Reklama

Nie zawsze wiedziałam, co chcę w życiu robić. Na studia nie poszłam, choć miałam dobre oceny i nauczyciele pukali się w czoło, że marnuję „potencjał”. Zamiast wkuwać do sesji, zaczęłam działać – najpierw z siostrą prowadziłyśmy sklep internetowy z rękodziełem, potem własny butik, a teraz mam firmę, która daje mi niezłą kasę i sporą satysfakcję. Przez lata nikt nie wypominał mi wykształcenia, bo najważniejsze były efekty. Aż poznałam Olka. A z nim – jego mamusię. Teściową z piekła rodem, która zrobiła ze mnie idiotkę tylko dlatego, że nie mam magistra przed nazwiskiem.

„Jesteś tylko dziewczyną z butiku”

Poznałam Olka na targach branżowych, gdzie miałam swoje stoisko z autorską kolekcją ubrań. Podszedł z kolegą, żartował, pytał o materiały, o ceny, a potem zaprosił mnie na kawę. Miał coś w oczach – nie był typowym gogusiem z korpo. Zresztą, sam mówił, że informatyk, freelancer, sporo jeździ, pracuje zdalnie. Zaiskrzyło. Tak po prostu. Po kilku miesiącach bycia razem uznaliśmy, że najwyższy czas się poznać z rodzicami. On poznał moich wcześniej – mama przywitała go z uśmiechem, tata poklepał po ramieniu i pytał, czy zje obiad.

Jego mamę poznałam w Dzień Babci. Wtedy zorganizowała zjazd rodzinny, który stał się okazją do poznania dziewczyny Olka. Wizyta u jego mamy to był inny poziom. Dom pod miastem, zastawa z porcelany, serwetki składane w żurawie. Już przy wejściu poczułam się nie na miejscu.

– A czym się zajmujesz? – zapytała lodowatym tonem, zerkając na moje paznokcie zamiast w oczy.

– Prowadzę butik. I sklep internetowy. Mamy własną markę odzieżową.

Aha… Czyli nie studiowałaś? – uniosła brwi tak, jakby słyszała, że uprawiam czarną magię.

– Nie. Od razu po liceum otworzyłam firmę. Teraz mam kilka pracownic.

– Mhm. No cóż… Każdy wybiera własną drogę – rzuciła z takim przekąsem, że miałam ochotę wstać i wyjść.

Kolacja z pretensją w tle

Wiedziałam, że kolacja będzie trudna, ale nie sądziłam, że aż tak. Mama Olka przygotowała czterodaniowy obiad, a ja czułam się jak na egzaminie ustnym, gdzie każde moje słowo było oceniane w skali akademickiej. Siedzieliśmy przy tym eleganckim stole, a ona jakby z uporem szukała pretekstu, żeby mi wbić szpilę. Gdy wspomniałam, że właśnie planuję rozbudowę lokalu, jej mina była bezcenna.

– Zawsze mnie zadziwia, że ludzie bez kierunkowego wykształcenia porywają się na prowadzenie biznesu. To trochę jak prowadzić samochód bez prawa jazdy – zaśmiała się cicho, popijając kawę.

Olek chrząknął, spojrzał na mnie z przepraszającym uśmiechem, ale nic nie powiedział. A ja się uśmiechnęłam i odpowiedziałam:

– Albo po prostu jeżdżą lepiej niż ci z papierkiem.

Poczułam, jak pod stołem ściska mnie za rękę. Może chciał, żebym odpuściła, ale ja nie zamierzałam. Po chwili jego matka zaczęła opowiadać o swojej karierze – magister filologii, później doktorat, ale przerwała, gdy zaszła w ciążę.

– Zrezygnowałam z kariery naukowej dla rodziny. I nie żałuję – spojrzała wymownie na mnie. – Poświęcenie też coś znaczy.

Po tej kolacji wciąż byłam głodna. Przede wszystkim – szacunku.

Nie poddawała się

Po tamtej kolacji długo nie mogłam dojść do siebie. Olek przepraszał, mówił, że jego mama „tak ma”, że dla niej studia to wyznacznik wartości człowieka. Niby rozumiałam, że wychowała się w innym świecie, gdzie tytuł magistra był święty, ale co z tego? Przecież nie próbowałam nikomu wmówić, że jestem Einsteinem. Po prostu robiłam swoje i byłam z tego dumna. Czy to naprawdę takie dziwne?

Któregoś dnia Olek wpadł do mojego butiku z dwoma kawami i powiedział, że jego mama chce się „spotkać na neutralnym gruncie”. Neutralny grunt okazał się jej salonem – tylko tym razem bez stołu. Siedziałyśmy naprzeciwko siebie, on gdzieś w tle majstrował przy ekspresie.

– Zastanawiam się, co ci daje ta praca. Nie czujesz, że coś cię omija?

– Co niby?

No… rozwój intelektualny. Kontakty z ludźmi na poziomie. Inspiracje.

– Codziennie pracuję z klientami. Prowadzę spotkania z projektantami, szkolę dziewczyny, odpowiadam za całą strategię sprzedażową. Inspiracji mi nie brakuje – odpowiedziałam spokojnie, choć ścisnęło mnie w środku.

– To jednak nie to samo, co dobra konferencja naukowa – mruknęła, kręcąc filiżanką.

Nie powiedziałam nic. Wiedziałam już, że dla niej zawsze będę „ta bez wykształcenia”.

Bez cudzego garnuszka

Nie miałam zamiaru z nią konkurować. Ani intelektualnie, ani życiowo. Nie potrzebowałam akceptacji kobiety, która najwyraźniej zatrzymała się na etapie indeksu i legitymacji studenckiej. Ale wszystko we mnie kipiało, gdy kolejny raz próbowała mi wytłumaczyć świat.

– Kiedyś, żeby coś osiągnąć, trzeba było się napracować. Teraz każda młoda dziewczyna z dostępem do internetu uważa się za bizneswoman – rzuciła niby żartem, ale z taką pogardą, że aż mnie zamurowało.

– Wiesz, a ja właśnie dzisiaj dostałam propozycję współpracy od dużej firmy kosmetycznej. Chcą wspólnej linię ubrań. Może to nie brzmi jak nauka łaciny, ale dla mnie to sukces – odparłam bez mrugnięcia okiem.

Wtedy stało się coś zaskakującego. Olek się wtrącił.

– Mamo, wiesz, że Asia zarabia więcej niż ja? I więcej niż ty kiedykolwiek?

Zapanowała cisza. Patrzyła na nas, jakby właśnie dowiedziała się, że świat się kończy.

– Naprawdę? – wykrztusiła w końcu.

– Naprawdę. I sama na wszystko zapracowała. Bez „garnuszka”, bez męża, bez tatusia – powiedział z dumą, zanim wyszedł do kuchni po ciastka.

Jej spojrzenie zmiękło, ale nie odpowiedziała nic. Może pierwszy raz coś do niej dotarło.

Wtedy spojrzała na mnie inaczej

Nie spodziewałam się od niej przeprosin, bo to nie ten typ kobiety. Wychowana w świecie, w którym najważniejsze były tytuły, znajomości i dobre wrażenie, nie potrafiła zrozumieć, że można zbudować coś samemu – bez pleców, bez dyplomu, bez poklepywania po ramieniu. Ale z czasem chyba zorientowała się, że nie pasuję do jej wyobrażeń. I że wcale nie muszę.

Na urodziny Olka przyszli jego rodzice. Zrobiliśmy grilla w ogrodzie, było luźno, domowo, bez spinek. Jego mama krzątała się przy sałatkach, unikała konfrontacji. Aż w końcu podeszła do mnie.

– Twój dom jest… przytulny. Wszystko dopracowane, a jednak bez zadęcia. Takie to… twoje.

– Dzięki. Sama projektowałam wnętrze – uśmiechnęłam się z lekkim niedowierzaniem.

– Nie wątpię. Widać, że masz gust. I dryg do rzeczy.

Milczała chwilę, jakby się zastanawiała, czy powiedzieć więcej.

– Może… może zbyt pochopnie cię oceniłam. Człowiek całe życie się uczy, prawda?

– Czasem szybciej bez studiów – odpowiedziałam z uśmiechem.

Wypiłyśmy za zdrowie Olka. Wtedy po raz pierwszy spojrzała na mnie jak na kogoś równego. Nie wiem, czy mnie polubiła. Ale chyba wreszcie przestała patrzeć z góry.

Czas odciąć pępowinę

Od tamtej rozmowy minęło kilka miesięcy. Nie zostałyśmy z teściową przyjaciółkami, nie dzwonimy do siebie z ploteczkami i nie chodzimy razem na zakupy. I dobrze. Nie potrzebuję jej bliskości, tylko szacunku. Myślę, że powoli zaczęła rozumieć, że Olek nie musi wybierać między nią a mną. Że miłość to nie konkurs, gdzie wygrywa osoba z większą kontrolą i starszą legitymacją studencką.

Najważniejsze jednak, że Olek zrozumiał coś ważnego. Że nie musi się bać stawiania granic. Po jednej z ich rozmów powiedział mi tylko:

– Wiesz, że to była pierwsza kłótnia z mamą, w której nie wyszedłem z poczuciem winy?

Pokiwałam głową. Czasem to najtrudniejsza lekcja – odciąć się od oczekiwań rodziców, nie po to, żeby ich ranić, ale żeby wreszcie być sobą.

Dziś oboje działamy na własnych zasadach. Mamy siebie, swoje życia i swoje cele. Bez konieczności udowadniania komukolwiek czegokolwiek. A jeśli kiedyś będziemy mieli dzieci, nie będę im wmawiać, że muszą być kimś „z papierkiem”. Niech będą szczęśliwi. To największy sukces, jaki można osiągnąć.

Joanna, 31 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama