Reklama

Zawsze wydawało mi się, że jestem całkiem wyrozumiałym człowiekiem. Potrafię przymknąć oko na drobne niedociągnięcia, przemilczeć niezręczności, nie komentować rzeczy, które mnie uwierają. Szczególnie jeśli chodzi o rodzinę. No bo po co się kłócić? Po co robić afery? W imię świętego spokoju i dobrej atmosfery — wiadomo. Kiedy zaszłam w ciążę, wiele rzeczy wywróciło się do góry nogami.

Na szczęście moi rodzice trzymali się raczej z boku, ale za to jego matka... cóż. Zawsze była entuzjastyczna. Zbyt entuzjastyczna. Szczególnie odkąd została babcią. Na początku uznałam to za słodkie. Cieszyła się każdą drobnostką: pierwszym ząbkiem, ubrankiem, zdjęciem USG. Przynosiła nam słoiczki, ubranka, pieluszki. Dziękowałam za wszystko, nawet za rzeczy, których nie chciałam albo nie potrzebowałam. Do czasu.

Bo pewnego dnia do naszego mieszkania zaczął się wkradać... zapach. A może raczej fetor. Wraz z nim przychodziły one. Pluszaki. Całe torby maskotek. Jakby u nas nie było zabawek. Jakby nasze dziecko nie miało swojego pokoju z półkami pełnymi miękkich zabawek, które pachną czystością, a nie strychem. I wtedy coś we mnie zaczęło się gotować.

Chciało mi się krzyczeć

Drzwi się otworzyły, a ja już wiedziałam. Czułam ten zapach. Mieszanka stęchlizny, jakiegoś taniego proszku i... czegoś, co trudno było zdefiniować, ale wgryzało się w nozdrza.

– Hej, kochanie! – rzuciła teściowa, trzymając w ręku siatkę z popularnego lumpeksu. – Mam coś dla naszej królewny!

Spojrzałam na torbę. Wystawał z niej kawałek różowego futerka, wilgotny od deszczu.

– Ojej... znowu? – zapytałam z udawanym entuzjazmem.

– No przecież ona tak kocha pluszaki! Jak tylko zobaczyłam tego pieska, to od razu pomyślałam o niej! – mówiła, już grzebiąc w siatce. – A tu jeszcze króliczek, patrz, jaki słodki. I żabka! No cudo!

– One... są czyste? – zapytałam ostrożnie, chociaż znałam odpowiedź.

– Przecież wiadomo, że w lumpeksie wszystko przechodzi przez ozonowanie! – machnęła ręką. – Nie przesadzajmy.

– Wiesz, ostatnio Martynka gorzej się czuła... Może to przez któryś z tych pluszaków – zaczęłam niepewnie.

– Co? – Teściowa uniosła brwi. – Oj, chyba raczej od twoich nowych proszków! Te „eko” cuda to jedna wielka ściema!

Zamknęłam oczy i policzyłam w myślach do pięciu. Potem do dziesięciu.

– Może po prostu przez jakiś czas nie przynoś jej zabawek. Ma ich już naprawdę dużo...

– Czyli co? Mam już nie kupować wnuczce prezentów? – oburzyła się.

– Nie, po prostu może coś innego niż używane maskotki? – wyszeptałam.

Zapadła cisza. Teściowa spojrzała na mnie, jakbym powiedziała coś okrutnego.

– No dobrze... – rzuciła oschle. – Skoro ci przeszkadza, że chcę dać coś od serca.

Chciało mi się krzyczeć.

Nie odpowiedziałam

Następnego dnia weszłam do pokoju Martynki i zamarłam. Króliczek bez oka leżał w łóżeczku, obok żabki z naderwanym uchem. Piesek był rozłożony na parapecie, jakby właśnie umierał na jakąś pluszową infekcję.

One śmierdzą, mamo. Ja wolę Pusię i Zuzkę.

Pusia i Zuzka to były jej ukochane maskotki. Nie z drugiej ręki. Kupiłam je sama, w nowym sklepie. Z metką.

– Widzisz? – rzuciłam wieczorem do męża. – Martynka sama mówi, że śmierdzą. Już nawet dziecko się buntuje.

– No dobra, ale jak powiem mamie, że ma nie kupować, to się obrazi. Wiesz, jaka jest. Od razu będzie: „Nie zasługuję, żeby być babcią”, „Wyrzucacie mnie z życia dziecka” – wyrecytował, parodiując ton swojej matki.

– Może niech się obrazi. Może jej przejdzie. Albo przynajmniej się opamięta.

– No nie wiem... – westchnął. – Mama się ostatnio robi coraz bardziej... przewrażliwiona. Czasem płacze przez telefon.

– Ja też się robię przewrażliwiona! – warknęłam. – Chcesz, to ty je pierz! Albo trzymaj w swojej szafie.

– Dobra, dobra... pogadam z nią. Jakoś delikatnie.

– Delikatnie? Ona rozumie tylko przekaz w stylu „hurra, cudownie, jeszcze więcej śmierdzących prezentów!”

– No to będzie... ciężko – przyznał.

Nie odpowiedziałam. Po prostu wzięłam żabkę i wsadziłam ją do czarnego worka na śmieci.

Patrzyłam na nią bez słowa

Teściowa pojawiła się u nas jak zwykle w piątek po południu. Wcześniej mąż zapowiedział, że „delikatnie porozmawia”. Obiecał. Przysięgał. A teraz siedział w kuchni i udawał, że bardzo go pochłania zmywanie kubka.

– Martynko, zobacz, co babcia ci przyniosła! – zaćwierkała teściowa już od progu, unosząc przed sobą siatkę.

Zamarłam. Znowu. Naprawdę? Serio?

– Hej, mamo – odezwał się mój mąż, wycierając ręce o ścierkę. – Wiesz co... w sumie dobrze, że jesteś.

– No przecież jestem co tydzień, jak w zegarku – odparła dumnie. – Ktoś musi dziecku przynieść trochę radości.

– No właśnie... – zaczął niepewnie. – My się ostatnio zastanawialiśmy, czy... nie lepiej byłoby, żebyś przynosiła coś innego. Może kredki, książeczkę... coś nowego.

– Coś nowego? – Teściowa zmrużyła oczy. – Czyli moje zabawki są nie takie, tak?

– Nie o to chodzi – rzucił szybko. – Tylko Martynka mówiła, że... niektóre pluszaki dziwnie pachną. I chyba nie czuje się z nimi dobrze.

– Czyli uważacie, że daję wnuczce brudne rzeczy?! – oburzyła się.

– Mamo, nie, spokojnie. Po prostu... chodzi o higienę. I może komfort. To nie atak.

– Oczywiście, że atak! – fuknęła. – Najpierw nie wolno mi ich kupować, potem nie wolno mi przynosić, zaraz pewnie zabronicie mi w ogóle przychodzić!

– Mamo, proszę, nie dramatyzuj – próbował ratować sytuację mąż.

– A może by tak ktoś podziękował, że babcia się stara, co?! – syknęła, stawiając siatkę na podłodze z impetem.

Patrzyłam na to przedstawienie bez słowa. Bo i co miałam powiedzieć? Że wolę ciszę niż te teatrzyki? Jednak tym razem zabrałam torbę z podłogi i zaniosłam ją do łazienki.

Byłam zła

W łazience zajrzałam do torby. W środku siedział miś-pirat z przetartym okiem, królik z nadprutym uchem i coś, co kiedyś musiało być zebrą. Albo dalmatyńczykiem. Wrzuciłam wszystko do pralki.

– Kochanie, mama zaraz wychodzi – mąż wyszedł, odchrząkując nerwowo. – Może byś... pożegnała się z nią?

– Może byś ty się pożegnał – odparłam beznamiętnie. – Ja piorę wspomnienia z czyichś strychów.

– No weź, przecież próbowałem z nią normalnie pogadać. Ona wszystko bierze do siebie.

– Bo nikt nigdy nie stawia jej granic!

Nie dramatyzuj.

– Ja dramatyzuję?! To ona przed chwilą puściła focha, że nie chcemy skażonych przytulanek!

– Może przesadzasz z tym „skażeniem”?

– To przytul się do tego pluszaka.

Wyszedł, rzucając tylko:

– Jak zwykle, nic ci nie pasuje.

Postawiłam się teściowej

Minął tydzień. W piątek usiadłam na kanapie i czekałam. Teściowa pojawiła się w drzwiach punktualnie. Jakby nic się nie wydarzyło.

Mam dla mojej księżniczki coś cudownego! – oznajmiła, unosząc triumfalnie siatkę z logo lumpeksu.

Tym razem nie udawałam. Wstałam i podeszłam do niej.

– Mamo, nie zostawisz tego tutaj.

– Co? – zmarszczyła czoło. – Dlaczego?

– Bo mówiłam ostatnio jasno. Nie chcemy już pluszaków z second-handów.

– No ale przecież... Przecież Martynka je kocha! – spojrzała na wnuczkę, która akurat siedziała z kredkami przy stole i udawała, że nas nie słyszy.

– Martynka ostatnio sama powiedziała, że śmierdzą. Nie chcemy więcej.

– To wyście jej to wmówili! Dziecko nie ma prawa wyboru?

– Ma prawo do czystych zabawek – odparłam. – I do tego, żeby nie słuchać, jak dorośli kłócą się o stare miśki.

– Jak możesz być taka niewdzięczna?! Ja się staram! Kocham to dziecko, daję, co mogę! To wszystko z serca!

– Nie wątpię – powiedziałam spokojnie. – Ale twoje serce nie pierze tych rzeczy i nie wdycha ich zapachu przez tydzień. Więc jeśli naprawdę chcesz coś dawać, to spytaj, co będzie potrzebne. I szanuj nasze granice.

– Czyli jestem złą babcią, tak? – syknęła.

– Nie, po prostu nie jesteś jedyną osobą, która decyduje o tym domu.

Stałyśmy tak przez chwilę. W końcu ciszę przerwała Martynka:

– Babciu, możesz mi kiedyś przynieść książkę? Taką z księżniczkami. Nową, dobrze?

Teściowa nic nie powiedziała. Po prostu odwróciła się na pięcie i wyszła. Torba została za progiem.

Spojrzał na mnie z uznaniem

Kiedy zamknęły się drzwi za teściową, przez chwilę w mieszkaniu panowała cisza. Taka gęsta, jakby można ją było pokroić nożem. Martynka wróciła do swoich rysunków, a ja usiadłam przy stole. Czułam się wyczerpana, jakbyśmy właśnie zakończyli jakąś bitwę. Choć właściwie — czy to w ogóle była wojna?

– Mamo... a babcia będzie się znowu złościć? – zapytała cicho Martynka, nie odrywając wzroku od kartki.

– Może troszkę – przyznałam szczerze. – Ale my też mamy prawo mówić, czego nie chcemy. Nawet jeśli kogoś to trochę zasmuci.

– Nie lubię tych pluszaków – powiedziała po chwili. – One pachną jak szafa z przedszkola.

Zaśmiałam się, mimo wszystko.

– No właśnie. Nie każda rzecz nadaje się do przytulania – dodałam.

Wieczorem mąż wyjął torbę spod drzwi.

– Wyrzucamy? – zapytał.

– Tym razem tak – odparłam. – Bez sentymentów.

– Myślisz, że będzie dzwonić z wyrzutami?

– Możliwe. A może też się obrazi na chwilę. Może przemyśli. Może za tydzień przyniesie książkę.

– A może torbę kolejnych pluszaków – mruknął, ale uśmiechnął się przy tym lekko.

– Wtedy je od razu odwiozę – powiedziałam stanowczo.

Spojrzał na mnie z uznaniem.

– Wiesz co? To nie było łatwe, ale dobrze to ogarnęłaś.

– Nie chodzi o to, żeby być niemiłą. Tylko żeby ktoś w końcu zrozumiał, że „dobre chęci” to nie wszystko.

– I żeby nasze dziecko miało wreszcie czyste zabawki – dodał.

– I spokój. Przede wszystkim spokój.

Martyna, 34 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama