Reklama

Zapach drożdżowego ciasta od zawsze kojarzył mi się z napięciem. Zwłaszcza w tłusty czwartek, kiedy w domu teściowej wszystko kręciło się wokół pączków, a ona sama chodziła dumna jak paw. Od lat nikt nie śmiał nawet sugerować, że można je zrobić inaczej albo lepiej. A ja… ja po prostu chciałam upiec je po swojemu.

Chciałam zrobić pączki z przepisu babci

Teściowa od rana krzątała się po kuchni, jakby przygotowywała ucztę dla ważnych gości, a nie zwykły rodzinny obiad. Każdy blat był zajęty miskami, talerzami i ściereczkami. Stałam pod ścianą z kubkiem herbaty i obserwowałam ten spektakl, czując się jak intruz.

– Z drożdżami trzeba umieć się obchodzić – oznajmiła, nawet na mnie nie patrząc. – One czują, czy ręka jest pewna.

– Pewna ręka to nie wszystko – odpowiedziałam ostrożnie. – Ważny jest też czas.

Odwróciła się gwałtownie, unosząc brew.

– Czas? Moja droga, ja robię pączki od trzydziestu lat. Wiesz, ile tłustych czwartków już przeżyłam?

Uśmiechnęłam się, ale nic nie powiedziałam. W torbie, którą postawiłam w przedpokoju, leżał zeszyt z pożółkłymi kartkami. Przepis mojej babci, zapisany drobnym pismem. Pączki lwowskie. Delikatne, z konfiturą różaną i cienką skórką, która pękała przy pierwszym kęsie. Pieczenie ich było dla mnie jak rozmowa z kimś bliskim.

– A ty co, nie zabierasz się do roboty? – zapytała teściowa z lekką drwiną. – Czy tylko patrzeć przyszłaś?

– Przywiozłam swoje składniki – powiedziałam spokojnie. – Jeśli pozwolisz, zrobię je po swojemu.

W kuchni zapadła cisza. Nawet zegar jakby tykał głośniej.

– Po swojemu? – powtórzyła. – W mojej kuchni?

Mąż spojrzał na mnie z niepokojem, ale ja już wiedziałam, że nie mogę się cofnąć.

– To tylko pączki – dodałam. – Możemy zrobić dwa rodzaje.

Teściowa prychnęła, po czym machnęła ręką.

– Rób, co chcesz. Zobaczymy, kto będzie je jadł.

Rozłożyłam swoje składniki na małym fragmencie blatu. Ręce trochę mi drżały, ale gdy zaczęłam mieszać ciasto, napięcie powoli ustępowało. Teściowa zerkała na mnie co chwilę, komentując półgłosem.

– Za rzadkie… Za długo wyrabiasz… Zobaczysz, opadną.

Nie odpowiadałam. Wiedziałam, że to dopiero początek.

Cisza przed pierwszym kęsem

Ciasto rosło powoli, jakby na przekór wszystkim komentarzom. Przykryłam miskę ściereczką i odsunęłam ją na bok. Teściowa zerknęła z ukosa, po czym wróciła do swojego wyrabiania, uderzając dłonią w blat z demonstracyjną pewnością.

U mnie już gotowe – oznajmiła po chwili. – Nie ma co czekać, pączek musi wiedzieć, kiedy wejść na tłuszcz.

– Każdy ma swój rytm – odpowiedziałam, choć serce znów przyspieszyło.

Zaczęła smażyć. W kuchni zapachniało słodko. Teściowa układała pączki na półmisku z nabożną uwagą, poprawiała je, jakby pozowały do zdjęcia. Rodzina powoli zbierała się przy stole, ktoś zaglądał do garnka, ktoś inny chwalił kolor.

Jak zawsze idealne – powiedziała szwagierka.

Teściowa uśmiechnęła się zwycięsko i wtedy spojrzała na mnie.

– A twoje? – zapytała z nutą rozbawienia. – Nadal śpią?

Nie zdążyłam odpowiedzieć, bo uniosłam ściereczkę. Ciasto było sprężyste, pełne powietrza. Poczułam ulgę.

– Teraz – powiedziałam krótko.

Kiedy zaczęłam formować pączki, rozmowy przycichły. Nikt nie komentował, ale czułam na sobie spojrzenia. Zanurzałam je ostrożnie, pilnując temperatury, przewracając w odpowiednim momencie. Jeden po drugim nabierały jasnego koloru, zupełnie innego niż teściowej.

– Za blade – rzuciła.

Tak mają być – odparłam.

Gdy odkładałam ostatni, dłonie miałam lepkie, a w głowie pustkę. Ułożyłam je obok jej wypieków. Dwa półmiski. Dwa światy.

– No dobrze – westchnęła teściowa, sięgając po jednego ze swoich. – Najpierw sprawdzone.

Wszyscy jedli, kiwali głowami, było poprawnie. Wtedy mąż sięgnął po mojego pączka.

– Mogę? – zapytał, choć nie czekał na odpowiedź.

Teściowa patrzyła uważnie, z ramionami skrzyżowanymi na piersi. Mąż ugryzł, przeżuwał chwilę dłużej, niż się spodziewałam.

– Mamo… – zaczął ostrożnie. – One są… inne.

Zapadła cisza, cięższa niż wcześniej. Teściowa wyciągnęła rękę po jednego.

Coś właśnie się skończyło

Teściowa długo obracała pączka w palcach, jakby badała go wzrokiem pod kątem jakiejś wady. Rodzina wstrzymała oddech. Nawet dzieci przestały szeleścić papierowymi serwetkami.

– Delikatny… – mruknęła, naciskając lekko skórkę. – Za delikatny.

Nie odpowiedziałam. Stałam oparta o blat, czując, jak serce bije mi w uszach. W końcu uniosła pączka do ust i ugryzła. Niewielki kęs. Potem drugi, większy. Jej twarz pozostała nieruchoma, ale coś się zmieniło w spojrzeniu. Zmarszczyła brwi, jakby próbowała zrozumieć, co właśnie się wydarzyło.

– Co tam jest w środku? – zapytała cicho.

– Konfitura różana – odpowiedziałam. – Robiona w domu.

Przełknęła, otarła palce o serwetkę i… sięgnęła po kolejnego. Tego już nikt się nie spodziewał.

– Babciu, weź jeszcze tego jasnego! – zawołał wnuk, pokazując na mój półmisek.

Teściowa zawahała się przez ułamek sekundy, po czym skinęła głową. Atmosfera przy stole zaczęła się rozluźniać. Ktoś pochwalił zapach, ktoś inny zapytał o przepis. Mój półmisek powoli pustoszał, podczas gdy jej pączki zostawały nietknięte.

One są lekkie – powiedziała w końcu teściowa, patrząc już nie na mnie, ale gdzieś przed siebie. – I nie czuć ciężaru.

– Tak je robiła moja babcia – odparłam. – Zawsze mówiła, że pączek nie ma ciążyć na sumieniu.

Kącik ust teściowej drgnął. Przez chwilę wyglądała, jakby chciała coś dodać, ale tylko westchnęła.

– No cóż… – zaczęła, odkładając serwetkę. – Człowiek uczy się całe życie.

To zdanie zabrzmiało jak wyrok i pojednanie jednocześnie. Po raz pierwszy od lat nie poprawiła fartucha, nie wygłosiła kolejnej uwagi. Po prostu usiadła. Spojrzałyśmy na siebie. Bez triumfu, bez złośliwości. Tylko z cichym zrozumieniem, że coś właśnie się skończyło.

Poszłyśmy na kompromis

Po obiedzie kuchnia powoli pustoszała. Ktoś wynosił talerze, ktoś zbierał okruszki ze stołu. Zostałam sama z teściową, gdy reszta przeniosła się do salonu. Zmywałyśmy w ciszy, stojąc obok siebie, jakby nic szczególnego się nie wydarzyło. A jednak powietrze było inne niż zwykle.

– Ten przepis… – odezwała się nagle, nie patrząc na mnie. – Od babci mówisz?

– Tak. Zawsze robiła je tylko raz w roku – odpowiedziałam. – Właśnie w tłusty czwartek.

Skinęła głową, jakby coś sobie przypominała. Przez chwilę słyszałam tylko szum wody i brzęk naczyń.

– Moja mama też miała jeden taki przepis – powiedziała niespodziewanie. – Nikt go nie zapisał. Myślałam, że mój wystarczy.

Odłożyła talerz i wytarła ręce w ściereczkę. Spojrzała na mnie uważnie, bez tej dawnej surowości.

– Wiesz… ja chyba za bardzo się tego trzymałam – dodała ciszej. – Jakby to było jedyne, co potrafię najlepiej.

Nie wiedziałam, co powiedzieć. W końcu tylko wzruszyłam ramionami.

– Każdy z nas chce być w czymś niezastąpiony.

Uśmiechnęła się krótko. Pierwszy raz odkąd ją znałam, bez wyższości.

– Następnym razem zrobimy je razem – rzuciła. – Ale ja będę pilnować smażenia.

– A ja ciasta – odpowiedziałam.

Zaśmiała się cicho. Wyszłyśmy do salonu, gdzie rodzina kończyła ostatnie pączki. Ktoś podał mi herbatę, ktoś inny dopytywał o konfiturę. Teściowa usiadła obok mnie, bez słowa, ale już bez dystansu. Korona nie spadła z hukiem. Została po prostu odłożona na bok.

Stałyśmy się sobie równe

Kiedy wychodziliśmy, teściowa zapakowała nam pączki do pudełka. Zauważyłam, że sięgnęła wyłącznie po te jasne, lwowskie. Zrobiła to naturalnie, bez komentarza, jakby od zawsze było to oczywiste. Na pożegnanie podała mi pudełko pierwsza, a nie mężowi, co wcześniej się nie zdarzało.

– Weź też zeszyt z przepisem następnym razem – powiedziała nagle. – Lubię wiedzieć, skąd coś się bierze.

Skinęłam głową, czując dziwne ciepło w środku. Nie triumf, a raczej ulgę. Jakbyśmy obie przestały coś sobie udowadniać. W drodze do domu mąż zerknął na mnie z uśmiechem.

– Wiesz, że dziś wydarzyło się coś ważnego?

– Tak – odpowiedziałam. – Ale nie chodziło o pączki.

Od tamtego tłustego czwartku teściowa już nigdy nie mówiła o sobie jak o królowej wypieków. Za to częściej pytała, czy nie zrobiłybyśmy czegoś razem. A ja zrozumiałam, że czasem największym zwycięstwem nie jest odebranie komuś korony, tylko sprawienie, że przestaje jej potrzebować.

Anna, 34 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama