Reklama

Nie wiem, kiedy dokładnie zaczęłam nienawidzić świąt rodzinnych. Może to było wtedy, gdy po raz trzeci z rzędu usłyszałam od teściowej, że kluski wyszły mi „trochę gumowate”. Albo kiedy spóźniłam się piętnaście minut na obiad i przez resztę dnia panowała atmosfera jak na stypie. A może po prostu któregoś dnia zorientowałam się, że 11 listopada w moim domu nie ma nic wspólnego z niepodległością – a już na pewno nie z moją własną.

Nazywam się Basia, mam trzydzieści lat. Pracuję w agencji marketingowej, specjalizuję się w social mediach i to chyba jedyne miejsce, gdzie mam jeszcze głos. W domu bywa różnie. Mój mąż Michał to złoty facet – mówi mi to często jego matka. I chyba naprawdę wierzy, że jego złoto polega na tym, że on nic nie mówi, niczego nie komentuje i zawsze je to, co ona podsunie mu pod nos.

– Bo u nas, Basiu, zawsze była gęś na świętego Marcina – mówi teściowa z tą swoją miną, której nie da się nie odczytać jako ultimatum. – I kluski śląskie. I kompot z suszu. Tradycja to rzecz święta.

Tylko że ja już nie chcę tej gęsi. Nie chcę klusek, nie chcę stać nad garnkami i pilnować, żeby wszystko było „jak zawsze”. Bo w tym roku mam ochotę na sushi z dostawy, lampkę czerwonego wina i sezon serialu, którego jeszcze nie widziałam. Na święty spokój. Na bycie sama ze sobą. I wiem, że to się nie spodoba. Że jak raz powiem „nie”, to wywołam reakcję łańcuchową.

Ale przecież nie chodzi o jeden obiad, prawda? Chodzi o to, żeby w końcu się nie zgodzić. Nie udawać, że wszystko mi pasuje. Że siedzenie przy stole z teściową, która przewraca oczami to coś, co daje mi radość. Że hymn w telewizji i marudzenie o tym, „co się z tą Polską stało”, to moja definicja szczęścia. Nie, ja mam inną wizję niepodległości. Tylko jeszcze nie wiem, czy będę miała odwagę ją urzeczywistnić. Ale coś we mnie pęka. I może wystarczy jedno „nie”, żeby wszystko się zaczęło zmieniać.

Chciałam świętować po swojemu

Telefon do Heleny wisiał nade mną od dawna. Miałam go wykonać już w poniedziałek, ale wtedy akurat było spotkanie w pracy. We wtorek z kolei… no dobrze, we wtorek po prostu zabrakło mi odwagi. Ale w środę nie miałam już wymówek. Zadzwoniłam, stojąc w kuchni, z telefonem przy uchu i kubkiem melisy w ręce, jakby to mogło pomóc.

– Basiu? – usłyszałam jej głos, jak zawsze przesadnie uprzejmy, z tą charakterystyczną nutą wyższości. – O, dobrze, że dzwonisz. Chciałam ci tylko przypomnieć, że w poniedziałek przychodzicie na obiad. O dwunastej. Gęś już zamarynowana. Michał lubi z jabłkami, prawda?

Zacisnęłam powieki. Nie będzie jabłek. Nie będzie nawet nas.

– Mamo... właśnie w tej sprawie dzwonię – powiedziałam i od razu poczułam, jak ręce zaczynają mi się pocić. – W tym roku... nie damy rady przyjść.

Po drugiej stronie zapadła cisza. Słyszałam tylko jakieś odległe stukanie – może mieszała coś w garnku, może to serce biło mi tak głośno.

– Nie przyjdziecie? – powtórzyła po chwili. – To jakiś żart?

– Nie, po prostu… muszę trochę odpocząć. Mamy ciężki okres, sporo pracy, stres. Chciałam ten dzień spędzić spokojnie. W domu, na luzie.

Chwila ciszy przerodziła się w coś znacznie gorszego.

– Aha. No tak. Teraz takie czasy, że własna rodzina to już nie jest wartość. Tradycja? Co to w ogóle znaczy dla was, młodych, co? Wolicie sushi i seriale, zamiast spotkać się przy wspólnym stole!

– To nie tak…

– Wiesz, Basia, ja przez czterdzieści lat robiłam te gęsi. Dla rodziny. Dla wspólnoty. A teraz co? Będę siedzieć z Michałem i udawać, że się nie znamy? Przykro mi. Naprawdę myślałam, że chociaż ty masz jeszcze odrobinę szacunku.

Zamilkłam. Nie było już sensu się tłumaczyć. Pożegnałam się chłodno, ale grzecznie. Gdy się rozłączyłam, nogi mi się ugięły. Usiadłam na krześle i poczułam, jak całe ciało zaczyna się trząść. Łzy same napłynęły mi do oczu – nie z żalu, tylko z ulgi. I z przerażenia.

Wtedy wszedł Michał. Spojrzał na mnie, jakby właśnie spadłam z księżyca.

– Zadzwoniłam do twojej mamy. Powiedziałam, że nie przyjdziemy – powiedziałam, zbyt zmęczona, by owijać w bawełnę.

Michał wzruszył ramionami. Usiadł naprzeciwko mnie i wziął łyk kawy.

– No… zrobisz, jak chcesz. Ale nie wiem, czy warto było. Wiesz, jaka ona jest.

– Wiem – szepnęłam. – Ale wiesz co? Ja już też wiem, jaka ja jestem.

A potem przez resztę wieczoru siedzieliśmy w milczeniu. Ja – walcząca z lękiem, że zrobiłam coś niewybaczalnego. Michał – uciekający wzrokiem. Nie powiedział, że mnie wspiera. Nie powiedział, że rozumie. Ale może to i lepiej. Przynajmniej było w tym wszystkim coś autentycznego. Czy moje „nie” było aktem egoizmu? A może… pierwszym krokiem do życia na własnych zasadach?

Nie tylko ja miałam tego dość

Myślałam, że na tym się skończy – że Helena się obrazi, Michał przemilczy, a ja po cichu, z wyrzutami sumienia, zjem swoje sushi i zapomnę. Naiwna. Gdybym znała lepiej teściową, wiedziałabym, że obrażona Helena to dopiero początek katastrofy. W piątek rano miałam pierwsze podejrzenia, kiedy mój telefon zawibrował pięć razy z rzędu. To była wiadomość od kuzynki Michała, tej wiecznie idealnej, z blond włosami i słodkimi zdjęciami dzieci. Otworzyłam: „Słyszałam, że nie przychodzicie na gęsinę. Mam nadzieję, że wszystko u was w porządku. U nas tradycja to podstawa. Ale wiadomo, każdy wybiera swoje wartości. Miłego weekendu”.

Zamknęłam aplikację, jakbym mogła się w ten sposób obronić przed tym jadem. Ale to nie był koniec. Wieczorem dostałam wiadomość od Anki – mojej szwagierki. Kobiety, która zwykle trzymała się z boku, trochę cyniczna, zawsze z ironicznym uśmiechem. Tym razem napisała tylko: „Dzięki, że się zbuntowałaś. Wreszcie ktoś”.

Przecież to była tylko odmowa obiadu. Tylko jedno „nie”. A jednak… może nie tylko ja byłam zmęczona? Może za tym udawaniem idealnej rodziny kryła się zmowa milczenia? Zaczęłam grzebać w pamięci. Ile razy robiłam coś tylko po to, żeby „nie było dramatu”? Ile razy gryzłam się w język przy stole, kiedy teściowa pytała, „czy może jeszcze nie za późno na dziecko”, a kuzynka mówiła z uśmiechem: „ja to nie wiem, jak można nie lubić gotować”?

Ile razy zakładałam sweter, który dostałam w zeszłym roku od Heleny – mimo że nie znosiłam jego koloru – tylko po to, żeby słuchać: „No proszę, pamiętałaś!”? Zaczęłam się zastanawiać, czy moje jedno „nie” mogło być dla kogoś innym pierwszym „tak”. Tak dla siebie. Tak dla własnej przestrzeni. Tak dla chwili ciszy, zamiast obowiązkowego uśmiechu. I tak, zaczęłam się bać. Bo jeśli ja teraz zacznę odmawiać – to co dalej? Gdzie się zatrzymam? A jeśli nie jestem już tą „grzeczną, skromną żoną Michała”, to kim jestem?

Michał wszedł do pokoju w momencie, gdy siedziałam zawinięta w koc i patrzyłam na pustą ścianę, zamiast na serial.

– Coś się stało? – zapytał.

– Nie. Po prostu… dostałam wiadomość. Od Anki. Podziękowała mi.

– Za co?

Że się zbuntowałam – odpowiedziałam, nawet się nie odwracając.

Nie powiedział nic. Położył się na kanapie obok, ale między nami była pustka. Cisza, która nie była już komfortowa, tylko pełna pytań. A ja wiedziałam jedno: chyba nigdy już nie będzie tak, jak było.

Coś się zmieniło

Wieczór 11 listopada był… cichy. Przesadnie, wręcz podejrzanie cichy. Siedziałam w legginsach, z kocem zarzuconym na nogi i kieliszkiem wina w dłoni. Na stole leżało zamówione sushi – zamówiłam tyle, jakbym miała gości. Może w głębi duszy liczyłam, że Michał usiądzie ze mną i powie: „dobrze, że to zrobiłaś, Baśka”. Nie usiadł. Przeszedł przez salon bez słowa i zniknął w sypialni z telefonem.

Na ekranie telewizora leciał serial, który kiedyś oglądałam z wypiekami na twarzy, a teraz był tylko tłem do myśli. Próbowałam się wciągnąć. Wino miało być słodkie, ale czułam w nim tylko gorycz. I właśnie wtedy zadzwonił telefon. Teściowa. Spojrzałam na ekran z przerażeniem. Serce biło mi szybciej. Odrzucić? Odebrać? W końcu nacisnęłam zieloną słuchawkę.

– Halo?

– Basia – głos teściowej był inny. Cichszy, wolniejszy. Jakby mówiła przez grubą warstwę waty. – Michał ci powiedział, że się popłakałam?

– Nie… nie powiedział nic.

– To dobrze. Nie lubię, jak ludzie wiedzą, że płaczę. – Zamilkła na chwilę. – Słuchaj, chciałam ci tylko powiedzieć coś… bo może już za późno.

Milczałam. Czekałam.

– Wiesz, przez całe życie nikt mi nigdy nie powiedział „nie”. Ani mąż, ani dzieci, ani tym bardziej synowe. Wszystko było „jak zawsze”, bo tak miało być. I może właśnie to mi dzisiaj było potrzebne – usłyszeć „nie”. Nawet jeśli mnie to rozbiło.

– Mamo… – zaczęłam, ale nie wiedziałam, co dalej. Przepraszać? Wyjaśniać?

– Nie, nie mów nic – przerwała mi łagodnie. – Ja tylko chcę ci powiedzieć, że ja nie jestem potworem. Ale chyba zapomniałam, że wy nie jesteście tłem. Wszyscy. Ty, Anka, nawet Michał. I może... może trochę przesadziłam z tą gęsią. Wiesz, jak człowiek traci poczucie kontroli, to chwyta się tradycji jak ratunku. A ja się jej trzymałam, bo… no, nie wiem, co by było, gdybym odpuściła.

Zaniemówiłam. Bo po raz pierwszy usłyszałam Helenę, która nie grała wielkiej matrony. Tylko kobietę. Zwykłą kobietę, która się pogubiła.

– Może powinnam była cię kiedyś zapytać, co ty lubisz na obiad, a nie tylko mówić, co u nas się jada – dodała. – Ale już nie cofnę tych lat.

Może jeszcze nie wszystko stracone – powiedziałam cicho, sama nie do końca wierząc w te słowa.

– Może. – Jej głos był teraz miękki. – A teraz idź. Jedz to swoje sushi. Ale jak cię najdzie kiedyś ochota, mam jeszcze jedną gęś w zamrażarce. Możemy ją kiedyś zrobić razem. Ale bez hymnów, bez patosu. Po prostu gęś.

Uśmiechnęłam się. Nie odpowiedziałam nic. W słuchawce zapadła cisza, teściowa rozłączyła się pierwsza. Siedziałam jeszcze chwilę z telefonem w ręku. Wiedziałam na pewno – coś się zmieniło. We mnie. W niej. I może w tym, jak będziemy rozmawiać od teraz.

W końcu byłam sobą

Cztery dni później spotkałam się z Anką. Zaprosiła mnie na kawę w tej swojej ulubionej kawiarni, gdzie zawsze pachniało cynamonem.

– Baśka, usiądź, wyglądasz, jakbyś właśnie wróciła z pola walki – powiedziała na powitanie, uśmiechając się półgębkiem.

– Może i wróćiłam– westchnęłam. – Tylko nie wiem, czy wygrałam.

Usiadłyśmy, zamówiłyśmy latte. Przez chwilę grzebałyśmy łyżeczkami w piankach, zanim Anka zaczęła.

– Wiesz, jak napisałam ci tego smsa… „Dzięki, że się zbuntowałaś”… To nie miał być żaden sarkazm. Ja naprawdę byłam wdzięczna. Od tylu lat siedzimy cicho, bo „tak trzeba”. Bo Helena, bo tradycja, bo święty spokój.

– Ale co by się stało, gdybyś ty jej powiedziała „nie”? – zapytałam cicho.

Anka spojrzała w okno, po czym westchnęła.

– Nie wiem. Może właśnie to – co ty przeżyłaś. A może coś gorszego. Bo ja zawsze byłam tą, co się nie odzywa. Jak dzieci były małe, nie miałam siły. Potem już tylko było łatwiej się nie wychylać. Ale… mam dość.

Popatrzyła mi w oczy i pierwszy raz zobaczyłam w niej nie tylko zmęczoną matkę, ale kobietę. Taką, co już się nie chce zadowalać ochłapami ciszy przy stole.

– Wiesz – dodała – Ona nie jest zła. Ona po prostu całe życie traktowała nas jak tło. A ty jej pokazałaś, że warto być sobą.

To zdanie wbiło się we mnie jak gwóźdź. „Warto być sobą”. Taka właśnie byłam. Niezależna.

– A Michał? – spytała nagle.

– Na razie milczy – wzruszyłam ramionami. – Myślę, że sam nie wie, co o tym wszystkim myśleć.

– Pewnie nie wie. Ale może to się kiedyś zmieni.

Zaśmiałyśmy się obie. Ale to nie była lekka radość. To było coś cięższego, pełniejszego. Jakby w tej kawiarni, pośród cynamonu i kobiecych głosów, udało się na chwilę odzyskać jakiś fragment siebie. Kiedy wychodziłam, Anka mnie przytuliła.

– Buntowniczka – szepnęła. – Nie zmieniaj się.

– Nie mam takiego planu – odpowiedziałam.

A potem wróciłam do domu. Do Michała. I do tej rozmowy, której wciąż nie odbyliśmy.

Poczułam ulgę

Wieczorem Michał wszedł do salonu tak, jakby przez cały dzień układał sobie w głowie każde słowo. Usiadł naprzeciwko mnie. W rękach trzymał kubek herbaty, ale nie pił. Patrzył gdzieś w bok.

– Czy ty naprawdę nie chcesz już nigdy tych naszych obiadów? – zapytał w końcu, powoli, bez zarzutu w głosie.

Spojrzałam na niego. W jego oczach nie było złości. Była niepewność. I coś, co wyglądało jak… lęk?

– Nie chodzi o to, że nie chcę rodziny. Ale chcę też siebie – odpowiedziałam. – Zawsze, kiedy siadam przy tym stole, to jakby ktoś wkładał mi maskę. Uśmiecham się, jem, słucham narzekań i udaję, że jest miło. Ale to nie jestem ja. Już nie.

Michał wreszcie uniósł na mnie wzrok.

– Wiesz… czasem nie wiem, jak cię wspierać. Mama zawsze była taka… silna. Głośna. I kiedy się sprzeciwiasz, czuję się jak dziecko między dwiema dorosłymi. Nie wiem, komu mam kibicować.

– To nie o kibicowanie chodzi – powiedziałam cicho. – Tylko o to, czy chcesz siedzieć obok mnie. Naprawdę. Nawet jeśli nie będzie klusek i gęsi.

Westchnął. Przetarł dłonią twarz.

– Ja… Może muszę się też nauczyć mówić „nie” – powiedział po chwili. – Może zawsze było łatwiej nie wybierać, tylko… płynąć z tym, co znane.

–I tobie tak wygodnie? – zapytałam.

–Nie. Ale nie umiem inaczej. Jeszcze nie.

Siedzieliśmy tak chwilę w ciszy. Ale to nie była już ta wcześniejsza, duszna cisza. To była przestrzeń między nami. Wciąż niełatwa, ale uczciwa.

– Dobrze, że mi to powiedziałeś – szepnęłam. – Nie chcę z tobą walczyć. Chcę być przy tobie. Ale nie chcę siebie zgubić w tej drodze.

Michał położył dłoń na mojej.

– Basiu… Ja cię kocham. Tylko… może teraz muszę cię trochę na nowo poznać.

Zacisnęłam palce na jego dłoni. I po raz pierwszy od dawna poczułam, że moje „nie” nie oddala nas, tylko… daje nową szansę. Nie było happy endu. Nie było toastów. Ale była prawda. I ulga, jakby jakiś ciężar wreszcie zsunął się z ramion.

Basia, 30 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:

Reklama
Reklama
Reklama