Reklama

Są ludzie, którzy nie powinni mieć nosa, albo chociaż prawa do jego używania. Do takich należy moja teściowa – Emilia. Wystarczy, że gdzieś w promieniu stu metrów ktoś rozpyli perfumy, a ona już wie, że „śmierdzi”, bo przecież to nie zapach, tylko sama „chemia”. Dla niej wszystko jest podejrzane: woda z kranu, mleko z kartonu, a teraz – o zgrozo – mój płyn do płukania.

Jeszcze do niedawna myślałam, że największy dramat z jej strony to był komentarz rzucony przy obiedzie: „Smakuje jak rozgotowany gips z mięsem”. Ale nie. Prawdziwa batalia miała się dopiero rozpocząć. Oczywiście w pralni. Bo jak wiadomo, w tej rodzinie największe wojny wybuchają nie o pieniądze, tylko o… pranie. A ja? Mam dość udawania miłej synowej. Jak już się zaczęło, to niech leci.

Miałam dość jej rozkazów

– Co tu tak śmierdzi?! – teściowa wparowała do łazienki jakby właśnie wykryła wyciek gazu.

Stałam przy suszarce, wyciągałam jeszcze ciepłe ręczniki. Pachniały jak nowa pościel w drogim hotelu. Czyli tak, jak lubię. Nowy płyn: jaśmin i biała herbata. Subtelny, elegancki, ale nie dla każdego nosa, jak się okazało.

– Pranie, mamo – odparłam spokojnie. – Robi się, żeby było czysto i pachnąco. Może słyszałaś.

– Pachnąco?! Dziewczyno, przecież tu się nie da oddychać! Myślałam, że coś się rozlało! Ty specjalnie to robisz?

– Tak, specjalnie. Żebyś miała powód do awantury – uśmiechnęłam się, ale z zębami.

– Jak można coś takiego lać do prania?! Ty chcesz nas wszystkich otruć? Mój syn w tym śpi! Jak mu się coś stanie, to ja ci tego nie daruję, Iza.

– Mamo, on dzisiaj rano powiedział, że pachnie jak w spa. Ale wiadomo, co on tam wie. Przecież ma tylko trzydzieści pięć lat, ledwo co się urodził, nie?

Teściowa spojrzała na mnie takim wzrokiem, jakby zaraz miała rzucić na mnie klątwę.

– Ja czterdzieści lat robiłam pranie bez tego całego badziewia i nikomu się nic nie stało! A teraz wszystko musi pachnieć jak u fryzjerki!

– No widzisz, mamo, ja też mam swoje czasy. I w moich czasach świeżość nie pachnie kiszonką i stęchlizną.

– Iza, albo przestajesz używać tego świństwa, albo wynoszę się do siostry!

– A z Bogiem, z Bogiem. Krzyż na drogę.

– Co?

– Nie nic, nic. Gdzie to moje pranie? Muszę szybko wywiesić.

Teściowa aż się zatoczyła z oburzenia. Oczywiście trzasnęła drzwiami, bo jakżeby inaczej. A ja tylko dolałam jeszcze odrobinę tego cudownego płynu do pojemnika. Bo skoro już mam piekło, to przynajmniej niech przyjemnie pachnie.

Przez pranie nie czuła jajecznicy

Nie minęło dziesięć minut od awantury, a teściowa już krążyła po domu jak duch nieszczęścia. Nie musiała nic mówić – wystarczyło westchnienie, spojrzenie i teatralne dmuchanie nosem. A jak tylko przechodziłam obok, to albo zakasłała, albo rozcierała skronie, jakby zapach mojego płynu właśnie powodował jej migrenę.

– Mamo, naprawdę aż tak źle? – zapytałam spokojnie, stawiając herbatę na stole.

– Ja mam głowę jak sklep – mruknęła, dotykając czoła. – Ty tego nie czujesz? Przecież ten zapach to jakaś trucizna. Na pewno masz tam napisane na butelce: „działa drażniąco”. Tylko nie chce ci się przeczytać.

– No właśnie przeczytałam, mamo. Że testowany dermatologicznie. Delikatny dla skóry. Dla dzieci i niemowląt też.

– Dla niemowląt... – powtórzyła z niedowierzaniem. – A co, ty się może do żłobka wybierasz?

Zamilkłam. Bo niby jak się odpowiada na takie pytanie?

– Widzisz, Iza – ciągnęła, już spokojniejszym tonem – ja rozumiem, że chcesz, żeby było ładnie. Ale są pewne granice. Ten zapach wbija się człowiekowi w nos. Ja dzisiaj jajecznicy nie czułam przez to twoje pranie. Zdrowe toto nie jest.

– Może jajka były zwietrzałe – rzuciłam półgębkiem.

– Słucham?

– Mówię, że może to przejściowe, mamo. Zapach się ulotni, okno otworzymy...

– Nie. Ty musisz coś z tym zrobić. Nie proszę cię o wiele. Po prostu... może trochę mniej tego lej.

Spojrzałam na nią. Pierwszy raz zamiast burzy była tylko lekka mżawka. Westchnęłam.

– Dobrze. Następnym razem dam połowę nakrętki.

Teściowa tylko skinęła głową. Wzięła herbatę i poszła do pokoju. Wciąż mruczała coś pod nosem, ale to już był szum w tle. A ja? Usiadłam wreszcie spokojnie. Bo wiadomo, że wojna wojną, ale czasem trzeba się przegrupować.

Cuchnący powiew Bieszczad

Trzeciego dnia po awanturze nastała pozorna cisza. Teściowa nie komentowała zapachu, nie kasłała teatralnie i nawet zjadła z nami obiad bez wzdychania. Już myślałam, że albo się przyzwyczaiła, albo straciła węch. Ale nie. Po prostu szykowała się do kontrataku. Zaczęło się od delikatnego:

– Iza, mogę ci coś podrzucić do prania?

Wiedziałam, że to podstęp, ale przytaknęłam.

– Jasne, mamo. Wrzuć do kosza w łazience.

Po godzinie otwieram kosz, a tam... nie tylko jej bluzka, ale też mój ręcznik, koszulka męża, dziecięce śpioszki i... płyn do płukania. Ale nie mój. Jakiś nowy, w szarej butelce. Nie żartuję.

– Mamo... – podeszłam do niej z tą butlą w rękach. – Co to jest?

– To płyn. Normalny. Ekologiczny. Bezzapachowy. Zdrowszy dla wszystkich.

– Ale ja mam już swój płyn, mamo. Sama go wybrałam.

– Tak, ten, przez który nie można oddychać. A teraz masz ten. Delikatny jak powiew wiatru w Bieszczadach.

– A pachnie jak woda po ogórkach...

– Bo jest naturalny! I w dodatku nie trzeba go dużo. Ja już odlałam ci do nakrętki, żebyś nie przesadziła. Wszystko przemyślane.

Patrzyłam na nią i miałam ochotę się roześmiać. Nie dość, że przemyślała sabotaż, to jeszcze mnie uprzejmie „wyręczyła”.

– Mamo, ale to jest moje pranie.

– I mój nos. I moje zdrowie. A że się tu razem mieszka, to trzeba się dogadywać, prawda?

Miałam ochotę powiedzieć coś w stylu „to się wyprowadź”, ale tym razem ugryzłam się w język. W końcu ten płyn z pokrzywy pewnie raz nikomu nie zaszkodzi. Więc tak, wyprałam. Ręczniki były czyste. I rzeczywiście – pachniały jak... nic. Jak mokra tkanina suszona w piwnicy. Wieczorem mój mąż wytarł się tym ręcznikiem i spojrzał na mnie jakbym uprała w wodzie po kapuście.

Coś się zepsuło? – zapytał, marszcząc nos.

– Nie, mamo się włączyła do logistyki prania.

– Aha... – podrapał się po głowie. – To ja chyba dziś osuszę się suszarką.

No i tyle zostało z „powiewu Bieszczad”. Ale czułam, że to jeszcze nie koniec.

Wszystko śmierdzi jej chemią

– Ty chyba się na mnie obraziłaś – rzuciła teściowa nazajutrz, kiedy tylko weszłam do kuchni.

Stała przy blacie, kroiła ogórki na plasterki, a ton miała taki, jakby to ona była przeze mnie szkalowana. Od razu wiedziałam, że szykuje się kolejna runda.

– Nie, mamo. Po prostu staram się trzymać dystans – odparłam spokojnie.

– No widzisz, i znowu zaczynasz... Ja chciałam dobrze! Nie wzięłaś pod uwagę, że ktoś może mieć wrażliwszy układ oddechowy?

– Mamo, to nie jest spalarnia śmieci. To płyn do prania, nie kwas solny.

– A ja mam wrażenie, że jak tylko jestem w domu, to ty lejesz tego swojego waniliowca złośliwie, jakbyś chciała mi na złość zrobić.

– Wanilia już dawno się skończyła – mruknęłam. – Teraz mam zieloną herbatę.

– To samo! Wszystko śmierdzi chemią!

– Może to w tobie siedzi, mamo. Ta niechęć do nowego. Płyn, jak płyn. Świat się nie zawali od niego.

– Ale moje zatoki już tak. W nocy miałam duszności!

– Może dlatego, że spałaś z zamkniętym oknem?

– Nie, to przez twój aromat w pościeli. Musiałam wszystko wyprać. Po swojemu. I pachnie jak trzeba – poklepała z dumą stertę ręczników na krześle.

Podeszłam, powąchałam. Pachniały jak... nic. Albo jak stare prześcieradło suszone za szafą. Serio, nie żartuję.

– Mamo, ale ty nawet płynów nie używasz.

I bardzo dobrze! Naturalnie! A nie jakby się człowiek tarzał po stoisku z odświeżaczami do WC!

Już otwierałam usta, ale wtedy wpadł mój mąż, cały spocony po bieganiu.

– Cześć! – rzucił wesoło. – Mamo, mogę twój ręcznik? Mój chyba zniknął.

Zgarnął pierwszy z brzegu, wytarł się i po sekundzie zmarszczył czoło.

– Eee... a czemu on tak... jakby nie pachnie?

Spojrzałyśmy na siebie z teściową.

– Bo to zdrowe, synku – powiedziała stanowczo. – Ty nie musisz pachnieć, ty masz być czysty!

On tylko wzruszył ramionami i wyszedł. A ja? Wzięłam głęboki oddech. Nie, jeszcze się nie poddałam. Wojna o zapach wciąż trwała. I ja miałam swój szczwany plan.

Teściowa nagle spokorniała

Wiedziałam, że jeśli chcę wygrać tę wojnę, muszę działać po cichu. Na otwartą konfrontację z teściową nie miałam już nerwów. A więc – strategia: minimum zapachu, maksimum efektu. Kupiłam nowy płyn. Ten sam zapach, co mój ulubiony, ale w wersji „sensitive”. Niby nic nie pachnie, a jednak pachnie. Subtelnie. Delikatnie. Tak, że człowiek nie wie, skąd, ale czuje, że jest przyjemnie. Użyłam go po raz pierwszy w środę rano. Wyprałam ręczniki, jej bluzkę i swoją piżamę. Bez słowa. Bez fanfar. Po prostu – pranie. Po południu teściowa wyszła z łazienki z miną, jakby się wydarzyło coś mistycznego.

– Iza... co to za ręcznik był? Ten biały?

– Twój, mamo. Prałam dzisiaj. – odpowiedziałam niewinnie.

– Tak? – Zmarszczyła brwi. – Taki... jakby... świeży był. Ale nie nachalnie. Trochę jak... łąka po deszczu.

Ugryzłam się w język. Nie mogłam się roześmiać. Nie teraz.

– Możliwe. Nowy proszek. Z Niemiec. Bardzo delikatny – skłamałam gładko.

– To nie jest ta twoja ohydna wanilia?

– Nie, nie... żadnej wanilii, mamo. To całkiem nowa formuła. Prawie bezzapachowa.

– No... muszę przyznać, że... nawet nie drażniło. Może pierwszy raz coś nie śmierdziało.

Zamrugałam. Czyżby... pierwszy raz od tygodni... komplement?

Wieczorem mój mąż położył się w świeżo zmienionej pościeli, przytulił do poduszki i zamruczał:

– Mmm... znowu pachnie jak w spa. Uwielbiam.

Spojrzałam na niego. Potem na drzwi, za którymi pewnie czuwała nasza teściowa. I uśmiechnęłam się do siebie. Bo czasem trzeba wygrać tak, żeby przeciwnik myślał, że to jego zwycięstwo.

Pachnące ręczniki to świętość

Od tamtej pory żyjemy w domowej równowadze zapachowej. Ja robię pranie swoim „magicznym” płynem z Niemiec, a teściowa już nie dusi się przy każdym otwarciu drzwi do łazienki. Czasem nawet rzuci „ładnie pachnie” – nie za często, żeby jej korona z głowy nie spadła, ale jednak. Nie przyznałam się jej do sabotażu.

Nie muszę. Ważne, że przestała traktować każdą nutę zapachową jak zamach na własne zdrowie. Czy to rozejm? Może. A może po prostu cicha kapitulacja. Bo przecież wszyscy wiedzą, że dom to nie laboratorium, a pranie może pachnieć ładnie. Bez bólu głowy. Bez awantur. I nawet jeśli kiedyś znowu wytknie mi, że „ta bluzka to pewnie z poliestru”, to ja już wiem, jak grać w tę grę. Z uśmiechem. I z płynem „sensitive”, który wcale taki sensitive nie jest. Bo wojna wojną, ale czyste, pachnące ręczniki to moja świętość.

Iza, 39 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama