Reklama

Myślałam, że wchodząc do tej rodziny, zyskam drugą matkę, a nie surowego krytyka, który każdy mój ruch przy blacie ocenia z precyzją chirurga. Przez pięć lat małżeństwa unikałam jej kuchni jak ognia, bojąc się wymownych spojrzeń i cichych westchnień, które raniły bardziej niż otwarty krzyk.

Postanowiłam zawalczyć o swoje miejsce przy stole, uzbrojona jedynie w stary, poplamiony przepiśnik mojej babci i determinację, by udowodnić, że potrafię stworzyć domowe ciepło równie dobrze, jak ona.

Tym razem nie dam za wygraną

Teściowa nie była złą kobietą, ale kuchnia stanowiła dla niej centrum wszechświata, a każda inna osoba przy garach była traktowana jak intruz. Jej dom lśnił czystością wprawiającą w kompleksy. Podczas niedzielnych obiady bałam się odstawić szklankę bez podkładki. Jednak prawdziwy terror zaczynał się w tłusty czwartek. Dla Krystyny smażenie pączków to był rytuał i zarazem walka o dominację w rodzinie.

Jej wypieki były legendarne – idealnie okrągłe, z perfekcyjną, jasną obwódką, nadziane ucieraną przez trzy dni różą. Paweł uwielbiał je do szaleństwa. Każdego roku słyszałam ten sam monolog: „Kochanie, nie kupuj nic w cukierni, mama zrobi nam zapas na tydzień. Wiesz, że jej są najlepsze na świecie”.

Zazwyczaj potakiwałam, uśmiechając się blado. Moja rola sprowadzała się do siedzenia na kanapie i podziwiania kunsztu teściowej, która biegała między stolnicą a garnkiem ze smalcem, rzucając uwagi w stylu: „Och, nie wstawaj, Alicjo, pobrudzisz sobie bluzkę”. W podtekście słyszałam zawsze: „Ty, miastowa lalunia z biura, nie masz pojęcia o prawdziwym życiu”.

Ale w tym roku sytuacja była inna. Kilka tygodni wcześniej, podczas porządkowania strychu w domu moich rodziców, znalazłam stary zeszyt mojej babci Zofii. Babcia Zofia nie była perfekcyjną panią domu jak Krystyna. Była chaotyczna, głośna i kochała życie, a jej wypieki, choć czasem dalekie od perfekcji, miały w sobie smak, którego nie dało się podrobić. Przeglądając pożółkłe kartki, natrafiłam na kuszący przepis na pączki lwowskie.

Poczułam przypływ odwagi

Wszystko zaczęło się tydzień przed tłustym czwartkiem. Siedzieliśmy u teściów, jedząc szarlotkę, kiedy Krystyna zaczęła planować wielkie smażenie.

– W tym roku zrobię chyba z trzech kilogramów mąki – głośno myślała, patrząc na Pawła. – Wiem, jak bardzo lubisz zabierać je do pracy, synku. A dla ciebie, Alicjo, zapakuję osobne pudełko, żebyś nie musiała się męczyć i kupować tych chemicznych w markecie.

Poczułam ukłucie w żołądku. Nie chodziło o jej propozycję, ale o ton. O założenie, że jestem kulinarną ignorantką skazaną na supermarket.

– Właściwie, mamo – odezwałam się, zanim zdążyłam ugryźć się w język – w tym roku chciałabym sama spróbować. Znalazłam przepis babci Zofii.

Zapadła cisza. Paweł przestał żuć, a teściowa powoli odstawiła filiżankę. Dźwięk porcelany zabrzmiał jak wystrzał startowy.

– Sama? – powtórzyła, unosząc idealnie wyregulowaną brew. – Ależ dziecko, pączki to wyższa szkoła jazdy. Trzeba czuć ciasto, wiedzieć, jak drożdże pracują. To nie jest upieczenie muffinek z gotowej mieszanki. Szkoda marnować produkty, jeśli ma wyjść zakalec.

Nie wyjdzie zakalec – powiedziałam, czując przypływ nagłej odwagi. – Chciałabym przyjechać w czwartek rano i usmażyć je razem z tobą. Masz dużą kuchnię, zmieścimy się.

Krystyna uśmiechnęła się z politowaniem, jak mistrzyni patrząca na amatora.

– Skoro tak bardzo chcesz... Ale uprzedzam, u mnie w kuchni panują zasady. Żadnego bałaganu.

To był cios poniżej pasa

W czwartek rano zjawiłam się u niej punktualnie o ósmej. Byłam niewyspana, ale zdeterminowana. Weszłam do kuchni z własną miską i składnikami. Krystyna była już w ferworze walki, w nieskazitelnie białym fartuchu wyglądała jak szefowa kuchni ekskluzywnej restauracji. Ja zawiązałam swój kolorowy fartuszek w kwiaty, czując się przy niej jak uboga krewna.

– Widzę, że przywiozłaś własną mąkę – zauważyła teściowa, przesiewając swoją przez sito. – Jaki to typ? Bo do pączków musi być luksusowa, inaczej ciasto będzie ciężkie jak kamień.

– To zwykła tortowa, ale sprawdzona – odpowiedziałam spokojnie, choć ręce mi lekko drżały.

Rozpoczęła się cicha rywalizacja. Stanęłyśmy po dwóch stronach wielkiej wyspy kuchennej. Krystyna zagniatała ciasto z siłą atlety, jej ruchy były pewne, rytmiczne. Ja pracowałam wolniej, starając się wtłoczyć w moje ciasto jak najwięcej powietrza, tak jak pisała babcia: „Ciasto musi oddychać, Alusiu”. W pewnym momencie Krystyna podeszła do mojej miski, zajrzała do środka i pokręciła głową.

Za luźne – orzekła tonem eksperta. – Dosyp mąki, bo nic z tego nie będzie. Rozleje się na patelni i wypije cały tłuszcz.

– Babcia pisała, żeby nie dosypywać – odparłam twardo, choć serce waliło mi jak młot. – Ma być lepkie.

– Jak uważasz. – Wzruszyła ramionami i wróciła na swoją stronę. – Paweł ma delikatny żołądek, mam nadzieję, że o tym pamiętasz.

To był cios poniżej pasa. Sugerowanie, że otruję własnego męża, było jej stałą taktyką. Zacisnęłam zęby i wyrabiałam dalej. Dodałam żółtka ubite z cukrem i skórkę otartą z pomarańczy – moje małe odstępstwo od waniliowej tradycji teściowej.

To była walka o honor

Kiedy ciasto wyrastało, atmosfera gęstniała. Teściowa krzątała się, myjąc czyste naczynia, by pokazać swoją organizację. Wtedy zadzwonił dzwonek i do kuchni wparowała ciocia Halinka, siostra teściowej. Przeciwieństwo Krystyny – głośna, bezpośrednia i z niewyparzonym językiem. Jedyna osoba, z którą teściowa się liczyła.

– O! Widzę, że mamy tu manufakturę! – zakrzyknęła. – Krysiu, ten zapach czuć na klatce schodowej. Ale widzę dwie miski. Kto tu jeszcze urzęduje?

– Alicja postanowiła spróbować swoich sił – powiedziała Krystyna z przekąsem. – Uparła się na jakiś stary przepis, chociaż mówiłam jej, że moje sprawdzone proporcje są najlepsze.

Halinka spojrzała na mnie z zainteresowaniem i uchyliła rąbka ściereczki na mojej misce. Ciasto podwoiło objętość, było lśniące, pełne pęcherzyków powietrza i pachniało obłędnie cytrusami.

– Oho – mruknęła ciotka. – Wygląda obiecująco. Krysiu, twoje też ładne, ale u Alicji widzę więcej życia w tym cieście.

Twarz teściowej stężała. To był moment, w którym zrozumiałam, że to już nie jest tylko smażenie. To walka o honor. Gdy przyszedł czas na „taniec na tłuszczu”, kuchnia zamieniła się w saunę. Krystyna smażyła w wielkim żeliwnym garze, ja w mniejszym rondlu. Jej pączki były równiutkie, jak z fabryki. Moje – nieco bardziej rustykalne, ale niesamowicie puszyste w dotyku.

– Uważaj na temperaturę – instruowała mnie co chwilę. – Za mocny ogień, spalą się z wierzchu, a w środku będą surowe.

Milczałam, skupiona. Kiedy wrzuciłam pierwszą partię, stało się coś magicznego. Natychmiast wypłynęły, rosnąc w oczach, a po odwróceniu ukazała się piękna, jasna obrączka. Krystyna zerkała ukradkiem, wykonując nerwowe ruchy. Ona stawiała na zbitą strukturę i bogactwo nadzienia, ja na delikatność ciasta.

Moje serce zamarło

Paweł wrócił z pracy akurat w momencie, gdy lukrowałyśmy ostatnie sztuki.

– Ale zapach! – zawołał od progu. – Czuję się jak w niebie. Mamo, przeszłaś samą siebie!

– Tym razem to nie tylko mama – wtrąciła ciocia Halinka, siedząc już z widelcem w ręku. – Alicja też walczyła jak lwica.

Teściowa ustawiła na stole wielki półmisek swoich imponujących pączków. Ja postawiłam swój talerz obok. Było ich mniej, były trochę nierówne, ale aromat pomarańczy unosił się nad stołem.

No to próbujemy – zarządziła Halinka.

Paweł i teść, zgodnie z tradycją, sięgnęli najpierw po pączki Krystyny.

– Wyborne, jak zawsze – mruknął teść.

– Pyszne, mamo. Ta róża jest niesamowita – dodał Paweł.

Krystyna promieniała, posyłając mi spojrzenie tryumfu: „Niezła próba, dziecko, ale królowa jest tylko jedna”.

– A teraz kolej na Alicję – powiedziała Halinka i bez wahania sięgnęła po mój wypiek.

Ugryzła duży kęs. W kuchni zapadła cisza. Ciotka żuła powoli, z przymkniętymi oczami. Moje serce zamarło. A jeśli w środku jest zakalec?

– Ojej – powiedziała nagle Halinka.

Zrobiło mi się gorąco.

– Coś nie tak? – zapytałam cicho.

– Krysiu – Halinka spojrzała na siostrę poważnie. – Muszę ci to powiedzieć. Te pączki są... lżejsze.

– Co znaczy lżejsze? – Teściowa zbladła.

– To znaczy, że rozpływają się w ustach jak chmurka. I ten posmak pomarańczy... To jest genialne. Przełamuje słodycz lukru.

Paweł, zaintrygowany, sięgnął po mojego pączka. Ugryzł i zamarł, patrząc na mnie z niedowierzaniem.

– Ala... To jest niesamowite. Mamo, nie obraź się, twoje są wspaniałe, takie jak zawsze, ale te... te smakują jak coś zupełnie nowego.

Stałam się partnerką w kuchni

Krystyna siedziała sztywno. Jej ego toczyło bitwę z faktami. W końcu powoli, z godnością, sięgnęła po pączka z mojego talerza. Odkroiła kawałek nożem i widelcem, włożyła do ust i przeżuwała długo, analizując każdy niuans. W końcu odłożyła widelec.

– Ciasto jest dobrze wyrobione – powiedziała cicho, nie patrząc mi w oczy. – Skórka pomarańczowa to... interesujący dodatek.

To było jak przyznanie nagrody Nobla. W słowniku Krystyny „interesujący dodatek” oznaczał uznanie.

– Ale – dodała szybko, odzyskując rezon – lukier jest trochę za rzadki. Następnym razem dodaj więcej pudru.

Uśmiechnęłam się. To była jej ostatnia deska ratunku, musiała znaleźć błąd, by zachować twarz.

– Masz rację, mamo – przyznałam ugodowo. – Następnym razem poproszę cię o radę w sprawie lukru.

Napięcie opadło. Halinka zaczęła opowiadać anegdotę, teść dolewał herbaty, a Paweł zjadł jeszcze dwa moje pączki, mrugając do mnie porozumiewawczo. Wieczorem, gdy wychodziliśmy, Krystyna podeszła do mnie w przedpokoju ze słoikiem swojej słynnej konfitury.

– Weź – wcisnęła mi go do ręki. – Do tych twoich pączków z pomarańczą róża pasuje lepiej niż cokolwiek innego.

Wyszłam z domu teściowej z poczuciem wygranej. Nie dlatego, że ją pokonałam, ale dlatego, że zdobyłam jej szacunek. Przestałam być dziewczynką brudzącą naczynia, a stałam się partnerką w kuchni.

W samochodzie Paweł położył mi rękę na kolanie.

– Byłaś niesamowita. Nie wiedziałem, że tak potrafisz.

– Wiele rzeczy o mnie nie wiesz – zaśmiałam się, patrząc na słoik konfitury na moich kolanach. To było moje trofeum.

Od tamtego tłustego czwartku minęło już kilka lat. Teraz smażymy pączki razem, ramię w ramię. Krystyna nadal rządzi w kuchni, nadal przestawia moje miski i krytykuje mój sposób krojenia warzyw. Ale kiedy przychodzi czas na ciasto drożdżowe, odsuwa się i mówi do gości: „Alicja zajmie się ciastem, ona ma do tego lepszą rękę”. I to jest dla mnie słodsze niż jakikolwiek pączek.

Alicja, 34 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama