Reklama

Gdy zamykam oczy, zawsze słyszę ten sam odgłos – warkot starego Opla mojej teściowej. Ma ponad siedemdziesiąt lat, ale w głowie nadal jakby trzydzieści. Jest uparta, pewna siebie i bardzo dumna z tego, że ze wszystkim radzi sobie sama. Najbardziej kocha swoją niezależność i ten samochód, czerwony, błyszczący, nieco już wysłużony, ale dla niej wciąż jak nowy.

Była nieugięta

Od lat powtarzała, że świetnie jeździ i nie zamierza niczego zmieniać. Kiedy mówiłam, że może czasem warto trochę zwolnić, machała ręką. Gdy mój mąż próbował ją przekonać do automatycznej skrzyni biegów, odbierała to jak zamach na swoją godność. Jej ulubioną rozrywką było opowiadanie, jak to zostawiła jakiegoś młodego w tyle na światłach i jak potem patrzył z niedowierzaniem na jej siwe włosy i okulary w złotej oprawce.

Na początku starałam się z nią nie wchodzić w spory. Tłumaczyłam sobie, że każdy ma prawo do swojej pasji, a teściowa po prostu inaczej nie umiała – całe życie była silna, zadziorna i pewna siebie, ale z czasem zaczęłam się bać. Jeździła coraz bardziej nerwowo, nie ufała nikomu na drodze, komentowała każdy manewr innych kierowców z nieukrywaną pogardą. Dla niej wszyscy jechali źle – tylko ona wiedziała, co robi.

Nie byłam jej wrogiem. Czasem nawet jej zazdrościłam tej siły i odwagi, ale im więcej czasu spędzałam z nią w samochodzie, tym częściej zastanawiałam się, czy to już nie pora, żeby ktoś jednak powiedział: „Stop”? Tylko kto miał to zrobić? Jej syn? Zawsze unikał konfliktów. Ja? Mnie zawsze traktowała z lekką ironią.

Bałam się o nią

Siedzieliśmy przy niedzielnym obiedzie. Mój mąż milczał, krojąc ziemniaki, ja przyglądałam się teściowej, jak opowiada z entuzjazmem tę samą historię, którą słyszałam już w różnych wariantach co najmniej pięć razy w ostatnim roku.

– I patrzy na mnie ten smarkacz, jakby pierwszy raz kobietę za kierownicą widział! – Teściowa prawie się zakrztusiła kawałkiem schabu. – Zielone się zapaliło, to ruszyłam, a on jeszcze wrzucał bieg.

Uśmiechałam się pod nosem, choć w środku czułam narastające napięcie.

– Może czas na automat? – rzuciłam spokojnie.

Zamarła z widelcem w połowie drogi do ust. Mąż od razu podniósł wzrok znad talerza.

– Automat? – powtórzyła powoli. – A co ja, nie umiem jeździć?

– Nie, ale to byłoby bezpieczniejsze i dla ciebie, i dla innych – powiedziałam, starając się, żeby mój ton brzmiał łagodnie. – Łatwiej się skupić na drodze, jak nie trzeba myśleć o sprzęgle.

– Mam refleks jak Schumacher – odpowiedziała z dumą.

– Tylko on już nie prowadzi – wypaliłam szybciej, niż zdążyłam się powstrzymać.

Cisza była gęsta jak sos na jej talerzu. Mąż westchnął. Helena spojrzała na mnie z takim chłodem, że zrobiło mi się autentycznie zimno.

Pokłóciliśmy się

– Ty zawsze musisz mieć ostatnie słowo, prawda? – Powiedziała powoli. – Ciebie by najlepiej przywiązać w fotelu pasażera na zawsze i wsadzić knebel w usta.

– Mnie najlepiej nie brać na jazdy, skoro mam potem nie spać w nocy z nerwów – odpowiedziałam, czując, że moje opanowanie właśnie się kończy.

– Dobrze się czuję za kierownicą! I nie pozwolę się traktować jak staruszka, której trzeba odebrać kluczyki! – Krzyknęła, odkładając widelec z hukiem.

Mąż próbował wejść między nas:

– Mamo, Luiza nie chciała cię obrazić. Po prostu się martwimy. Ty wiesz, że te drogi teraz…

– Zajmij się lepiej swoim synem, a nie moimi biegami! – przerwała mu ostro. – Jeszcze parę lat, a będziecie mi zabraniać wychodzić z domu!

Wstała od stołu i wyszła z mieszkania. Dzień później telefon zadzwonił o siódmej trzydzieści rano. Jeszcze nie wypiłam kawy.

– Mama miała stłuczkę – powiedział mój mąż.

Doigrała się

Nie pytałam o szczegóły. Wrzuciłam kurtkę na piżamę i pojechałam. Na miejscu stał rozbity Opel, czerwona maska wgnieciona jak po uderzeniu taranem. Teściowa stała obok, cała i zdrowa, zaciśnięte usta, mokre oczy, ale nie płakała z powodu bólu czy wstydu, tylko z żalu za samochodem.

– Było późne żółte – powiedziała, zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć.

Policjant spojrzał na nas beznamiętnie.

– Świadek mówi, że przejechała pani na czerwonym.Żółte było kilka sekund wcześniej.

– Ten samochód zasłonił światło – burknęła.

– Mamo… – zaczął mój mąż, ale zamilkł.

– Gdyby nie ten słupek, nic by się nie stało! – warknęła teściowa.

Patrzyłam na nią, na ten zniszczony samochód, i czułam, jak coś mi się zaciska w gardle. Miała czelność stać tam i udawać, że nic się nie stało, że to wina wszystkich, tylko nie jej. Nie powiedziałam ani słowa, bo wiedziałam, że to i tak nic nie da.

Nie widziała problemu

Wróciliśmy do domu. Teściowa usiadła w fotelu, ręce skrzyżowane, twarz napięta.

– Mamo… nie możesz już prowadzić – powiedział mój mąż, jakby to był wstyd, nie decyzja.

– To spisek! Chcecie mnie uziemić! – Jej głos niósł się po całym mieszkaniu.

– To troska, nie spisek – odpowiedziałam, ale wiedziałam, że nic już nie zatrzyma tej lawiny.

– Ty zawsze chciałaś mnie usunąć z drogi! Od kiedy się tu wprowadziłaś!

– Przestań – szepnął mój mąż, ale ona go nie słyszała.

– Teraz mi zabieracie auto, jutro dokumenty, pojutrze zamkniecie mnie w domu starców!

Zamilkła nagle, zsunęła okulary i zaczęła płakać. Stałam z boku, rozdarta między ulgą, że już po wszystkim, a bólem, że zrobiliśmy jej coś, co wyglądało jak zdrada. Następnego dnia pojechałam do niej z ciastem.

– Przyniosłam szarlotkę – powiedziałam.

– Dziękuję – odparła, ale nie spojrzała. – Wiesz, że my tym autem jechaliśmy w podróż poślubną? Bez radia, bez klimatyzacji, z otwartym oknem i kanapkami w plecaku. Tamten świat już nie wróci.

Współczułam jej

Usiadłam naprzeciwko.

– W tym aucie mój mąż pierwszy raz powiedział mi, że mnie kocha. Za kółkiem czułam się kimś.

– Może kupimy ci jakiś mały samochód? Żebyś miała czym jechać do apteki, na działkę.

– Po co? Żeby rdzewiał pod blokiem? – odpowiedziała bez emocji.

Pierwszy raz zobaczyłam, że w niej coś zgasło. Nie była już tą samą kobietą, co tydzień temu. Zniknął bunt, został cień. Pierwszy raz jechałam z nią samochodem, kiedy jeszcze byłam tylko dziewczyną Jarka. Zatrąbiła na kogoś, kto nie ruszył sekundę po zapaleniu zielonego, potem wyprzedziła emeryta w maluchu, a na światłach spojrzała na mnie z uśmiechem:

– Lubisz szybko jeździć?

Miałam wtedy oczy szeroko otwarte ze strachu, ale jednocześnie podziwiałam jej energię, bezczelność, życie na pełnym gazie. Dziś ta sama kobieta siedzi w fotelu, bez kluczyków. Patrzy przez okno, jak inni jadą dalej. Żywa, ale jakby wyciszona.

Luiza, 41 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama