nie zmieni – powiedziałam bezradnie. – Tomek nigdy jej nie postawi do pionu.
– No to ktoś inny będzie musiał – odpowiedziała mama takim tonem, że aż mnie zmroziło.
Nie pytałam, co zamierza. Może nie chciałam wiedzieć. A może w głębi duszy uznałam, że gorzej już być nie może. Kilka dni później telefon mamy rozdzwonił się tuż po śniadaniu. Po krótkiej rozmowie uśmiechnęła się pod nosem i oznajmiła, że „musi coś załatwić”. Znałam ten uśmiech. To był uśmiech zwiastujący kłopoty.
To był dopiero początek
Okazało się, że pojechała prosto do Barbary. Spodziewając się kłopotów, popędziliśmy tam za nią razem z Tomkiem.
– Pani Barbaro, może już czas, żebyście dali młodym trochę swobody? - wypaliła moja mama.
– Swobody? A co, mam pozwolić, żeby moja synowa niszczyła mu życie?
– O, proszę! A pani to niby wie lepiej, jak powinno wyglądać ich małżeństwo?
– Oczywiście, że wiem! Moja synowa nawet nie umie zrobić porządnej pomidorowej!
– Mamo, błagam, nie… – próbowałam wtrącić się do rozmowy.
Tomek stał obok mnie, z rękami założonymi na piersi.
– Może byśmy porozmawiali spokojnie? – zaproponował, ale nie miał żadnych szans.
– Nie wtrącaj się, synku! To sprawa kobiet!
Ostatecznie mama wróciła do domu zadowolona z siebie, a Barbara obraziła się na śmierć. Nie wiem, co było gorsze.
– No i jak? – Tomek spojrzał na mnie z wyrzutem. – Teraz to już w ogóle się nie dogadacie.
– To nie ja zaczęłam tę wojnę! – odpaliłam się od razu.
– Nie? Bo z tego, co widzę, to my jesteśmy polem bitwy – westchnął.
Nie miałam odwagi powiedzieć mu, że to dopiero początek.
Wszystko wymknęło się spod kontroli
Od tamtej pory nasze życie faktycznie zamieniło się w pole bitwy, a my – w przypadkowe ofiary. Barbara obraziła się na dobre, ale to wcale nie znaczyło, że przestała się wtrącać. Przeciwnie – teraz działała z jeszcze większą zaciekłością.
Zaczęło się od niezapowiedzianych wizyt. Przyjeżdżała bez ostrzeżenia, zawsze z jakimś pretekstem: „Przywiozłam wam kompot”, „Chciałam sprawdzić, czy nie umieracie z głodu”, „Tomek, mam dla ciebie świeżo upieczony chleb, bo pewnie nie dostajesz nic porządnego do jedzenia”.
– Mamo, to naprawdę niepotrzebne – próbował protestować Tomek.
– Oj, synku, nie mów tak! Ja wiem, że cię karmi jakimiś sałatkami, ale to nie jedzenie dla mężczyzny!
Za każdym razem miałam ochotę wyrzucić ją za drzwi. Ale nie zdążyłam, bo moja mama uznała, że nie może zostać dłużna.
Jeśli Barbara wpadała bez zapowiedzi, to Renata zaczęła przychodzić specjalnie wtedy, gdy mogła ją spotkać. Przywoziła domowe obiady, które wcale nie były lepsze od moich, ale za każdym razem teatralnie nakładała Tomkowi wielką porcję i mówiła:
– Jedz, kochanie, na zdrowie.
Barbara za każdym razem czerwieniała ze złości.
– Może niech się pani zajmie swoją córką, a mojego syna zostawi w spokoju!
– A może to pani zostawi moje dziecko!
– Bo co?!
Tomek zaczął się łapać za głowę. A ja? Ja czułam, że to wszystko wymknęło się spod kontroli.
Poczułam ulgę, ale to nie był koniec
W końcu nastąpił punkt kulminacyjny wojny. Poszło o pierogi.
Mama zrobiła dla nas obiad i przyniosła go do mieszkania. Akurat w tym samym czasie wpadła Barbara, oczywiście bez zapowiedzi, z własnym garnkiem bigosu. Gdy zobaczyła pierogi, prychnęła.
– No proszę, pewnie z jakimś dziwactwem w środku – skomentowała złośliwie.
– Normalne ruskie, pani Barbaro – odparła Renata z przesadnym uśmiechem. – Tomek je uwielbia.
– Ach tak? Bo mój syn zawsze mówił, że najlepsze pierogi robi jego mama. Prawda, Tomku?
Tomek zamrugał, jakby ktoś go właśnie wezwał na egzamin, do którego nie był przygotowany.
– Yyy… Wszystkie są dobre – wyjąkał.
– Widzisz, Aniu? Twój mąż nie umie powiedzieć prawdy, żeby cię nie urazić! – triumfowała Barbara.
– Może po prostu ma dość pani rządzenia? – syknęła moja matka.
– O, i kto to mówi?! Może przestaniemy się oszukiwać? Pani chce przejąć moją rodzinę, ale ja na to nie pozwolę!
– A pani myśli, że może dyktować wszystkim, co mają robić?!
I stało się. Zaczęły wrzeszczeć. Krzyczały tak głośno, że sąsiadka z góry zaczęła trzaskać w sufit miotłą. Tomek złapał się za głowę, ja próbowałam coś powiedzieć, ale obie kobiety były w swoim żywiole.
– Koniec tego! – ryknął Tomek, aż wszystkie umilkły. – Nie chcemy waszych obiadków, waszych awantur i waszego sterowania naszym życiem!
Spojrzały na niego zszokowane. A ja poczułam dziwną ulgę.
Tylko że to nie był koniec. To był dopiero początek.
Pierwsza rozsądna decyzja
Tomek wyszedł. Po prostu chwycił klucze i wyszedł, zostawiając mnie samą z dwiema kobietami, które wciąż kipiały złością.
– No proszę! – prychnęła Barbara, poprawiając torebkę na ramieniu. – Tak się kończy, kiedy kobieta nie potrafi stworzyć mężczyźnie prawdziwego domu.
– Może gdybyś przestała wchodzić mu na głowę, nie musiałby uciekać! – warknęła mama.
Nie miałam siły słuchać ich dłużej.
– Wynocha! – wyrwało mi się.
Obie spojrzały na mnie zszokowane.
– Słucham?! – oburzyła się Barbara.
– Powiedziałam: WYNOCHA! Mam dość! Obie zatruwacie nam życie, obie chcecie udowodnić, która jest lepszą matką, a tak naprawdę wcale nie chodzi wam o nas, tylko o własne ego!
Przez moment była cisza. Pierwsza otrząsnęła się Renata.
– Dobrze, jeśli tak sobie życzysz… – odparła z godnością, ale widziałam, jak drży jej broda.
Barbara zmrużyła oczy.
– W końcu pokazujesz pazurki, Aniu – powiedziała powoli. – Pytanie, czy twój mąż to doceni.
Zatrzasnęłam za nimi drzwi i osunęłam się na podłogę. Przez kilka minut tylko oddychałam, starając się się uspokoić. Potem zadzwoniłam do Tomka.
– Musimy wyjechać – powiedziałam, kiedy odebrał.
– Co?
– Chociaż na trochę. Jeśli tego nie zrobimy, to nas wykończą.
Tomek westchnął.
– Masz rację. Pakuj się.
To była pierwsza rozsądna decyzja, jaką podjęliśmy od dawna.
Coś wisiało w powietrzu
Spakowałam się w pół godziny. Tomek wrócił, nie pytając o nic, tylko wrzucił swoją torbę do bagażnika. Nie mieliśmy żadnego konkretnego planu, po prostu chcieliśmy uciec.
– Może góry? – zaproponowałam.
– Może. Byle daleko od nich – mruknął, odpalając silnik.
Jechaliśmy w milczeniu. Nikt nie dzwonił. Żadna z matek nie próbowała nas zatrzymać, co było jeszcze bardziej niepokojące niż awantury. Może obraziły się na śmierć? A może… knuły coś gorszego?
Dotarliśmy do małego pensjonatu w Karpaczu. Było cicho, spokojnie, niemal zbyt pięknie, żeby było prawdziwe. Po raz pierwszy od miesięcy poczułam, że oddycham.
Ale spokój nie trwał długo.
Na drugi dzień dostałam wiadomość od mamy: „Mam nadzieję, że dobrze się bawicie, skoro zostawiliście wszystko na mojej głowie”. Tomek otrzymał SMS-a od Barbary: „Tyle lat cię wychowywałam, a teraz traktujesz mnie jak śmiecia”.
Nie odpisałam. Tomek też nie.
Próbowaliśmy cieszyć się wolnością, ale coś wisiało w powietrzu. Trzeciego dnia zadzwonił sąsiad:
– Cześć, Anka. Właśnie widziałem twoją matkę i Barbarę. Stoją pod waszym blokiem i się kłócą. Na cały regulator.
Spojrzeliśmy na siebie z Tomkiem.
– Wracamy? – zapytałam cicho.
Tomek przełknął ślinę.
– Chyba nie mamy wyboru.
Czekał nas ostatni rozdział tej wojny.
W tej wojnie nie było zwycięzców
Wróciliśmy wieczorem. Już na klatce słyszeliśmy podniesione głosy. Barbara i mama stały pod naszymi drzwiami, kłócąc się tak zajadle, że nawet sąsiad z naprzeciwka obserwował je z popcornem w ręku.
– No proszę, królewskie dzieci wróciły! – rzuciła mama, zakładając ręce na piersi.
– Wypoczęci? – dodała jadowicie Barbara.
– Możemy to zakończyć? – westchnął Tomek. – Wszystko to zaszło za daleko.
– Zakończyć? – prychnęła Barbara. – A kto mi odda syna, którego mi zabrałaś, Aniu?
– A kto przeprosi moją córkę za te wszystkie lata upokorzeń?! – wtrąciła mama.
– Dość! – krzyknęłam, aż echo poniosło się po korytarzu. – Ani jedna, ani druga nie ma racji! Nie jesteśmy waszymi własnościami! Nie jesteśmy dziećmi, które trzeba wychowywać, ani pionkami w waszej walce o wpływy!
Obie zamilkły.
– Albo to się kończy, albo znikamy na dobre – dodał Tomek. – Bez odwiedzin, bez telefonów, bez was.
Zapanowała cisza. Pierwsza spuściła głowę Barbara.
– Nie chciałam źle – mruknęła.
– Ja też nie – szepnęła mama.
To było najbliżej przeprosin, jak mogliśmy się spodziewać.
Nie było happy endu. Relacje nie naprawiły się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Ale coś się zmieniło. Obie matki zaczęły się trzymać na dystans. Może dlatego, że bały się, że naprawdę znikniemy. A może po prostu w końcu zrozumiały, że w tej wojnie nie było zwycięzców. Były tylko zmęczone ofiary. I my nie chcieliśmy już nimi być.
Anna, 35 lat