Reklama

Od początku wiedziałam, że nie będę idealną synową. Moja teściowa miała swoje zasady, swoje przepisy i swoje wyobrażenie o tym, jak powinna wyglądać „prawdziwa” żona jej syna. Starałam się, naprawdę. Jednak każdy mój obiad stawał się dla niej kolejną okazją do oceny. Nie przypuszczałam, że pewnego dnia to właśnie jeden z tych obiadów wywróci wszystko do góry nogami.

Byłam z siebie dumna

Pierwszy raz zaprosiłam teściów na niedzielny obiad trzy miesiące po ślubie. Dłonie trzęsły mi się przy lepieniu pierogów, choć robiłam je setki razy wcześniej. Kiedy usiedliśmy do stołu, patrzyłam, jak teściowa bierze pierwszy kęs.

Ciasto trochę za grube – powiedziała spokojnie, odkładając widelec. – I farsz mógłby być bardziej doprawiony.

Uśmiechnęłam się sztucznie.

Następnym razem spróbuję inaczej – odpowiedziałam.

Michał ścisnął mnie pod stołem za rękę.

– Mamo, są bardzo dobre – wtrącił. – Naprawdę.

Zawsze byłeś mało wymagający – odparła, poprawiając serwetkę.

Tak wyglądała każda nasza wspólna niedziela. Rosół był za tłusty albo za chudy. Schabowy zbyt suchy. Surówka „bez charakteru”. Za każdym razem czułam, jak coś we mnie się zaciska. Gotowanie, które kiedyś było moją przyjemnością, stało się sprawdzianem, którego nigdy nie zdawałam. Najgorsze było to, że mąż milczał coraz częściej. Na początku próbował mnie bronić.

– Mamo, przesadzasz.

– Daj spokój, to tylko uwagi – odpowiadał później, kiedy zostawaliśmy sami. – Ona już taka jest.

„Ona już taka jest” – to zdanie brzmiało jak wyrok. Którejś niedzieli przygotowałam pieczeń według przepisu mojej babci. Pachniała czosnkiem i majerankiem, a sos wyszedł idealnie gładki. Byłam z siebie dumna.

Pachnie obiecująco – rzuciła teściowa, zdejmując płaszcz.

Przy stole zapadła cisza. Każdy spróbował. Teść kiwnął głową z uznaniem.

– Bardzo dobra – powiedział. – Dawno takiej nie jadłem.

Teściowa odchrząknęła.

Mięso trochę twarde – oznajmiła chłodno. – I sos za ciężki.

Poczułam, jak policzki zaczynają mnie piec.

Mamo, przestań – odezwał się nagle mąż i to ostrzej niż zwykle. – Zawsze coś znajdziesz.

Spojrzała na niego tak, jakby ją zawiódł.

– Chcę, żeby w tym domu jadło się porządnie – odpowiedziała.

Po obiedzie zamknęłam się w łazience. Patrzyłam w lustro i zastanawiałam się, dlaczego jej opinia tak bardzo mnie boli. Przecież to tylko jedzenie. A jednak miałam wrażenie, że krytykuje nie potrawy, lecz mnie samą. Tydzień później wydarzyło się coś, czego się nie spodziewałam. Domofon zadzwonił w środku dnia. Otworzyłam, a na progu stał nasz sąsiad z naprzeciwka, pan Marek – starszy, zawsze uprzejmy.

– Przepraszam, że tak bez zapowiedzi – powiedział z lekkim uśmiechem. – Czy to od pani tak pięknie pachnie? Żona wyjechała do córki, a ja od rana czuję ten aromat i aż mnie skręca z zazdrości.

Zaśmiałam się.

Robię tylko zwykły gulasz.

– Dla pani zwykły, dla mnie królewski – odparł. – Nie chciałbym być natrętny, ale gdyby została pani porcja… odkupię.

To był pierwszy raz od dawna, kiedy ktoś pochwalił moje gotowanie bez zastrzeżeń. Zaprosiłam go do stołu. Siedzieliśmy przy kuchennym blacie, a on jadł z takim apetytem, że aż robiło mi się lżej na sercu.

Dawno nie jadłem czegoś tak dobrego – powtarzał.

Nie wiedziałam wtedy, że ktoś nas obserwuje. Tego samego popołudnia usłyszałam energiczne pukanie do drzwi. Otworzyłam i zobaczyłam teściową. Stała wyprostowana, z zaciśniętymi ustami.

– Możemy porozmawiać? – zapytała chłodno.

W jej oczach zobaczyłam coś, czego wcześniej nie było. Nie była to już tylko krytyka. To było coś znacznie poważniejszego.

Była o mnie zazdrosna

Wpuściłam ją do środka, choć serce biło mi jak oszalałe. Zdjęła płaszcz powoli, rozglądając się po kuchni, jakby szukała dowodów.

Widziałam – powiedziała bez przywitania.

– Co takiego? – zapytałam, udając spokój.

Jak karmiłaś sąsiada. – Jej głos był cichy, ale napięty. – Siedzieliście razem przy stole. Śmialiście się.

Przez chwilę nie wiedziałam, czy mam się śmiać, czy obrazić.

– Pani Marek przyszedł, bo poczuł zapach obiadu. Żona wyjechała, był sam. Została mi porcja, więc go poczęstowałam.

– Oczywiście – odparła sucho. – Bardzo szlachetne.

– Nie rozumiem, o co pani chodzi.

Spojrzała na mnie uważnie.

– Zawsze, kiedy my przychodzimy, wszystko jest takie… przeciętne. A tu nagle pachnie jak w restauracji.

Poczułam, jak coś we mnie pęka.

Gotuję tak samo za każdym razem.

– Nie wydaje mi się – odpowiedziała. – Mój mąż zachwycał się twoją pieczenią. Teraz sąsiad. A ja mam wrażenie, że tylko ja czuję, co jest nie tak.

W tej chwili dotarło do mnie, że to nie chodzi o jedzenie. Nigdy nie chodziło.

– Może po prostu nie chcesz, żeby mi wychodziło – powiedziałam ciszej, niż zamierzałam.

Zmrużyła oczy.

Sugerujesz, że jestem zazdrosna?

Nie odpowiedziałam. Cisza między nami zrobiła się ciężka. Wtedy drzwi otworzyły się z trzaskiem. Michał wrócił wcześniej z pracy. Zatrzymał się w progu, widząc nas naprzeciwko siebie.

– Co się dzieje?

Twoja żona urządza sobie obiady z sąsiadami – oznajmiła teściowa.

– Mamo, Anetka mi pisała – westchnął. – Był u nas pan Marek, ten starszy pan z naprzeciwka?

Teściowa skrzyżowała ręce.

– Nie podoba mi się to.

Mąż spojrzał na mnie pytająco.

– Została porcja gulaszu – wyjaśniłam. – Zaprosiłam go na chwilę. Nic więcej. I wiesz co? Był zachwycony. Smakowało mu.

Teściowa prychnęła.

Każdemu by smakowało, jeśli jest samotny.

– A ty? – odparłam, czując, że rumieniec wstydu zmienia się w złość. – Tobie nigdy nic nie smakuje.

Michał podszedł bliżej.

– Wystarczy – powiedział stanowczo. – To absurd. Aneta ma prawo zapraszać, kogo chce.

– Do twojego domu? – zapytała chłodno.

Tym razem to ja odpowiedziałam:

– Tak. Do naszego domu.

Te słowa zawisły w powietrzu jak wyzwanie.

– Mamo, to nie jest konkurs na najlepszy obiad – powiedział spokojnie. – Jeśli coś ci nie smakuje, możesz powiedzieć inaczej. Tylko przestań sprawiać, że Aneta czuje się tu jak uczennica na egzaminie.

Zobaczyłam w jej oczach błysk – nie gniewu, lecz zranienia.

Chciałam, żeby było lepiej – wyszeptała.

– Ale dla kogo? – zapytałam cicho.

Nie odpowiedziała. Wzięła płaszcz i wyszła bez słowa. Drzwi zamknęły się, a w mieszkaniu zapadła cisza.

– Przepraszam – powiedział Michał, odwracając się do mnie. – Powinienem był wcześniej zareagować.

– To nie tylko o nią chodzi – odparłam. – Chodzi o to, że ty też czasem wątpisz.

Patrzył na mnie długo, jakby szukał właściwych słów.

– Nie wątpię w ciebie – powiedział w końcu. – Po prostu bałem się konfliktu.

Usiadłam przy stole, przy którym jeszcze kilka godzin wcześniej śmiał się pan Marek. Nie wiedziałam, czy to koniec tej historii, czy dopiero początek czegoś znacznie trudniejszego.

Było mi jej żal

Przez tydzień panowała cisza. Teściowa nie dzwoniła, nie zapowiadała wizyty. Michał był wyraźnie spięty, choć starał się zachowywać normalnie. Ja z kolei po raz pierwszy od dawna gotowałam bez napięcia. Jakby coś się we mnie odblokowało. W sobotę wieczorem Michał odłożył telefon i spojrzał na mnie poważnie.

Mama chce jutro przyjść. Porozmawiać.

Skinęłam głową.

– Niech przyjdzie.

Tym razem nie przygotowywałam wymyślnych potraw. Upiekłam prostą tartę z warzywami i zrobiłam lekką zupę krem. Bez nerwowego sprawdzania przypraw, bez poprawiania co chwilę smaku. Przyszła punktualnie. Usiadła przy stole, dłonie trzymała splecione na kolanach. Wyglądała inaczej – mniej pewnie.

Dziękuję, że mnie zaprosiliście – zaczęła.

To „zaprosiliście” nie umknęło mojej uwadze. Podałam zupę. Spróbowała. Czekałam.

– Dobra – powiedziała krótko.

Uniosłam brwi.

Po prostu dobra?

Westchnęła.

– Bardzo dobra.

Michał uśmiechnął się lekko.

– Chcę coś wyjaśnić – powiedziała nagle teściowa, odkładając łyżkę. – Kiedy Michał był mały, wszystko robiłam sama. Gotowałam, piekłam, dbałam o dom. To był mój świat. A potem… nagle przestał mnie potrzebować.

Spojrzała na syna.

– Kiedy się ożeniłeś, poczułam, że ktoś zajmuje moje miejsce. I chyba próbowałam udowodnić, że jestem w czymś lepsza.

Jej głos zadrżał, ale nie płakała.

Nigdy nie chciałam cię zastępować – powiedziałam spokojnie. – Chciałam, żeby było nam razem dobrze.

– Wiem – odpowiedziała. – Tylko trudno mi było to przyjąć.

Zapadła cisza. Tym razem nie ciężka, lecz potrzebna.

– A pan Marek? – zapytała po chwili, z nutą zawstydzenia. – Naprawdę tak mu smakowało?

Uśmiechnęłam się.

Poprosił o dokładkę.

Ku mojemu zaskoczeniu roześmiała się cicho.

Zawsze miał słabość do domowych obiadów. Jego żona wspaniale gotuje.

W tym momencie zrozumiałam coś jeszcze. Może to nie była tylko zazdrość o syna. Może także tęsknota za czasem, gdy sama była chwalona, potrzebna, podziwiana.

Może następnym razem ugotujemy razem? – zaproponowałam ostrożnie.

Spojrzała na mnie długo.

– Jeśli będziesz chciała.

– Będę.

Nie stałyśmy się nagle najlepszymi przyjaciółkami. Nadal miewała swoje uwagi, a ja swoje ambicje. Jednak coś się zmieniło. Już nie siedziałam przy stole jak na przesłuchaniu. A ona nie patrzyła na mnie jak na rywalkę. Kilka dni później spotkałam pana Marka na klatce schodowej.

– Pani Anetko, kiedy znowu będzie ten gulasz? – zapytał z uśmiechem.

– W niedzielę – odpowiedziałam. – Tym razem w większym gronie.

Wróciłam do mieszkania z lekkim sercem. Kuchnia przestała być polem walki. Stała się miejscem spotkań. I po raz pierwszy od ślubu poczułam, że to naprawdę jest nasz dom.

Aneta, 29 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama