Reklama

Zawsze uważałam, że rodzina to coś, co buduje się wspólnie. Że trzeba się starać, dbać o więzi, szczególnie kiedy na świecie pojawiają się dzieci. Mój mąż też miał podobne podejście. Nasze dzieci rosły, a my staraliśmy się dawać im wszystko: czas, uwagę, miłość. Wydawało mi się, że to naturalne, że inni też będą chcieli być częścią ich życia. Tym bardziej babcia.

Nie wymagałam zbyt wiele. Przecież nie każdy nadaje się do niańczenia wnuków, nie każdy ma cierpliwość i serce do codziennego bycia częścią dziecięcego świata. Rozumiałam to. Tyle że im dłużej obserwowałam to, co się dzieje, tym bardziej czułam, że coś tu jest mocno nie w porządku. I nagle – cud! Uśmiech numer pięć i wyciągnięta dłoń po laurki od dzieci. Tak, na Dzień Babci teściowa pojawiała się bezbłędnie. Ubrana, umalowana, z uśmiechem jakbyśmy byli kochającą się rodziną.

Ugryzłam się w język

– Mamo, a czy babcia przyjdzie na nasze przedstawienie w przedszkolu? – zapytał Staś, podciągając rajstopki, które już trzeci raz tego ranka zjechały mu do kolan.

– Wiesz co, kochanie, jeszcze nie wiem. – Pochyliłam się, by poprawić mu gumkę i przylizać te jego rozczochrane kudły. – Babcia jest bardzo zajęta.

– Znowu? Przecież mówiła, że jest na emeryturze – wtrącił się Jaś, jego starszy brat. – To, co ona robi całymi dniami?

– No… pewnie ma swoje sprawy. – Złapałam za plecak, unikając ich spojrzeń.

Prawda była taka, że teściowa nie miała żadnych spraw. Chyba że zaliczyć do nich poranne kółko nordic walking, popołudniową kawkę z koleżankami i seriale, które znała na pamięć. Do dzieci nie zadzwoniła od trzech tygodni. Nawet kiedy Staś był chory, nie spytała, jak się czuje.

– Ale jak był Dzień Babci, to przyszła – powiedział Jaś z wyraźną urazą w głosie. – I wzięła od nas laurki.

– I czekoladki! – dorzucił Staś.

– Bo to był jej dzień – rzuciłam automatycznie, po czym ugryzłam się w język.

Ich oczy były zbyt mądre jak na dzieci. Widzieli więcej, niż chciałam im powiedzieć. Wieczorem zapytałam męża:

– Twoja mama… może zadzwoniłaby czasem do chłopaków?

Ona nie lubi rozmawiać przez telefon – powiedział, wzruszył ramionami i wrócił do przeglądania aukcji.

Aż mnie telepało z emocji

Nie wiem, co mnie podkusiło, ale postanowiłam dać jej szansę. Wzięłam telefon i zadzwoniłam.

– Tak, słucham? – odebrała po drugim sygnale.

Głos miała znudzony i jakby lekko zniecierpliwiony.

– Dzień dobry, mamo. Dzwonię, bo chłopcy bardzo by chcieli, żebyś przyszła na ich przedstawienie z okazji Dnia Babci. W piątek o dziesiątej.

– W piątek? – usłyszałam w tle dźwięk łyżeczki stukającej o filiżankę. – O, no nie wiem, nie wiem… Bo wiesz, ja mam wtedy fryzjera. I później z Halinką umawiałyśmy się na ciacho.

– Jasne – odparłam sucho. – Ale może udałoby się przełożyć? To dla nich naprawdę ważne.

– No, ale przecież ja byłam rok temu! – oburzyła się, jakby chodziło o jakąś karę dożywotniego odsiadki. – I wiesz, to są jednak małe dzieci, no co ja tam... Nie mam z nimi wspólnych tematów.

– To nie o „tematy” chodzi. Wystarczy, że mama będzie. Że ich zobaczy.

– Dziecko, ty to dramatyzujesz. Wnuki nie są całym światem, ja też mam swoje życie – parsknęła.

– Rozumiem.

Starałam się mówić spokojnie, choć mnie aż telepało.

– No nie wiem, pomyślę – burknęła i się rozłączyła bez „do widzenia”.

Wieczorem Staś zapytał:

– Mamo, babcia przyjdzie?

Patrzyłam w jego oczy i nie miałam serca go okłamywać.

– Nie wiem, synku. Babcia się jeszcze nie zdecydowała.

Wiedziałam jedno: nie zasługiwała na żadne laurki.

Serce mi pękło

W piątek rano dzieci wstały wcześnie. Staś wstał sam, co już było nie lada wydarzeniem.

– Mamo, założysz mi koszulę z guzikami? – zapytał, wciskając mi w ręce tę białą, z którą zawsze walczyliśmy w dni świąteczne.

– Jasne, chodź tu, eleganciku – uśmiechnęłam się, klękając, żeby go zapiąć.

Jaś kręcił się w przedpokoju, trzymając w ręce pogniecioną laurkę.

– Mamo, a może dasz babci tę od Stasia też? Jak nie przyjdzie, żebyś jej zaniosła.

Zamarłam z dłońmi na ostatnim guziku. Serce mi pękło.

– Kochanie… Może lepiej damy jej później. Jak ją zobaczymy.

Czyli nie przyjdzie, tak? – powiedział spokojnie. Za spokojnie jak na ośmiolatka. – Bo dla niej fryzjer jest ważniejszy niż my.

Przedstawienie było cudowne. Staś jako aniołek z dużymi skrzydłami, Jaś recytujący z przejęciem wierszyk o babci, która piecze ciasta i tuli, gdy świat boli. Widziałam, jak Jaś raz po raz zerka na drzwi. Staś rozglądał się z nadzieją. Miejsca obok mnie pozostały puste. Po występie dzieci wybiegły do nas – rodziców, babć, dziadków. Zewsząd płynęły brawa, uściski, całusy, błyski aparatów. A ja miałam ochotę wyciągnąć telefon, zadzwonić do niej i powiedzieć, właśnie przegapiła jeden z najważniejszych dni w ich życiu. Nie zadzwoniłam. Nie zasłużyła nawet na wyrzuty. Wieczorem chłopcy bawili się papierowymi koronami, a Jaś rzucił mimochodem:

– Wiesz, mamo… My już nie potrzebujemy takiej babci.

Obraziła się na mnie

W sobotę po śniadaniu przyszła do nas teściowa. Bez zapowiedzi. Stanęła w progu z chłodnym uśmiechem.

– No dzień dobry, przyszłam do wnuków. Mam dla nich po czekoladzie – oznajmiła, jakby wszystko było w najlepszym porządku.

– Chłopaki są u sąsiadów – odpowiedziałam, nie zapraszając jej do środka.

– Ach tak? A to szkoda… Bo miałam nadzieję, że mi pokażą laurki – spojrzała na mnie wymownie.

– Nie dali ci ich – powiedziałam powoli – bo... nie było cię na przedstawieniu.

Zrobiła minę, jakby właśnie się dowiedziała, że mleko się skończyło.

– Oj, no... przecież mówiłam, że miałam fryzjera. Nie da się być wszędzie, kochana. Przesadzasz z tymi oczekiwaniami.

– Nie ja miałam oczekiwania. Dzieci. I nawet nie chodzi o fryzjera. Można było zadzwonić, zapytać, jak poszło. Albo chociaż powiedzieć, że nie dasz rady.

– Dobrze, dobrze, nie unoś się. Nie każda babcia musi być jak z reklamy kaszki – przewróciła oczami i weszła sobie do salonu jak do siebie.

Patrzyłam, jak stawia torbę na stole i wyjmuje torebki tabliczkę czekolady.

– Czekoladą się nie odkupisz – rzuciłam cicho.

– Proszę cię. Przesadzasz. Dzieci mnie kochają, nawet jeśli nie jestem typową babcią. A prezenty to zawsze miły gest.

– Miły? Czy raczej wygodny? – spojrzałam na nią twardo. – Bo czekolada nie zada pytań.

Nie odpowiedziała. Wzięła torebkę i wyszła. Bez laurki. Bez czekolady. Bez słowa.

Zaniemówiłam

W niedzielę rano Jaś podszedł do mnie z kartką w ręce.

– Mamo, możemy tę laurkę oddać pani Marysi spod trójki?

– Co? – spojrzałam zaskoczona. – Przecież to miało być dla babci.

– Ale babcia nie chciała – powiedział spokojnie, choć w jego głosie było coś twardszego niż zwykle. – A pani Marysia zawsze się do nas uśmiecha, daje nam cukierki, a jak tata złamał rękę, to sama zapytała, czy trzeba pomóc.

Staś, siedzący obok przy śniadaniu, poderwał głowę:

– Tak! I mówiła, że jesteśmy jej „ulubionymi chłopcami z całego bloku”!

Zaniemówiłam.

– Możemy? – Jaś podszedł bliżej, podając laurkę. Na niej wciąż było napisane „Dla Babci”, ale dziecięcą ręką ktoś dopisał „Marysi”.

– Możecie – powiedziałam w końcu. – I wiecie co? To naprawdę piękny pomysł.

Wrócili po dziesięciu minutach z uśmiechami od ucha do ucha.

– Płakała! – zawołał Staś. – Tak się wzruszyła! Powiedziała, że to najpiękniejszy prezent, jaki dostała od lat!

– I zaprosiła nas na herbatę w przyszłą niedzielę – dodał Jaś. – Powiedziała, że będzie sernik!

Patrzyłam na nich i w głowie mi się kłębiło. Może wcale nie chodziło o to, żeby babcia była „prawdziwa”. Może chodziło o ciepło. O obecność. O herbatę i sernik.

Zachowałam dystans

W poniedziałek po południu znów zadzwonił dzwonek do drzwi. Mąż otworzył. Stałam w kuchni, myjąc naczynia, i słyszałam tylko:

– Dzień dobry, babciu.

A potem ciszę. Ciszę, w której nie było radości. Tylko ta jej sztuczna serdeczność:

– A gdzie moja laurka?

Wytarłam ręce i wyszłam do przedpokoju. Teściowa stała w płaszczu, z nową fryzurą i ręką wyciągniętą jak po order.

– Cześć, mamo – powiedziałam chłodno.

– No więc? Chłopcy, macie dla babci laurki? – rzuciła w ich stronę, uśmiechając się słodko.

My już daliśmy – odparł Jaś poważnie.

– Komu niby?

– Pani Marysi. Bo była. Bo chciała przyjść. Bo się interesuje – powiedział bez zająknięcia.

Staś schował się za jego plecy i kiwnął głową. Teściowa zbladła. Patrzyła to na mnie, to na chłopców, jakby nie rozumiała, co się właśnie stało.

– Przesadzacie – mruknęła.

– Może – odparłam. – Ale dzieci to czują. I nie da się tego przykryć prezentem. Ani fryzurą.

Odwróciła się bez słowa i wyszła, trzaskając drzwiami. Długo nie dzwoniła, nie pisała. Nie komentowałam tego. Nie musiałam. Bo kiedy w kolejną niedzielę wrócili od pani Marysi, trzymając w rękach słoiki z kompotem i opowiadając o partii warcabów, wiedziałam jedno. Babcia to nie tytuł. To rola. A dzieci widzą lepiej niż dorośli, kto naprawdę ją gra.

Kinga, 36 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama