Reklama

Myślałam, że zapach świeżego ciasta drożdżowego i cukru pudru potrafi załagodzić każdy konflikt, a wspólne świętowanie tłustego czwartku stanie się mostem łączącym dwa różne światy – mój i mojej teściowej. Myliłam się. Zamiast słodkiej tradycji otrzymałam deser przyprawiony goryczą i poczuciem winy. Tamtego popołudnia, patrząc na idealnie usmażone kule na półmisku, zrozumiałam, że w tej rodzinie nie chodzi o smak jedzenia, ale o władzę przy stole.

Atmosfera była nerwowa

Przygotowania do wizyty Reginy zawsze były nerwowe. Od rana biegałam ze szmatką, polerując lśniące już blaty i układając poduszki pod odpowiednim kątem, jakby od tego zależało moje małżeństwo. Tomek, mój mąż, patrzył na to z cieniem niepokoju. Wiedział, że wizyty jego matki nigdy nie są tylko miłym spotkaniem przy kawie.

Tego roku miało być inaczej. Poprosiłam Reginę o pączki. To było wyciągnięcie ręki na zgodę. Wiedziałam, że szczyci się swoim przepisem, a ja w kuchni radziłam sobie przeciętnie. Pieczenie pączków, z pilnowaniem temperatury tłuszczu i wyrastaniem ciasta, przerażało mnie, zwłaszcza że w pracy kończyliśmy duży projekt i wracałam do domu wykończona. Poproszenie jej o pomoc miało być sygnałem: doceniam cię, jesteś potrzebna, twoja kuchnia jest lepsza.

– Zobaczysz, Agata – mówił Tomek, zapinając koszulę. – Ona uwielbia gotować i karmić. Jak poprosiłaś o te pączki, to wzięła to za punkt honoru. Będzie miło.

Chciałam mu wierzyć, że pudełko domowych wypieków nie zamieni się w Puszkę Pandory.

Dzwonek rozległ się punktualnie o siedemnastej. Regina nigdy się nie spóźniała, co uważała za cnotę królewską. Otworzyłam drzwi, uśmiechając się szeroko, choć żołądek zawiązał mi się w supeł. Stała tam, nienagannie ubrana, trzymając duży, wiklinowy kosz. Zapach był obłędny – maślany, słodki, aż ślinka ciekła.

– Dzień dobry, mamo – powiedziałam, zapraszając ją do środka. – Jak wspaniale pachnie!

Teściowa weszła, omiatając wzrokiem przedpokój. Jej spojrzenie zatrzymało się na ułamek sekundy na butach Tomka, które stały minimalnie krzywo, po czym przeniosło się na mnie.

– Witaj, Agatko. – Jej ton był uprzejmy, ale chłodny. – Pachnie, bo to prawdziwe masło i wiejskie jajka. Nie te marketowe wydmuszki, których wy używacie. Ciasto musi mieć duszę.

Zabolało, ale zignorowałam to. Zaprowadziłam ją do salonu, gdzie Tomek nalewał już kawę do tych "lepszych" filiżanek – Regina uważała picie z kubków za barbarzyństwo.

– Mamo! – ucałował ją w policzek. – Wyglądasz świetnie. A te pączki... czułem je już na klatce schodowej.

Regina rozpromieniła się, ale jej łagodniejsze oblicze było zarezerwowane tylko dla syna. Usiadła w fotelu, wygładzając spódnicę.

– Zmieniłaś zasłony? – zapytała, patrząc na okno.

– Tak, pomyślałam, że te jaśniejsze optycznie powiększą przestrzeń – odpowiedziałam, stawiając talerzyki.

– Hmm – To słynne "hmm" zazwyczaj oznaczało dezaprobatę. – Odważnie. Jasne kolory w mieście to wieczne pranie. Ale jak masz czas...

Nie miałam czasu. Ona doskonale wiedziała, że pracuję po dziesięć godzin dziennie i walczę o awans. To "jak masz czas" było pierwszą szpilką wbitą w ten wieczór.

Napięcie przy stole rosło

Odsłoniłam koszyk. Pączki wyglądały jak z żurnala – idealnie okrągłe, z jasną obwódką, hojnie posypane pudrem.

Wyglądają cudownie – przyznałam szczerze. – Naprawdę, mamo, nie musiałaś piec aż tylu.

– Kochanie, jak się robi, to się robi porządnie – odparła, sięgając po filiżankę. – Poza tym, wiem, że ty nie masz głowy do takich spraw. Kuchnia wymaga serca i cierpliwości, a ty jesteś... no, nowoczesna.

Słowo "nowoczesna" w jej ustach brzmiało jak obelga.

– Staram się dbać o dom, jak potrafię – broniłam się łagodnie. – Ale praca w logistyce jest wymagająca.

– Praca, praca... – machnęła ręką. – Tomek też pracuje, ale nie może ciągle jeść na mieście. Ktoś o niego musi dbać, prawda?

Spojrzałam na męża, licząc na wsparcie. Tomek nagle bardzo zainteresował się zawartością cukiernicy.

– Mama po prostu martwi się, żebyśmy dobrze jedli – mruknął w końcu, unikając mojego wzroku.

Poczułam ukłucie rozczarowania. Tomek w obecności matki zamieniał się w małego chłopca, a ja zostawałam na polu bitwy sama. Sięgnęłam po pączka, żeby zająć czymś ręce. Był jeszcze ciepły. Ugryzłam spory kawałek. Ciasto było perfekcyjne, puszyste. Ale w środku...

Zatrzymałam się w pół ruchu. W ustach poczułam intensywny, perfumowany smak konfitury różanej. Nienawidziłam róży. Od dziecka. Teściowa o tym wiedziała – mówiłam o tym wielokrotnie, zawsze prosząc o truskawkę, wiśnię czy czekoladę.

– I jak? – zapytała, patrząc na mnie z wyczekującym błyskiem w oku.

Przełknęłam z trudem, czując, jak słodka masa staje mi w gardle.

– Ciasto jest wybitne – powiedziałam, starając się nie skrzywić. – Ale... to róża?

– Oczywiście. – Odparła z dumą. – Prawdziwe pączki są tylko z różą. To tradycja, Agatko. Inne nadzienia to wymysł cukierni, żeby sprzedać byle co. Chciałam, żebyście zjedli coś wartościowego.

– Ale wiesz, że ja nie przepadam za różą... – zaczęłam, odkładając nadgryzionego pączka.

– Och, przestań – przerwała mi. – To kwestia dojrzałości smaku. Kiedyś zrozumiesz, że to, co dobre, nie zawsze musi być słodkie i czekoladowe jak dla dzieci. Poza tym, zrobiłam to dla Tomka. On uwielbia różę. Prawda, synku?

Tomek, pałaszując drugiego pączka, pokiwał głową z pełnymi ustami.

– Pycha, mamo. Jak za dawnych lat.

Poczułam się, jakby ktoś uderzył mnie w twarz. Przyniosła pączki na moją prośbę, ale zrobiła je tak, by pokazać, że jestem gorsza. Że się nie liczę. Że to ona decyduje o tym, co jest "właściwe".

Byłam na nią wściekła

– Wiesz, Agata, martwię się o was – zaczęła Regina, odstawiając filiżankę. – Prosiłaś o te pączki, bo nie miałaś czasu upiec własnych. Rozumiem. Ale zastanawiam się, co będzie dalej? Dziś pączki, jutro gotowe obiady ze słoika, a pojutrze? Dom to nie tylko ściany i te twoje nowe zasłony. Dom to zapach. To ciepło pieca. Kobieta jest sercem domu. Jeśli serce jest ciągle w biurze albo zmęczone, to dom umiera.

Ścisnęłam dłoń pod stołem tak mocno, że zbielały mi knykcie.

– Mamo, pracuję, żebyśmy mieli dobre życie. Tomek też pracuje. Dzielimy się obowiązkami. Czasem kupujemy gotowe rzeczy, żeby mieć czas dla siebie. Na rozmowę, na spacer.

Czas dla siebie... – powtórzyła z przekąsem. – Za moich czasów czas dla siebie znajdowało się po zrobieniu wszystkiego, co trzeba. A Tomek... Tomek wygląda na zmęczonego. Może gdyby wracał do domu, gdzie czeka ciepła kolacja, a nie pudełka z chińszczyzną, miałby więcej energii.

Wiedziałam, że Tomek jest zmęczony sytuacją w firmie – plotkami o zwolnieniach i restrukturyzacją. Teściowa wykorzystała to przeciwko mnie.

– Tomek jest zmęczony sytuacją w firmie, a nie moją kuchnią – wypaliłam.

Mąż podniósł głowę gwałtownie. Regina uniosła brwi.

– O? A co się dzieje? – zapytała, nagle zmieniając ton na zatroskany, ale wciąż z nutą wyższości. – Nic mi nie mówiliście. Widzisz, Agato, gdybyś dbała o atmosferę zaufania, może wiedziałabym więcej.

– To nie jest kwestia zaufania, tylko nie chcieliśmy cię martwić – wtrącił Tomek cicho.

– Mnie? Ja jestem matką. Ja zniosę wszystko. Gorzej z wami. Młodzi teraz są tacy nieodporni. Jak ciasto bez dobrego zaczynu. Szybko opadają przy byle problemie.

Poczułam, jak łzy napływają mi do oczu. Nie ze smutku, ale z bezsilnej złości. Każde jej słowo było jak cios.

– Wiesz co, mamo? – powiedziałam, wstając. – Może masz rację. Może nie mam ręki do pączków. Może nie lubię róży. I może faktycznie jestem inna niż ty. Ale staram się, jak mogę. I poprosiłam cię o pomoc, bo chciałam, żeby było miło. Nie sądziłam, że przyniesiesz ze sobą nie tylko ciasto, ale i całą listę moich przewinień.

W pokoju zapadła cisza. Regina patrzyła na mnie z niedowierzaniem.

– Ja tylko stwierdzam fakty – powiedziała w końcu chłodno, wstając. – Jeśli prawda cię boli, to znaczy, że mam rację. Widzę, że moje starania są tu niepożądane. Szkoda. Pączki zostawię. Może chociaż Tomek doceni.

Wyszła do przedpokoju. Nie zatrzymywałam jej. Tomek zerwał się, by ją odprowadzić. Słyszałam jeszcze z korytarza: "Ona jest po prostu przewrażliwiona, synku. Musisz być cierpliwy".

Więcej nie poproszę jej o pomoc

Kiedy drzwi się zamknęły, Tomek wrócił do salonu i usiadł ciężko na kanapie.

– Musiałaś tak ostro? – zapytał. – Ona chciała dobrze.

– Dobrze? – prychnęłam. – Tomek, ona przyszła tu, żeby mi udowodnić, że jestem beznadziejną żoną! Przyniosła pączki z nadzieniem, którego nienawidzę, żeby pokazać, że ona jest ważniejsza. A ty siedziałeś i jadłeś, przytakując jej!

– Nie chciałem robić awantury. Wiesz, jaka ona jest. Trzeba jej przytakiwać i robić swoje.

– Nie, Tomek. Nie trzeba. Ja nie jestem dzieckiem, które można karcić przy stole. I nie będę jeść pączków z różą, żeby zrobić przyjemność twojej matce, podczas gdy ona pluje mi w twarz metaforami o opadającym cieście.

Tomek milczał, patrząc na nadgryzionego pączka.

– Przepraszam – powiedział w końcu cicho. – Wiem, że ona bywa trudna. Po prostu... byłem głodny, a te pączki smakują jak dzieciństwo. Czasem, jak je jem, zapominam, że ona przy okazji sączy ten swój jad.

Usiadłam obok niego, a złość powoli ustępowała zmęczeniu.

– Rozumiem, ale ja nie mam takich wspomnień. Dla mnie to nie jest smak dzieciństwa, tylko smak krytyki.

Spędziliśmy resztę wieczoru w dziwnej atmosferze. Pączki Reginy stały na stole jak wyrzut sumienia. Zrobiłam nam tosty z serem i szynką – bez duszy i historii, ale ciepłe i moje.

Następnego dnia rano zatrzymałam się pod małą, rzemieślniczą piekarnią. Pachniało kawą i cynamonem, panował tam radosny chaos, daleki od sterylnej perfekcji.

– Poproszę dwa pączki – powiedziałam do ekspedientki. – Z solonym karmelem i białą czekoladą. I może jeszcze jeden z pistacją.

Były bombą kaloryczną, nowoczesnym wymysłem, profanacją tłustego czwartku w oczach mojej teściowej. Usiadłam w samochodzie i ugryzłam pierwszego. Słodki, lepki karmel wypłynął na zewnątrz, brudząc mi palce. Smak był boski. Intensywny, bezkompromisowy, dokładnie taki, jaki lubię.

Wtedy podjęłam decyzję. Za rok nie zadzwonię do teściowej z prośbą o pomoc. Nie będę sprzątać mieszkania na błysk. Za rok kupię wielkie pudełko pączków z toffi, czekoladą i adwokatem. Postawię je na stole i będę się cieszyć chwilą z mężem, nawet jeśli zasłony będą brudne. Zrozumiałam, że nie potrzebuję jej akceptacji, by wiedzieć, że mój dom jest wartościowy. Moja "nowoczesność", którą tak gardzi, daje mi wolność wyboru.

Zadzwoniłam do Tomka.

– Cześć – powiedziałam, przełykając ostatni kęs. – Kupiłam pączki z karmelem. Przywieźć ci do pracy?

– Z karmelem? – usłyszałam w jego głosie uśmiech, a nie lęk. – Bardzo chętnie. Te wczorajsze... mama dzwoniła rano zapytać, czy smakowały, i znowu zaczęła narzekać na twoją pracę. Nie mam już na nią siły.

– To dobrze – zaśmiałam się. – Bo właśnie ogłaszam niepodległość kulinarną.

Tamtego dnia, jedząc pączka w samochodzie, poczułam się lżejsza. Czasami trzeba przełknąć trochę goryczy, żeby docenić słodycz bycia sobą.

Agata, 34 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama