Reklama

Tłusty czwartek to w rodzinie mojego męża świętość. Nie idzie się do cukierni, nie kupuje się gotowców w markecie. Pączki muszą być domowe, smażone na smalcu, z konfiturą z róży, którą teściowa przygotowuje osobiście w każde lato.

Miała pretensje

W tym roku zaproponowałam, że pomogę. Chciałam pokazać, że też potrafię być dobrą gospodynią, mimo że na co dzień pracuję w korporacji i rzadko mam czas na stanie przy garnkach. Przyjechałam do nich wcześnie rano, objuczona torbami z zakupami. Mieliśmy smażyć u teściów, bo mają większą kuchnię, a poza tym teściowa upierała się, że jej stary żeliwny garnek jest jedynym naczyniem godnym tego rytuału. Już w progu poczułam, że coś jest nie tak. Zamiast powitania usłyszałam westchnienie, gdy postawiłam na blacie kostki masła, mąkę tortową z wyższej półki i prawdziwą wanilię w laskach.

– Po co ty tyle tego przywiozłaś? – zapytała, mierząc wzrokiem moje zakupy, jakbym właśnie wniosła do domu bombę zegarową. – Mąka to mąka, w dyskoncie była promocja, kupiłam dziesięć kilo. A to masło? Irlandzkie? Przecież do ciasta idzie roztopione, zwykła margaryna by wystarczyła, nikt by nie poczuł różnicy.

Uśmiechnęłam się krzywo, próbując nie wchodzić w polemikę. Wiedziałam, że dla niej liczy się cena, a dla mnie jakość.

– Mamo, to ma być święto. Chciałam, żeby pączki były najlepsze – odparłam łagodnie, wyjmując produkty. – A poza tym to masło ma zupełnie inny aromat. Zobaczysz, będą pyszne.

Czepiała się

Teściowa tylko prychnęła i odwróciła się do zlewu, głośno uderzając garnkami. Tomasz, mój mąż, siedział w salonie z teściem, oglądając powtórkę jakiegoś meczu. Byłam sama na polu bitwy. Zaczęłyśmy wyrabiać ciasto. Przez pierwszą godzinę panowała względna cisza, przerywana jedynie stukotem drewnianej łyżki o miskę i tykaniem starego zegara. Czułam jednak na plecach jej wzrok. Obserwowała każdy mój ruch, jak sędzia na zawodach, który tylko czeka na dyskwalifikację zawodnika.

– Za grubo obierasz tę cytrynę – rzuciła w pewnym momencie, gdy ścierałam skórkę. – Białe też ma aromat, a ty trzesz tylko ten wierzch. Marnotrawstwo.

– Białe jest gorzkie, mamo. Chcemy tylko olejków eterycznych ze skórki – wyjaśniłam spokojnie, choć w środku zaczynało mi się gotować.

– W moich czasach nic nie było gorzkie, jak się nie miało co do garnka włożyć – mruknęła pod nosem.

Zacisnęłam zęby. Wiedziałam, że miała trudne życie, że wychowała trójkę dzieci w czasach niedoboru, ale my żyliśmy tu i teraz. Nie musieliśmy oszczędzać na skórce z cytryny. Mimo to, starałam się być potulna. Zależało mi na spokoju.

Czekałam na kłótnię

Kiedy ciasto wyrosło, zaczęło się formowanie kulek. Atmosfera gęstniała wraz z rozgrzewającym się smalcem. Teściowa krytykowała wszystko: za duża ilość konfitury, za mało mąki na stolnicy, za dużo mąki. Robiłam swoje, starając się puszczać te uwagi mimo uszu, ale dłonie mi drżały.

Punkt krytyczny nastąpił, gdy skończyło się masło potrzebne do posmarowania gotowych pączków przed smażeniem, żeby nie wyschły. Sięgnęłam po ostatnią kostkę tego mojego, „ekskluzywnego” masła. Rozwinęłam sreberko, wrzuciłam kostkę do rondelka, a papierek zgniotłam w kulkę i wrzuciłam do kosza pod zlewem. Teściowa zamarła. Wyglądała, jakbym właśnie wyrzuciła do śmieci rodowe srebra. Podbiegła do szafki, otworzyła drzwiczki i wyciągnęła ten nieszczęsny, zmięty papierek.

– Czy ty masz rozum, dziecko? – zapytała głosem, w którym drżała furia. Zaczęła palcem wygładzać sreberko. – Tu jest jeszcze z pół łyżeczki masła! Pół łyżeczki! A ty to wyrzucasz? Czy ty wiesz, ile to kosztuje? Czy wy w ogóle macie szacunek do pieniądza?

Stałam tam z rękami w cieście i patrzyłam na nią z niedowierzaniem. To było absurdalne.

– Mamo, to tylko resztki na papierku… – zaczęłam, ale nie dała mi dojść do słowa.

Miała swoje zasady

– Tylko resztki! Dla was wszystko to „tylko”! Tylko resztki jedzenia, tylko woda lejąca się strumieniami, jak myjecie zęby, tylko światło zapalone w całym mieszkaniu! Widzę przecież, jak żyjecie! – krzyczała, machając mi tym papierkiem przed nosem. – Przyjeżdżacie tutaj tym swoim nowym samochodem, kupujecie te wymyślne składniki, a nie potraficie uszanować podstawowych darów bożych!

W kuchni zrobiło się cicho, bo nawet Tomasz w salonie musiał usłyszeć ten krzyk. Stanął w drzwiach kuchni, zaniepokojony.

– Mamo, co się dzieje? O co ten krzyk? – zapytał, patrząc to na mnie, to na matkę ściskającą papierek po maśle.

– O twoją żonę chodzi! – odwróciła się do syna, szukając sojusznika. – O to, jak ona marnuje wszystko, co wpadnie jej w ręce. Masło wyrzuca, dobre jedzenie! A potem będzie płacz, jak zabraknie. Wy myślicie, że pieniądze rosną na drzewach? Że jak macie te swoje kariery, to możecie gardzić oszczędnością?

Wpadła w szał

Poczułam, jak pieką mnie policzki.

– Chodzi o to, że nie żyjemy tak, jak ty byś chciała.

Teściowa prychnęła i rzuciła papierek na blat.

– Chodzi o to, że wy nie znacie życia – powiedziała twardo. – Myślicie, że jak macie pieniądze, to jesteście lepsi. Że nie musicie słuchać rad starszych. Kiedy wam mówiłam, żebyście nie brali tego mieszkania w centrum, bo kredyt was zje, to się śmialiście. „Mamo, stać nas, mamy zdolność”. A teraz co? Szastacie pieniędzmi na prawo i lewo, kupujecie jakieś bio-eko bzdury, a chleba nie potraficie uszanować.

– Ale my nie mamy problemów z kredytem – wtrącił Tomasz, wchodząc głębiej do kuchni. – Mamo, radzimy sobie. O co ci właściwie chodzi? Że Alicja kupiła dobre masło? Przecież to ona za nie zapłaciła.

– Nie chodzi o to, kto płacił! – uderzyła ręką w blat, aż mąka wzbiła się w powietrze. – Chodzi o zasady! O gospodarność! Ty myślisz, że ona będzie dobrą żoną, jak tak lekką ręką wszystko wyrzuca? Dziś masło, jutro twoją wypłatę, a pojutrze…

Miarka się przebrała

– Przestań – przerwałam jej ostro. Moja cierpliwość się skończyła. – Nie masz prawa mnie oceniać. Pracuję ciężko na to, co mam. I jeśli chcę kupić masło za dwanaście złotych i nie skrobać papierka do czysta, to mam do tego prawo. To nie jest marnotrawstwo, to jest mój wybór. Moja wygoda, na którą zarobiłam.

Teściowa spojrzała na mnie z nienawiścią, jakiej nigdy wcześniej u niej nie widziałam. I wtedy zrozumiałam. To nie była troska o ekologię czy finanse. To była czysta, żywa zazdrość. Zazdrość o to, że nam jest łatwiej.

– Wygoda… – powtórzyła z pogardą. – Wy wszystko macie dla wygody. Zmywarka, bo nie chce się zmywać. Odkurzacz co sam jeździ, bo nie chce się schylić. Jedzenie z pudełek, bo nie chce się gotować. Ja całe życie harowałam, żeby Tomasz miał co jeść, żeby go wykształcić! Ręce sobie urobiłam po łokcie! A ty przychodzisz na gotowe i jeszcze masz czelność mi mówić o swoich wyborach?

– Mamo, to, że ty miałaś ciężko, nie znaczy, że my też musimy cierpieć – powiedział Tomasz, stając obok mnie i obejmując mnie ramieniem. To był gest, którego potrzebowałam. – Świat się zmienił. Cieszymy się, że możemy żyć lżej. Powinnaś się cieszyć razem z nami.

– Cieszyć się? Z tego, że synowa gardzi moją pracą? Że dla niej moje konfitury są za mało wykwintne, a moje rady są nic niewarte?

– Nigdy nie gardziłam twoją pracą – zaprzeczyłam, czując, jak łzy napływają mi do oczu. – Szanuję cię. Ale szacunek nie oznacza, że mam żyć według twojego scenariusza. Jesteśmy dorośli. Jesteśmy niezależni. I tak, stać nas na to, żeby nie oszczędzać na jedzeniu. To nie jest zbrodnia.

Nic nie rozumiałam

W kuchni zapadła cisza, przerywana tylko skwierczeniem tłuszczu, który teściowa zdążyła już włączyć. Pączki wciąż leżały na stolnicy, surowe i nieforemne, jak nasza relacja.

– Niezależni… – wypowiedziała to słowo z goryczą, jakby to była obelga. – Właśnie to was boli. Że ja widzę tę waszą niezależność. Myślicie, że nie wiem, że planujecie wakacje w Tajlandii? Że kupiliście te drogie meble do salonu? A matce nawet nie zaproponowaliście pomocy przy wymianie okien.

Zamurowało mnie. Spojrzałam na Tomasza. Oknami mieliśmy się zająć na wiosnę, to było w planach, ale nigdy nie było tematu, że potrzebuje pieniędzy.

– Mamo, przecież mówiłaś, że masz odłożone na okna – zdziwił się Tomasz. – Nigdy nie prosiłaś o pomoc.

– Bo matka nie powinna prosić! – krzyknęła, a z jej oczu wreszcie popłynęły łzy. – Matka powinna czuć, że dzieci chcą się odwdzięczyć! A wy tylko bierzecie. Bierzecie słoiki, bierzecie ciasto, przyjeżdżacie na obiadki, a potem wracacie do tego swojego luksusowego świata i śmiejecie się ze starej matki, która skrobie papierki po maśle!

Wreszcie to wyszło

Chodziło o to, że teściowa czuła się niepotrzebna i niedoceniona. Jej oszczędność była sposobem na zachowanie kontroli, na pokazanie swojej wartości. „Ja potrafię wyczarować coś z niczego, więc jestem ważna”.

Kiedy my kupowaliśmy drogie produkty, odbieraliśmy jej tę jedyną supermoc. Kiedy radziliśmy sobie finansowo bez jej pożyczek i zaskórniaków, traciła nad nami władzę. Jej tożsamość była zbudowana na poświęceniu i biedzie. Nasz dobrobyt był dla niej atakiem personalnym.

– Mamo… nikt się z ciebie nie śmieje – powiedziałam cicho, podchodząc bliżej, choć instynkt kazał mi uciekać. – Doceniamy wszystko, co dla nas robisz. Ale nie możesz oczekiwać, że będziemy żyć w biedzie tylko po to, żebyś ty czuła się lepiej. Nie musimy oszczędzać na wszystkim, żeby udowodnić, że jesteśmy dobrymi ludźmi.

– Wy nic nie rozumiecie – szlochała, odwracając się do okna. – Po prostu nic nie rozumiecie.

Tomasz podszedł do matki i przytulił ją sztywno. Był w tym geście obowiązek, ale i bezradność. Ja stałam z boku, czując się jak intruz. Wiedziałam, że cokolwiek teraz powiem, zostanie użyte przeciwko mnie. Zostałam sprowadzona do roli tej złej, rozrzutnej synowej, która kradnie syna i depcze tradycję.

– Dokończmy te pączki – powiedział po chwili mój mąż, próbując rozładować atmosferę. – Szkoda ciasta.

Smażyliśmy w milczeniu

Zapach różanej konfitury mieszał się z zapachem rozgrzanego smalcu, ale dla mnie powietrze w tej kuchni było nie do zniesienia. Każdy ruch był wymuszony. Teściowa ocierała oczy fartuchem i demonstracyjnie wyciągała z szafki najtańszy cukier puder, ignorując ten trzcinowy, który przywiozłam. Kiedy pączki były gotowe, wyglądały pięknie – złociste, z jasną obwódką, idealne. Ale kiedy usiedliśmy do stołu, pierwszy kęs stanął mi w gardle.

– Dobre – mruknął Tomasz, choć widziałam, że też ledwo przełyka.

– Mogły być lepsze – skwitowała teściowa, patrząc na mnie znacząco. – Gdyby ciasto było lepiej wyrobione, a nie tak po łebkach.

Nie wytrzymałam. Odłożyłam niedojedzonego pączka na talerzyk.

– Wiesz co, mamo? Masz rację – powiedziałam, wstając od stołu. – Może faktycznie nie pasuję do tej kuchni. Może moje masło jest za drogie, a moje metody za nowoczesne. Ale jedno ci powiem: wolę być szczęśliwa i rozrzutna, niż zgorzkniała i licząca każdy grosz, mimo że mam pełne konto.

Miałam dość

Tomasz spojrzał na mnie z przerażeniem, ale nie powstrzymał mnie.

– Wychodzę – dodałam. – Tomek, jak chcesz, to zostań. Ja wracam do domu. Do naszego domu, gdzie nikt nie grzebie mi w śmieciach.

– Alicja, czekaj! – zawołał mąż, zrywając się z krzesła.

Teściowa siedziała nieruchomo, wpatrując się w stertę pączków na półmisku. Nie odezwała się ani słowem. W jej oczach widziałam triumf – udało jej się mnie wyprowadzić z równowagi, udało jej się udowodnić, że jestem „tą złą”. Ale widziałam tam też przed samotnością, którą sama sobie właśnie zafundowała.

Wyszłam z ich domu, nie oglądając się za siebie. Tomasz dogonił mnie przy samochodzie. Nie miał pretensji. Wsiadł za kierownicę w milczeniu. Dopiero po kilku kilometrach odezwał się:

– Przepraszam cię za nią. Wiem, że przesadziła.

– Przesadziła? Tomek, ona przeszukała nasz śmietnik! – wybuchłam, a stres wreszcie znalazł ujście w łzach. – Tu nie chodzi o jedzenie. Ona nas nienawidzi za to, że nam się udało.

– Nie nienawidzi… Ona po prostu nie umie inaczej – westchnął ciężko. – Dla niej miłość to wyrzeczenia. Jak my nie mamy wyrzeczeń, to ona myśli, że nie ma w nas miłości.

Nie żałuję

To zdanie uderzyło mnie mocniej niż cała ta kłótnia. Może miał rację. Ale to nie zmieniało faktu, że nie zamierzałam pozwolić, by jej traumy niszczyły nasze życie. Tamtego wieczoru w naszym mieszkaniu panowała cisza. Zamówiliśmy pizzę – szczyt rozrzutności i lenistwa w tłusty czwartek, wiem. Ale nie byłabym w stanie przełknąć niczego słodkiego. Pączki od teściowej zostały u niej na stole.

Od tamtego dnia minęły trzy tygodnie. Kontakty są chłodne. Teściowa dzwoni tylko do Tomasza, mnie omija szerokim łukiem. Podobno opowiada sąsiadkom, jak to synowa zmarnowała jej święto i wyrzuciła pół kostki masła do kosza. Legenda rośnie, ilość zmarnowanego jedzenia w jej opowieściach pewnie już osiągnęła wagę tony.

Ale ja czuję ulgę. Ta awantura była potrzebna. Postawiłam granicę. Moja kuchnia, moje zasady, moje pieniądze. I jeśli ceną za spokój jest to, że teściowa uważa mnie za rozrzutną księżniczkę – niech tak będzie. Przynajmniej nikt mi nie zagląda do kosza na śmieci, sprawdzając, czy jestem godna szacunku. Zrozumiałam, że niezależność ma swoją cenę, ale smakuje o wiele lepiej niż najbardziej udany pączek zjedzony w atmosferze toksycznego poświęcenia. Czasami trzeba coś „zmarnować” – choćby relację z teściową – żeby zyskać spokój ducha.

Alicja, 32 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama