Reklama

Nie mam w zwyczaju robić awantur, ale moja teściowa potrafiła doprowadzić mnie do wrzenia. Zaczęło się niewinnie. Pewnego dnia zauważyłam, że mój ulubiony balsam z drogerii „magicznie” znikał z łazienki. Początkowo myślałam, że może przesadzam z ilością, ale potem odkryłam w szafce tani, bazarowy kosmetyk z naklejoną karteczką „dla Jagódki – buziaki od mamusi”. I tak wyglądał nasz układ: ona brała drogie kosmetyki, a w zamian wciskała mi krem o zapachu kostki do WC. Na początku grzecznie milczałam, żeby „nie robić dramy”. Jednak z czasem, za każdym razem, gdy widziałam w łazience kolejną plastikową butlę z krzywo naklejoną etykietą, miałam ochotę cisnąć nią o ścianę.

Reklama

Musiałam jej wytknąć

– Mamo, podasz mi sól? – zapytałam niewinnie, mieszając sałatkę.

– Oczywiście – odpowiedziała teściowa z tym swoim teatralnym uśmiechem, jakby zaraz miała wręczyć mi kluczyki do nowego auta. – A przy okazji… przyniosłam ci coś.

Zerknęłam na stół. W jej dłoni pojawiła się plastikowa butelka w pastelowym różu, z napisem „Balsam z ekstraktem z kwiatów łąkowych”. Z ekstraktem… pewnie w ilości homeopatycznej, a zapach miał taki, że można by nim odstraszać dziki.

– O, jak miło… – wydusiłam przez zęby.

Zobaczyłam na targu i pomyślałam o tobie – dodała, jakby oczekiwała, że zaraz wstanę i uściskam ją z wdzięczności.

– Na targu… – powtórzyłam, wbijając widelec w ogórka z taką siłą, że aż prysnęła zalewa. – To musiałaś mieć nosa, żeby wybrać akurat ten balsam.

– Nooo, a jak! – pochwaliła się. – Wiesz, on jest prawie taki jak te w drogerii. Tylko tańszy!

Czułam, że powoli zaczynam się gotować.

– A powiedz mi, mamo… – zaczęłam tonem słodkim jak lukier na pączku – …a skąd ty tak dobrze znasz zapach tych droższych balsamów?

– Aaa, no wiesz… gdzieś się tam powąchało w sklepie – rzuciła szybko, a jej spojrzenie uciekło w bok.

Nie spuściłam z niej wzroku ani na sekundę. Wiedziałam, że to dopiero początek tej rozmowy. I że dzisiaj w końcu sobie pogadamy.

Powiedziałam to

Pachniało rosołem, ale ja czułam tylko ten duszący aromat taniego balsamu, który teściowa złożyła przede mną jak trofeum.

– Krzysiu, a ty spróbujesz surówki? – spytała teściowa, nagle bardzo zainteresowana talerzem mojego męża.

– Jasne, mamo – odparł, ale kątem oka kontrolował, czy ja nie wybuchnę.

Siedzący obok szwagier, przełknął kęs kotleta i zagaił:

A co to za historia z balsamami? Bo tak słyszę między wierszami…

– Historia? – podchwyciłam, unosząc brew. – Raczej tradycja rodzinna.

– Tradycja? – Bartek spojrzał na mnie z zaciekawieniem.

– Tak. Wymieniamy się kosmetykami. Ja dostarczam drogie, markowe, a w zamian… – zrobiłam pauzę i wskazałam ręką butlę na stole – …dostaję takie oto perełki z bazaru.

Teściowa zakrztusiła się kompotem.

– Co ty wygadujesz! – próbowała się roześmiać, ale wyszło to, jak nerwowe parsknięcie. – To prezent od serca!

– O, na pewno z serca – przytaknęłam z udawanym zachwytem. – Tylko jakoś dziwnie się składa, że kiedy „przynosisz mi” te swoje znaleziska, mój ulubiony balsam nagle znika z łazienki.

Przy stole zapadła cisza. Krzysiek wciągnął powietrze i już miał coś powiedzieć, ale jego matka była szybsza:

– Przesadzasz! Pewnie sama go zużyłaś, a teraz na mnie zwalasz.

– Oczywiście, że ja – odpowiedziałam słodko. – Pewnie też sama zapakowałam go w twoją reklamówkę i odniosłam do twojej łazienki.

Bartek roześmiał się nerwowo, a teść – dotąd zajęty krojeniem mięsa – podniósł wzrok.

– Coś ty znowu wymyśliła? – zapytał teściowej.

W odpowiedzi teściowa spiorunowała mnie wzrokiem.

W końcu jej wygarnęłam

– Nie, tato, to nie wymysł. To raczej… śledztwo zakończone sukcesem – powiedziałam, opierając się wygodnie o oparcie krzesła.

– Śledztwo?! – oburzyła się teściowa, ale ręce miała pod stołem, jakby wolała się nie ruszać.

– Ostatnio zaczęłam zauważać, że niektóre rzeczy w mojej łazience dziwnie „wyparowują”.

– Przestań… – wtrącił Krzysiek, ale ja podniosłam rękę.

– Kochanie, niech wszyscy usłyszą.

Spojrzałam po kolei na teścia, Bartka i nawet szwagierkę, która od pięciu minut udawała, że patrzy w talerz.

– Pewnego dnia wpadłam do was, oddać pojemnik po bigosie. Poszłam do łazienki i co widzę? Mój balsam. Mój.

Teściowa nabrała powietrza, jakby chciała coś powiedzieć, ale ja nie dałam jej szansy:

– I żeby było zabawniej, na półce stał też krem, który „magicznie” zniknął u mnie miesiąc wcześniej. A w zamian w mojej łazience pojawił się… ten o tu. – Wzięłam butlę z tanim balsamem i przesunęłam ją w jej stronę. – Tak pachniało na szkolnym korytarzu po sprzątaniu w latach 90.

Szwagier parsknął śmiechem, ale szybko zasłonił usta. Teść zmarszczył brwi.

– Czy to prawda?

– To przecież drobiazg! – wybuchła teściowa. – Jagódka przesadza! Chciałam jej zrobić przyjemność, a ona z tego aferę…

– Tak, „przyjemność” – prychnęłam. – Może następnym razem, jak spodoba ci się moja sukienka, to weźmiesz ją, a w zamian zostawisz mi reklamówkę po ziemniakach?

Krzyśkowi opadła głowa w dłonie.

Byłam wściekła

– A widzisz, skoro już tak przy wszystkich rozliczamy się z „pożyczek” – zaczęła teściowa, unosząc podbródek jak generał na paradzie – to może porozmawiamy o tym, co ty mi zabierasz.

– Słucham? – uniosłam brwi. – Chyba pomyliłaś mnie z kurierem z Allegro.

– A kto wynosił słoiki po kompotach z mojej spiżarki? – wypaliła. – Dwa tygodnie temu było ich sześć, teraz są cztery!

Szwagier jęknął.

– Mamo, naprawdę będziesz teraz liczyć słoiki?

– Tak! Bo to są moje słoiki, moja robota i mój cukier – kontynuowała, już zupełnie się rozkręcając. – A w zeszłym roku? Kto pożyczył mi mój mikser i oddał zepsuty po pół roku?

– Sama mówiłaś, że już miał swoje lata – powiedziałam spokojnie.

– No, ale oddałaś zepsuty! – uniosła ręce, jakby właśnie przedstawiła koronny dowód w sprawie. – A teraz oskarżasz mnie o jakieś… balsamy!

– Dla ciebie to „jakieś”, dla mnie to rzeczy, które kupuję z własnych pieniędzy, żeby mieć coś od życia. Nie będę się smarować chemią z bazaru tylko dlatego, że ty uznałaś, iż twoja skóra jest warta czegoś lepszego.

Teść odłożył widelec z westchnieniem.

– Słoiki to nie to samo co kosmetyki za stówę.

– Ale zasada ta sama! – obruszyła się. – Ona nie jest święta!

Poczułam, jak we mnie wrze. Jeśli chciała wojny na wspomnienia i drobne przytyki, to dobrze – ja też miałam w zanadrzu kilka asów.

Miałam jej za złe

– Zasada ta sama?! – powtórzyłam, już bez słodkiego tonu. – To teraz może policzymy, ile razy po obiedzie pakowałam ci do reklamówki pół blachy sernika, a ty w domu mówiłaś, że ciasto mi nie wyszło?

– Bo suchy był! – fuknęła. – Ja lubię wilgotne!

– Ale i tak zjadłaś po kryjomu. Krzysiek mi powiedział – wypaliłam, a mój mąż prawie się zakrztusił. – I nie udawaj, że nie bierzesz rzeczy „bo ci się podobają”.

– Ty za to jesteś taka idealna? – syknęła teściowa, opierając łokcie na stole. – Wszystko wiesz najlepiej, zawsze masz rację, a jak ktoś coś powie, to robisz z tego dramat.

– Nie dramat, tylko granice – odparłam ostro. – I mam dość, że moja łazienka traktowana jest jak darmowa drogeria.

Bartek rozejrzał się nerwowo.

– Może byśmy już…

– Nie – przerwał mu teść, który do tej pory siedział cicho, ale teraz walnął dłonią w stół tak, że łyżki podskoczyły. – Dosyć tego cyrku! Od lat siedzę przy tych waszych podjazdowych wojenkach i nic z tego nie ma. Maryśka, nie bierzesz cudzych rzeczy. Jagoda, jak coś ci zginie, to mów od razu, a nie zbierasz miesiącami i robisz publiczną spowiedź przy rosole.

Zapadła cisza. Teściowa odsunęła talerz, ja skrzyżowałam ręce na piersi. Krzysiek spuścił wzrok w talerz, jakby modlił się, żeby ziemia go wciągnęła.

To, co… ciasto? – rzuciła szwagierka, ale nikt się nie odezwał.

Wiedziałam, że ta rozmowa będzie miała ciąg dalszy. Po obiedzie każdy rozszedł się w swoją stronę. Teściowa z teściem wyszli bez pożegnania, Bartkowi i Kasi „nagle” przypomniało się, że musi nakarmić kota. Krzysiek kręcił się po kuchni, udając, że sprząta, ale ja widziałam, że wolałby zniknąć. W końcu mruknął tylko:

Mogłaś to załatwić inaczej…

– A jak? – spojrzałam na niego. – Szeptem, po cichu, żeby znowu udawała, że nic się nie stało?

Bo prawda jest taka, że jeśli ktoś potrafi bez mrugnięcia okiem wynieść cudzą rzecz, a potem wręczyć w zamian coś, czego sam by nie użył nawet do mycia podłogi, to nie chodzi o żadne „prezenty” ani „uprzejmości”. To chodzi o brak szacunku. Nie łudzę się, że teściowa nagle stanie się święta i przestanie zaglądać w moje szafki. Ale przynajmniej teraz będzie wiedziała, że patrzę jej na ręce. I że potrafię otworzyć usta nie tylko po to, żeby podziękować za kolejną butlę chemii z bazaru. A jeśli przy okazji cała rodzina usłyszała, jak wyglądają jej „prezenty od serca” – cóż, może to nawet lepiej. Przynajmniej nikt już nie powie, że przesadzam.

Jagoda, 38 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:

Reklama

Reklama
Reklama
Reklama