„Teściowa nas wydziedziczyła, bo nie przyjęliśmy księdza po kolędzie. Myślała, że da nam nauczkę, ale sama się ukarała”
„– W moim domu – wycedziła – przyjmuje się księdza. To jest dom katolicki. Od pokoleń. Mój ojciec przyjmował, dziadek przyjmował, nawet jak komuniści rządzili, to ksiądz tu wchodził! A wy chcecie mi zrobić wstyd?”.

Moja relacja z teściową od początku przypominała spacer po kruchym lodzie. Teściowa była osobą, którą w literaturze zwykło się określać mianem „matki Polki cierpiętnicy”, ale w wersji z turbodoładowaniem. To był ten typ kobiety, która potrafiła jednym westchnieniem sprawić, że sernik w gardle stawał kołkiem, a herbata traciła smak.
Zamieszkaliśmy z nią
Mieszkaliśmy z nią od roku. Decyzja o wprowadzce do je „gniazda”, jak lubiła nazywać swój, bądź co bądź, spory dom na przedmieściach, była podyktowana twardą ekonomią. Inflacja zjadła nasze oszczędności na wkład własny, a Damian, mój mąż, przekonywał mnie, że rok, góra dwa u mamy pozwolą nam stanąć na nogi.
– Mamy osobne wejście, osobną łazienkę. Będziemy się mijać – mówił wtedy, patrząc wzrokiem zbitego psa.
Byłam naiwna. Osobne wejście istniało, owszem, ale w świecie teściowej drzwi były tylko sugestią, a prywatność – fanaberią ludzi z Zachodu. Moje życie pod jej dachem stało się ciągiem mikroagresji. Zaczęło się od uwag o tym, że moja zupa jest „zbyt nowoczesna”, bo dodałam imbiru. Potem było wyjmowanie moich ubrań z pralki i ostentacyjne odmawianie różańca w salonie dokładnie wtedy, gdy chcieliśmy obejrzeć film.
Wtykała nos wszędzie
Problemy z religijnością teściowej nie były dla nas nowością. Wiedzieliśmy, że jej życie kręci się wokół Kościoła. Była kimś w rodzaju nieoficjalnego rzecznika prasowego i głównego cenzora moralnego. Wiedziała, kto z kim sypia, kto nie był w niedzielę na sumie i czyja córka zaszła w ciążę przed ślubem.
Damian był wierzący z przyzwyczajenia – szedł do kościoła, żeby mieć spokój od matki, ale jego wiara kończyła się na progu świątyni. Ja byłam zdeklarowaną agnostyczką. Nie walczyłam z Kościołem, po prostu nie był on częścią mojego świata. Szanowałam tradycję teściowej, łamałam się opłatkiem, jadłam karpia, ale stawiałam granice. Aż przyszedł styczeń. I ogłoszenia parafialne.
– W tym roku kolęda na naszej ulicy wypada osiemnastego – rzuciła teściowa pewnego wieczoru, nakładając Damianowi trzeciego kotleta, mimo że on ledwo oddychał po dwóch. Nie patrzyła na mnie. Mówiła do talerza z ziemniakami. – Ksiądz proboszcz chodzi osobiście.
Wiedziałam, co to oznacza. Proboszcz był znany z tego, że jego wizyty duszpasterskie przypominały wizytacje urzędu skarbowego połączone z inkwizycją. Pytał o zarobki, o plany prokreacyjne i sprawdzał, czy na ścianach wiszą odpowiednie obrazy.
Nie przyjmowała odmowy
Wymieniliśmy z Damianem spojrzenia. Wcześniej ustaliliśmy to w sypialni, szeptem, pod kołdrą, jak dwójka nastolatków planująca ucieczkę.
– Mamo – zaczął Damian, odchrząkując. – My w tym roku… nie przyjmujemy księdza.
– Co powiedziałeś? – zapytała cicho. Jej oczy, zazwyczaj wodnisto-niebieskie, teraz pociemniały.
– Nie przyjmujemy kolędy – powtórzył Damian, tym razem nieco pewniej, czując moją dłoń na swoim kolanie pod stołem. – Pracujemy późno, jesteśmy zmęczeni. Poza tym nie czujemy takiej potrzeby. To nasza decyzja.
Teściowa wstała. Była niską kobietą, ale w tamtej chwili wydawała się wielka.
– Twoja decyzja? – prychnęła, kierując wzrok prosto na mnie. – Czy może decyzja twojej żony?
– Mamo, proszę, nie zaczynaj – wtrąciłam się. – To nasza wspólna decyzja. Szanujemy twoją wiarę, możesz przyjąć księdza na dole. My po prostu zostaniemy u siebie, na górze. Drzwi będą zamknięte.
To był horror
Teściowa zacisnęła usta w wąską kreskę.
– W moim domu – wycedziła – przyjmuje się księdza. To jest dom katolicki. Od pokoleń. Mój ojciec przyjmował, dziadek przyjmował, nawet jak komuniści rządzili, to ksiądz tu wchodził! A wy chcecie mi zrobić wstyd?
– Mamo, jaki wstyd? – jęknął Damian. – To nasza sprawa.
– Wstyd na całą wieś! – krzyknęła nagle, uderzając ręką w stół. – Co ja mam powiedzieć sąsiadom? Że wychowałam bezbożnika? Że pod moim dachem lęgnie się zaraza ateizmu? Proboszcz wie, że tu mieszkacie. Zapyta o was. I co ja mu powiem? Że się ukrywacie jak szczury na górze?
– Powiedz prawdę, że nie chcemy – odparłam chłodno.
– Ty się nie odzywaj! – warknęła w moją stronę. – To ty mu mącisz w głowie. Zanim cię poznał, był dobrym chłopcem. Chodził do kościoła, służył do mszy. A teraz to jest Sodoma i Gomora!
Wyszła z kuchni, trzaskając drzwiami. Damian schował twarz w dłoniach. Wiedziałam, że to dopiero początek. Przez kolejne dni żyliśmy w stanie oblężenia. Teściowa przestała się do nas odzywać. Komunikowała się wyłącznie za pomocą ostentacyjnych westchnień i trzaskania garnkami, ale najgorsze były przygotowania.
Chciałam to przeczekać
Dom pachniał pastą do podłóg i krochmalem. To był zapach mojego dzieciństwa, ale tutaj, w tym kontekście, był zapachem terroru. Teściowa szorowała wszystko, jakby chciała zmyć nasze grzechy wybielaczem. Nadszedł ten dzień. Wróciłam z pracy wcześniej, żeby zaryglować się na górę. Atmosfera w domu była tak gęsta, że można by ją kroić nożem. Na dole słyszałam krzątaninę teściowej. Śpiewała pod nosem jakieś pieśni religijne, głośno i fałszywie, co brzmiało jak inwokacja przed bitwą.
Około osiemnastej usłyszeliśmy szczekanie psa sąsiadów. Ministranci dzwonili dzwonkami. Ten dźwięk wywoływał dreszcze. Siedzieliśmy z Damianem na kanapie w naszym saloniku na górze. Nie zapalaliśmy światła, tylko telewizor mrugał niemym obrazem. Dzwonek do drzwi wejściowych na dole. Usłyszeliśmy przesadnie uprzejmy głos teściowej:
– Niech będzie pochwalony! Zapraszam, zapraszam księdza proboszcza! Jakie to szczęście!
A potem ciężkie kroki na schodach i dudniący bas proboszcza:
– A co tu tak cicho? Gdzie młodzi? Słyszałem, że syn się ożenił.
Zawstydziła nas
Serce podeszło mi do gardła. Damian zbladł jak ściana. Ścisnął moją rękę tak mocno, że aż zabolało.
– A, proszę księdza… – głos teściowej łamał się teatralnie. – To jest mój osobisty krzyż. Młodzi są na górze, ale zamknęli się.
– Jak to zamknęli? – zdziwił się ksiądz. – To może ministrant zapuka?
Słyszeliśmy kroki na schodach prowadzących do nas. Ktoś szarpał za klamkę naszych drzwi.
– Zamknięte! – krzyknął chłopięcy głos.
– Widzi ksiądz… – teściowa zaczęła płakać. Słyszałam to wyraźnie. – Wyrzekli się. Odwrócili się od Boga. Wstyd mi, tak mi wstyd! Ja ich tak nie wychowałam!
Proboszcz, zamiast załagodzić sytuację, dolał oliwy do ognia.
– To bardzo niedobrze, pani Tereso. Bardzo niedobrze. Dom podzielony nie ustoi. Trzeba się modlić o nawrócenie, bo szatan nie śpi. Bezbożność to choroba, która toczy duszę.
Rozmawiali o nas tak, jakbyśmy byli trędowaci, a nie tylko ludźmi, którzy chcą mieć spokój. Słuchaliśmy tego upokorzenia przez dwadzieścia minut. Modlili się głośno za te zagubione owieczki na piętrze.
Wpadła w szał
Kiedy drzwi na dole się zamknęły i ministranci odeszli, zapadła cisza. Ale to była cisza przed burzą. Nie minęło pięć minut, gdy usłyszeliśmy walenie w nasze drzwi. Nie pukanie. Walenie pięściami. Damian wstał i podszedł do drzwi. Przekręcił zamek. Teściowa wpadła do środka jak furia. Nigdy nie widziałam jej w takim stanie. Była czerwona na twarzy, włosy miała w nieładzie, a w ręku ściskała kropidło, z którego kapała woda.
– Wy niewdzięczni bezbożnicy! Jak mogliście mi to zrobić?! Przy księdzu! Przy ministrantach! Cała ulica będzie gadać!
– Mamo, uspokój się – zaczął Damian, ale ona nie słuchała.
– W moim domu nie ma wyboru dla bezbożników! – dyszała ciężko. Jej oczy były szalone. – Nie chcę was tu widzieć. Rozumiecie? Wynoście się! Już!
– Mamo, jest minus dziesięć stopni, jest noc… – Damian próbował dotrzeć do jej rozsądku.
– Nie obchodzi mnie to! – wrzeszczała. – Macie godzinę! Jak was tu zastanę, wezwę policję! Powiem, że mnie dręczycie! Przynosicie mi wstyd w parafii!
Wiedziałam, że nie żartuje. W jej oczach nie było matki. Była tylko zraniona duma i religijny amok.
Wyrzuciła nas
Następna godzina była najbardziej surrealistycznym doświadczeniem w moim życiu. Damian był w szoku. Poruszał się jak robot. Musiałam przejąć dowodzenie.
– Pakujemy tylko najpotrzebniejsze rzeczy. Dokumenty, laptopy, ubrania na kilka dni – zarządziłam, wciskając mu do ręki torbę sportową.
Sama wrzucałam do walizki swetry, bieliznę, kosmetyki. Ręce mi się trzęsły. Słyszałam, jak teściowa na dole dzwoni do kogoś – pewnie do ciotki albo innej dewotki – i relacjonuje na żywo, jak to „wyrzuca zarazę z domu”. To było upokarzające. Czułam się brudna, choć nie zrobiłam nic złego. Czułam się winna, choć wiedziałam, że to manipulacja. Kiedy znosiliśmy torby po schodach, teściowa stała w przedpokoju z założonymi rękami. Obok niej wisiał obraz Matki Boskiej Częstochowskiej, jakby miała ją chronić przed naszym złym wpływem.
– Klucze – zażądała, wyciągając rękę.
Dostała nauczkę
Damian położył pęk kluczy na szafce. Nie patrzył na nią. Miał łzy w oczach. To był dom, w którym się wychował. Dom, który pomagał remontować.
– I nie liczcie na nic – dodała, gdy otwieraliśmy drzwi wyjściowe. Uderzyło w nas mroźne powietrze. – Wydziedziczę cię. Wszystko przepiszę na Kościół, byleście grosza nie dostali.
– Żegnaj, mamo – powiedział cicho Damian. To było jedyne, co z siebie wydusił.
Tej nocy spaliśmy u mojej przyjaciółki na podłodze w salonie. Było twardo, niewygodnie, ale spokojnie. Nikt nie kazał nam się modlić, nikt nie patrzył, ile słodzimy herbatę. Minęły dwa tygodnie. Wynajęliśmy małą kawalerkę. Jest ciasna, droga i daleko od centrum, ale jest nasza.
Teściowa próbowała się kontaktować przez rodzinę, ale nie po to, by przeprosić. Chciała, żebyśmy wrócili „na kolanach”, wyspowiadali się i naprawili jej reputację, bo „ludzie gadają, że wygnała dzieci na mróz”. Okazało się, że narracja o „bezbożnikach” nie do końca się przyjęła, a sąsiedzi, mimo wszystko, uznali wyrzucenie nas w środku zimy za przesadę. Ale my nie wrócimy.
Tamtego wieczoru, w zimnym samochodzie, zrozumieliśmy jedną rzecz. Cena za „darmowe” mieszkanie u teściowej była najwyższa z możliwych – nasza godność i zdrowie psychiczne. Kolęda była tylko zapalnikiem. Bomba tykała od dawna.
Agata, 30 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Na stare lata w sanatorium znalazłem ukochaną. Nie sądziłem, że w moim sercu jest jeszcze miejsce na amory”
- „Uciekłam nad morze od fochów siostry i matki. W pensjonacie obcy facet dał mi więcej, niż rodzina przez całe życie”
- „Moje córki są leniwe i tylko gapią się w ekrany. Boję się, że żadna z nich nie poda mi szklanki wody na starość”